- Dziś polska oświata jest jak polska służba zdrowia, czyli jak pijak, który wchłonie każdą ilość alkoholu, jak gąbka. Nie ma takich pieniędzy, których by nie można było wrzucić w tę studnię bez dna - mówi Krzysztof Konarzewski pedagog, profesor nauk humanistycznych. Były dyrektor Centralnej Komisji Egzaminacyjnej
Reklama
Szkołę tworzą nauczyciele, dzieci, rodzice…
…i program nauczania. To zabawne, że go pan pominął. To jakby mówiąc o Kościele, wspomniał pan tylko o dzwonach i szatach liturgicznych.
Skupiam się na ludziach, dla których podobno jest szkoła.
Ale oni są tam po to, by realizować program, uczyć się tego, co dyktuje państwo.

Reklama
Państwo dyktuje tylko podstawę programową.
Czyli wszystko.
Niestety. Zacznijmy od nauczycieli, jacy oni są?
Sfrustrowani. Cechuje ich nieredukowalna frustracja, przez co to ludzie ponurzy. Nauczyciele nigdy się nie uśmiechają. Wolałbym jednak zacząć od rodziców.
Co za krnąbrny osobnik mi się trafił!
Rodzice są w stałym konflikcie z nauczycielami i tak było zawsze, jak świat światem, tyle że kiedyś silniejszą stroną w tym konflikcie byli nauczyciele, a teraz są rodzice.
Zdecydowanie tak.
Efekt? Rodzice zajmują się prześladowaniem nauczycieli.
Żądają natychmiastowych odpowiedzi na wieczorne e-maile i SMS-y, urządzają e-mailowe nagonki, bo pani za dużo wymaga…
Dlaczego tak jest? Odpowiedź jest prosta – bo nauczyciele stracili cały autorytet.
Ot tak go stracili? Był i nie ma?
Zadziałał czarny PR nauczycieli, który uprawiali choćby dziennikarze. Od lat nikt się za nimi nie ujmował, pisano o nich w najlepszym razie z przekąsem, zawsze ich wyśmiewano i lekceważono.
O lekarzach pisało i mówiło się znacznie gorzej, a jednocześnie każdy chciałby, by dziecko poszło na medycynę.
Bo tu dochodzimy do drugiej przyczyny, pieniędzy.
Angelika z korpo zarabia po dwóch, trzech latach pracy 8 tys. zł – tyle co dyrektor szkoły.
Oczywiście, ma pan rację! A jak jej dziecko pójdzie do szkoły, to zarabia już znacznie więcej i myśli sobie: „Co mi taka wychowawczyni będzie podskakiwać, mogę ją trzy razy kupić i sprzedać”.
Dlatego trzeba zacząć od płacenia nauczycielom lepiej.
To by się bardzo spodobało panu Broniarzowi z ZNP.
Może akurat ma rację?
Nie, na tym trzeba skończyć. Dziś polska oświata jest jak polska służba zdrowia, czyli jak pijak, który wchłonie każdą ilość alkoholu, jak gąbka. Nie ma takich pieniędzy, których by nie można było wrzucić w tę studnię bez dna. À propos, wie pan, ile średnio zarabia nauczyciel w Polsce? 5 tys. zł.
Szału nie ma.
Ale na prowincji to już nie jest tak marnie. Oczywiście nauczycielom trzeba płacić lepiej, ale do tego potrzeba mądrej reformy zarządzania szkołami.
Rodzice prześladują nauczycieli, bo działa na nich czarna propaganda, a w dodatku nauczyciele marnie zarabiają, bo to nieudacznicy?
Dochodzi do tego element kiepskiego wykształcenia nauczycieli. Gdzieś w środowisku wiejskim nauczyciel to wciąż jakaś elita, jest lepiej wykształcony niż reszta, ale w miastach? Tu nawet ta pinda z korpo, jak pan mówi, a nie, pan jakoś ładniej powiedział.
Mówiłem o „Angelice z korpo”.
