Znikające z mapy Polski szkoły wyższe to zmartwienie ich właścicieli, ale – w gruncie rzeczy – dobra wiadomość dla nas wszystkich.
Pisanie, że marnej jakości wyższe szkółki tego i owego stały się maszynkami napędzającymi (prócz pieniędzy dla ich posiadaczy) rzesze bezrobotnych na rynek, jest równie oryginalne jak stwierdzenie, że woda w morzu jest słona. Więc nie żal, że kiepskie padają. Gorzej, że przy okazji pod wodę idą też te dobre – mam tu na myśli Wyższą Szkołę Biznesu w Nowym Sączu.
Większy problem jest jednak z tym, że także publiczne uczelnie dramatycznie zaniżają poziom. I nie chodzi już nawet o zamiejscowe wydziały, które często gęsto miały problemy z trzymaniem intelektualnego pionu, ale i poważne uczelnie matki. Przyczynił się do tego, zapewne nieświadomie, resort nauki, wprowadzając kierunki zamawiane. Dla szkoły jednym z warunków znalezienia się w programie (a więc otrzymania pieniędzy na stypendia dla studentów) jest coroczne powiększanie puli miejsc. „Jeśli moja uczelnia tego nie zrobi, środki weźmie inna” – żalił mi się niedawno profesor z jednej z renomowanych publicznych szkół wyższych. Efekt jest taki, że zamiast np. stu najlepszych przyjmują dwa razy tyle osób. Problem w tym, że ich zdolności intelektualne są, łagodnie mówiąc, ograniczone. One tracą więc niepotrzebnie czas, a ich obecność zaniża poziom w grupie.