Przedsięwzięcie o nazwie edX, którego budżet wynosi 60 mln dolarów, ruszy jesienią tego roku. Na początku dostępnych będzie pięć kierunków, i to nie tylko technicznych – których nauczanie poprzez internet jest stosunkowo łatwe. Otwarte mają zostać także kierunki humanistyczne.

Postępy w nauce będą nadzorować profesorowie z obu uczelni, a po ukończeniu kursu absolwenci dostaną dyplom. Na dodatek edX będzie otwarty praktycznie dla każdego, kto ma dostęp do internetu.

Biorąc pod uwagę, że edX będzie oferować to samo, co mają studenci, którzy chodzą na uczelnie, bez konieczności zdawania trudnych egzaminów (Harvard odrzuca 93 proc. aplikacji, MIT – 90 proc.) i płacenia czesnego, które może sięgać nawet 200 tys. dolarów, dla potencjalnych chętnych oferta brzmi wyjątkowo atrakcyjnie. Pytanie tylko, jaki sens w tym widzą obie uczelnie?

Ich władze przekonują, że nauka online nie zmniejszy prestiżu szkół, a dzięki temu one też sporo zyskają. – Poprzez tę współpracę nie tylko uczynimy wiedzę bardziej dostępną, lecz także więcej się dowiemy o uczeniu się – mówiła na konferencji prasowej Drew Faust, prezydent Harvardu. Alan Garber, rektor uczelni, wyjaśnił, że inicjatywa pomoże zebrać dane, które do tej pory nie istniały – jak dużo czasu studenci spędzają nad poszczególnymi elementami, jak sposób nauki przekłada się na efekty.

Po części edX jest też odpowiedzią na działania konkurencji. Harvard i MIT nie są jedynymi czołowymi amerykańskimi uczelniami, które próbują uruchomić naukę online. W zeszłym miesiącu Stanford, Princeton, University of Michigan i University of Pennsylvania ogłosiły nawiązanie współpracy z komercyjną firmą Coursera, choć budżet tego przedsięwzięcia wynosi tylko 16 mln dolarów. Podobne plany mają też inne czołowe uczelnie. MIT zresztą już wcześniej dostrzegł taką konieczność – na kurs obwody elektryczne i prąd, który ruszył w marcu, zapisało się 120 tys. osób.