Niech będzie, ona też ma nędzne wykształcenie, za to bardzo wysokie mniemanie o nim i w związku z tym o sobie. Nawet ona widzi, że nauczycielka robi błędy ortograficzne i gramatyczne, niewiele wie. Kpiono z nauczycielki z telewizji, która podczas lekcji mówiła dzieciom, że liczba parzysta to taka, która ma parę.
Z czego to wynika?
Z jakości kształcenia, w którym kładzie się nacisk na mnóstwo niepotrzebnych książek filozoficznych, a nauczycielka nauczania początkowego nie uczy się matematyki, literaturoznawstwa, niczego, czego sama będzie kiedyś uczyć.
Rodzice mają poczucie wyższości i irytują ich nauczyciele.
Rodzice są niezadowoleni i okazują to niezadowolenie w mało cywilizowany, a na pewno w nieproduktywny sposób. Oni na ogół nie mówią nauczycielce prosto w oczy „pani nie ma racji”, bo się boją, że ta odegra się później na dziecku.
Będzie się mścić na dziecku – słyszałem to dziesiątki razy.
I nieważne, czy to prawda, czy nieprawda, ale wielu ludzi tak uważa.
Co robi taki rodzic, który nie ma odwagi pójść do nauczyciela?
No właśnie, robi raban dookoła: chodzi, opowiada, pisze w e-mailach do innych rodziców, chce zbierać podpisy.
Urządza regularną nagonkę. Znam to ze szkół moich dzieci.
Z czego to się bierze? Z tego, że szkoła jest urzędem podporządkowanym organizacji centralnej i rodzice nie mają na nią żadnego wpływu. I nie mówię o indywidualnych rodzicach, ale rodzicach jako grupie. Nie są partnerami dla szkoły.
Rodzice powinni mieć jakieś elementarne zaufanie do nauczycieli, skoro powierzają im własne dziecko.
Nie powierzają! Nie mają wyboru, bo edukacja jest w Polsce przymusowa. Tak na marginesie, jestem przeciwnikiem wszystkiego, co przymusowe.
Miło mi, panie Januszu.
O nie! (śmiech) Jednak nawet w tym autorytarnym systemie pozycja nauczyciela mogłaby być wyższa, gdyby miał oparcie w szkole. Pani Kowalska od biologii mówi twardo rodzicom, że nie przesadza z wymaganiami, a jeśli rodzice uważają inaczej, to niech idą do dyrektora. A ten – wiedząc, że ma wsparcie państwa – mówi, że ma pełne zaufanie do pani Kowalskiej. I żądający poluzowania rygorów rodzice odchodzą jak niepyszni. Ale tak nie jest, bo pani od biologii nie ma żadnego oparcia, a dyrektor mówi: „No, wie pani, znowu są skargi”…
Bo czego chce dyrektor? Świętego spokoju. Wcale nie tego, by Kowalska dobrze uczyła biologii, ale by nie było problemów.
No pewnie, że tak!
Powiedział pan, że nauczyciele są sfrustrowani.
Oni mogliby być mądrzy, otwarci, weseli, a są ponurzy. Czemu?
Bo mało zarabiają?
Też, ale także dlatego, że czują na sobie odium społeczne. Zaszczuliśmy ich, związaliśmy im ręce, pozbawiliśmy inicjatywy. Tak, moglibyśmy tu przedstawić listę grzechów nauczycieli, ich głupoty i wad charakteru, ale to tylko odsunęłoby naszą uwagę od najważniejszego.
A co jest najważniejsze?
Państwo wzięło na siebie odpowiedzialność za edukację Polaków, a skoro tak, to wzięło również odpowiedzialność za kwalifikacje nauczycieli, za jakość ich pracy. Tymczasem nauczycielstwo się zdeprofesjonalizowało i obserwujemy ten proces od końca PRL-u.
Co to znaczy?
Profesjonalista potrafi pracować na własnych warunkach. Taki nauczyciel sam potrafi zaplanować cykl lekcji na cały rok, a nawet na cały okres trwania szkoły, dobrać metody do realizacji tego planu, przeprowadzić go i ocenić wiedzę ucznia. W późnym PRL-u postanowiono się bez tego obejść.
Dlaczego?
