Wrzesień to najgorszy miesiąc dla rodziców, niektórzy wręcz biegną do banku po pożyczkę, żeby móc godnie posłać Młodego czy Młodą po kolejną porcję wiedzy. Lista wydatków jest długa: od podręczników, poprzez te wszystkie koszulki, trampki, komitety, ech, szkoda gadać. Do tego dochodzi zmora wysysająca z gotówki rodzicielskie portfele: coraz modniejsze wyjazdy integracyjne – dla uczniów klas pierwszych (szkół podstawowych, gimnazjów i szkół średnich). Jeśli wychowawca posiada choć szczątkową zdolność empatii, ma wzgląd na rodzicielską (nie)wypłacalność. Ale często nie ma. Osoby znające branżę twierdzą, że to dlatego, iż organizator wyjazdu otrzymuje od np. pensjonatu stosowną prowizję. Tak samo jak od wartości zamówionych podręczników, sprzętu komputerowego, ubezpieczeń czy zdjęć zrobionych dzieciakom przez zaprzyjaźnionego fotografa. Jest o co walczyć.

W ogóle mam wrażenie, że nauczyciele to grupa zawodowa (z chlubnymi wyjątkami, którym kłaniam się nisko i z szacunkiem), którym chciwość odbiera nie tylko zdolność do etycznego zachowania, ale też przytępia instynkt samozachowawczy. Wrócę tu do Karty nauczyciela, z której za nic nie chcą zrezygnować. Kryzys demograficzny powoduje, że w klasach ubywa dzieci, a samorządy, nie będąc w stanie unieść ciężaru finansowania licznych przywilejów tej grupy zawodowej, zamykają szkoły. Coraz więcej pedagogów szlifuje bruk, bo nie ma dla nich miejsc pracy. Mimo tego karty bronią niczym niepodległości i nie chcą iść na żadne kompromisy.

Szkoda tych szkół, szkoda dzieci, szkoda wreszcie lokalnych społeczności, dla których placówka szkolna jest często jedynym ośrodkiem kultury. Nauczycieli też szkoda. Niech się modlą o zdrowie, kiedy nie mają dość rozumu, aby wyciągnąć logiczne wnioski z otaczającej ich rzeczywistości.