Jak pokazują nasze projekcje, jeśli szybko coś się nie zmieni, to za dwa lata do pierwszej klasy pójdzie dwa razy więcej sześciolatków i siedmiolatków niż obecnie. To oznacza, że albo trzeba będzie zwiększać zatrudnienie nauczycieli w szkołach tylko dla jednego rocznika, albo poziom nauczania spadnie. MEN ma teraz trochę czasu, by spokojnie się zastanowić, co z tym fantem zrobić.
ikona lupy />
Ma do wyboru trzy wyjścia. Po pierwsze, pełny odwrót od reformy i powrót sześciolatków do zerówek, co pewnie raczej nie wchodzi w grę. Po drugie, wprowadzenie na stałe obecnego stanu dowolności dla rodziców w wysyłaniu sześciolatków do zerówki lub pierwszej klasy – co miałoby sens, jeśli weźmiemy pod uwagę liczne wolty resortu w sprawie sześciolatków. Wreszcie, po trzecie, przygotowanie i zaprogramowanie całej operacji od początku przez ułożenie precyzyjnego harmonogramu wysyłania sześciolatków do pierwszej klasy w ramach przymusu szkolnego. Na przykład przez dodawanie jednej trzeciej rocznika co roku i rozłożenie reformy na trzy lata z odpowiednim uprzedzeniem rodziców. Ważne jednak, by jakiś wybór został dokonany do końca roku. Inaczej kolejny rocznik rodziców będzie się zastanawiał, czy dzieci wysyłać już w tym roku, czy jeszcze poczekać.
Postępowanie MEN przypomina stary żydowski kawał o ojcu, który przychodzi do rabina i mówi: – Rabbi, urodził mi się syn i nie wiem, czy mam zapisać w urzędzie, że urodził się rok wcześniej, bo wtedy pójdzie szybciej do wojska i szybciej je odsłuży. A może wpisać, że urodził się rok później, to pójdzie do wojska jako bardziej dojrzały i łatwiej zniesie trudy służby. Na co rabin odpowiada: – A może zgłosisz właściwą datę? – Co wy mówicie, rabbi, co za wspaniały pomysł! – cieszy się rodzic. Tyle dowcip. Różnica między ojcem z dowcipu a MEN polega na tym, że resort cały czas nie wie, kiedy urodził się syn.