Minister edukacji Krystyna Szumilas zdawała sobie sprawę, że wsadza kij w mrowisko. Ale nie spodziewała się, że mrówki będą aż tak jadowite. Pomysł, by za publiczne pieniądze stworzyć bezpłatne podręczniki elektroniczne, które mogłyby skutecznie konkurować z tradycyjnymi książkami, wywołał wojnę z wydawcami podręczników. Starcie obrońców wolnego rynku ze zwolennikami dobra społecznego miało w zamierzeniu zaowocować większą konkurencją i obniżeniem cen książek. Na razie to pasmo niekończących się awantur, oskarżeń i czarnego PR. Czy podręczniki papierowe stanieją, nie wiadomo. Czy wszystkie 18 e-podręczników pojawi się do 2015 r., też nie jest jasne. Jedno jest pewne: żadna ze stron nie zamierza odpuścić.

– Żadnej wojny nie ma – zapewnia Krzysztof Wojewodzic, szef projektu e-podręcznik w Ośrodku Rozwoju Edukacji (ORE), rządowej jednostce podległej MEN. – Tak naprawdę sprzęgło się w tym samym czasie kilka wydarzeń, które wywołały spore napięcie. Po pierwsze, w tym roku weszła w życie nowa podstawa programowa, czyli jeden rocznik licealistów nie ma szans na zakup używanych podręczników, bo są pierwszymi uczącymi się na nowych zasadach. Po drugie, ubiegłoroczne podwyższenie VAT na książki odbiło się też na wynikach wydawców. I po trzecie, plan rządowych e-podręczników, który przestraszył branżę wydawniczą. Ta nagle zdała sobie sprawę, że prędzej czy później rynek musi się drastycznie zmienić. Ten zbiór wydarzeń doprowadził do przeróżnych perturbacji – tłumaczy Wojewodzic. W efekcie już na samym starcie projekt e-podręcznika nabawił się złej opinii i kilkumiesięcznego opóźnienia.

Łakomy kąsek

Kluczem do zrozumienia tych kłopotów jest data. Nowy, bezpłatny e-podręcznik ma być dostępny od września 2014 r. Wtedy właśnie do szkół trafi 600, może nawet 700 tys. uczniów. W normalnym trybie byłoby ich około 400 tys., ale właśnie w 2014 r. w trybiki edukacyjnej maszyny dostaną się wszystkie 6-latki, które ustawowo zostaną wysłane do szkoły. To kąsek, na który wydawcy ostrzyli sobie zęby. Ale właśnie wtedy rodzice mają otrzymać od resortu edukacji prezent. Jeszcze nie wszystkie z zapowiadanych 18 podręczników elektronicznych, ale pierwszą transzę, która może znacznie odciążyć budżet na wyprawkę szkolną. Co roku we wrześniu w mediach słychać głosy rozgoryczonych rodziców, którzy muszą wysupłać średnio od 500 zł przy jednym do 1000 tys. zł przy dwójce dzieci na same tylko podręczniki. Dlatego też wydawcy są tak zaniepokojeni – pojawienie się darmowej konkurencji może być dla nich poważnym ciosem. Choć MEN twierdzi, że jedynie poszerza rynek. – E-podręczniki będą udostępniane na wolnych licencjach i będą mogli z nich korzystać nie tylko nauczyciele i uczniowie, lecz także wydawcy – tłumaczy nam minister Szumilas. Dzięki bezpłatnemu dostępowi do tych zasobów wiedzy, zdjęć czy ilustracji będą mogli taniej produkować swoje książki. Wydawcy widzą to inaczej. Cena, a raczej jej brak, to coś, z czym się nie da konkurować. – Nacisk rodziców na to, by skoro jest bezpłatny e-book, korzystać właśnie z niego, będzie ogromna – mówi Piotr Marciszuk, szef sekcji edukacyjnej Polskiej Izby Książki. A Włodzimierz Albin, prezes PIK, dodaje, że w efekcie rynek podręczników skurczy się, i to znacznie: – Stanie się ofertą dla niszowej elitarnej grupy, dla wymagających szkół i rodziców, którym zależy na dobrej jakości wykształcenia.

Kura znosząca złote jaja

Jeszcze w latach 90. rynek podręcznikowy, choć rosnący z roku na rok, w dużej części składał się z obrotu książkami używanymi. Normą było ich odsprzedawanie, ponieważ treść podręczników zmieniała się tylko nieznacznie. Boom wydawniczy zaczął się wraz z reformą edukacji w 1999 r. Pojawienie się gimnazjów, skrócenie podstawówek i zmiany w szkołach średnich powiązane były z koniecznością stworzenia zupełnie nowych pomocy szkolnych. Efekt: jak wylicza Biblioteka Analiz, wartość rynku w ciągu jednego roku rekordowo podskoczyła z 360 mln do 450 mln zł. I wcale się nie zatrzymała, bo od czasu reformy już kilka razy zmieniano podstawy programowe i za każdym razem wymagane były nowe książki. Od trzech lat mamy grupę blisko 400 tys. uczniów szkoły podstawowej i podobną liczbę młodych klientów w gimnazjum, która nie może kupować używanych książek, nawet gdyby bardzo chciała. Powód? Trafili do szkół jako pierwszy rocznik uczony według zmienionej podstawy, a więc i zupełnie nowych książek. Różnice są choćby takie, że literki dla I-klasistów są większe. – Podręcznik do religii nie różni się prawie niczym, kilka nowych zdjęć czy inny układ rozdziałów. Autor ten sam, drobne zmiany, ale już trzeba kupić nowy – przyznaje właścicielka warszawskiej księgarni. Wydawcy szybko nauczyli się stosowania różnych trików, dzięki którym rynek rokrocznie zwiększa się o kilkanaście procent. Po pierwsze, podręczniki są regularnie poprawiane, a każda poprawka to tak naprawdę nowa książka – a nauczyciele chcą przecież korzystać z jak najświeższych źródeł. Po drugie, podręczniki łączone są z ćwiczeniami. Samą książkę można więc odkupić, ale już nie wypełnione ćwiczenia. Ponadto wydawcy powszechnie dodają do podręczników różne pomoce, np. dopasowane do zestawu zeszyty czy atlasy – każda to dodatkowe kilkanaście złotych. Efekt widać najlepiej w rosnącej liczbie wydawanych tytułów: 4430 – tyle ukazało się w 2011 r. Z tego 1880 to premiery. Jeszcze dziesięć lat temu na rynku dostępnych było o ponad jedną czwartą podręczników mniej, bo zaledwie 3100. Dziś angielskiego w klasach IV – VI w szkole podstawowej można się uczyć, wybierając spośród 57 książek, a w kolejce na zatwierdzenie przez resort czekają 94 nowe tytuły. Ministerstwo zaakceptowało 130 różnych książek do nauczania początkowego, a kolejnych 135 nie uzyskało jeszcze zgody. W gimnazjum do języka polskiego przeznaczonych jest 68 podręczników, a drugie tyle zostało zgłoszone do MEN.