Częściowo z powodu niskiego poziomu wykształcenia nauczycieli, którzy w znacznej części nie kończyli nawet studiów, a policealne studium nauczycielskie. Ograniczono samodzielność nauczycieli, od teraz mają uczyć odtąd – dotąd. Do tego rzeczywiście nie trzeba wykształcenia, wystarczy szczegółowy program i wytyczne. Nauczyciele byli zachwyceni, powiedzieli: „To świetnie, jesteśmy kryci”.
Co zrobić, by nauczyciele nie byli sfrustrowani, by zaczęli się uśmiechać?
Trzeba zacząć ich szanować i dać szansę na awans finansowy. To oznaczałoby odejście od rządowej listy płac.
Czyli od Karty Nauczyciela.
Ona wprowadza urawniłowkę z kretynizmem awansu zawodowego.
Co w zamian?
Szansa zarobienia pieniędzy. „Małgosiu, jak się będziesz starać, to w przyszłym miesiącu damy ci więcej”. Żeby to było możliwe, to szkoła musiałaby decydować o funduszu płac.
To niemożliwe.
Takie podejście kończy dyskusję. Dlaczego w pańskiej redakcji to jest możliwe, a w szkole nie?
Bo szkoła to nie firma nastawiona na zysk.
Ale może funkcjonować ze sprawnym kierownictwem i radą nadzorczą decydującą o zarobkach.
Radą nadzorczą?
Szkoła powinna zostać usamodzielniona organizacyjnie, inaczej będziemy grzęźli w marazmie. To jest proste – każda szkoła zostaje spółką prawa cywilnego.
Wie pan, kto będzie najgłośniej przeciwko temu protestował?
Wszyscy!
Pierwsi wystąpią nauczyciele.
Oczywiście, że tak, z ZNP na czele. Pamiętam, jak komunalizowano szkoły, które w PRL należały do państwa. Nowa władza od razu oddała je samorządom.
Co i tak nic nie zmieniło.
Ależ zmieniło bardzo wiele! Mało kto pamięta, w jakim stanie technicznym były szkoły pod koniec PRL – one się waliły, brakowało pieniędzy na jakiekolwiek remonty, o salach gimnastycznych nie wspomnę. I to wszystko się zmieniło już w pierwszej dekadzie po przejęciu szkół.
Ma pan rację, kostka Bauma, remonty szkół i nowe sale gimnastyczne – to polskie samorządy w latach 90.
Państwo powiedziało ludziom – chcecie lepszej szkoły, zróbcie ją sobie sami i oni zrobili. To się nazywa zasada pomocniczości.
Wróćmy do pieniędzy. Żeby od nauczycieli wymagać, trzeba im zacząć naprawdę płacić.
Trzeba najpierw 100 tys. zwolnić.
To zasada Franca Fiszera, który głosił, że w Polsce nie będzie dobrze, póki nie powiesimy 300 tys. łajdaków, a jeśli nie znalazłoby się ich aż tylu, trzeba dobrać z niewinnych.
Ja tego nie wziąłem z anegdoty. Kiedy minister Handke robił reformę i wprowadzał gimnazja, też chciał dać podwyżki nauczycielom. Poszedł do ministra finansów i mówi, że tyle mu trzeba, na co Balcerowicz spojrzał na dokumenty i powiedział: „Ma pan przerosty zatrudnienia na poziomie stu tysięcy. Jak pan ich zwolni, to będzie mógł dać podwyżki pozostałym, bez dodatkowych pieniędzy z budżetu”.
Bądźmy szczerzy, część z nauczycieli nie znalazłaby pracy nigdzie indziej.
I tych trzeba by zwolnić w pierwszej kolejności!
A jak chciałby pan zweryfikować, którzy są ci źli?
Dziś o zwolnieniu decyduje dyrektor, ale on może się mylić. Żeby kogoś zwolnić, musi nazbierać mnóstwo papierów przeciwko nauczycielowi, ten się odwołuje i trwa to latami. Znam to od podszewki i wiem, że dyrektor się na to nie decyduje, woli poczekać, aż nauczyciel przejdzie na emeryturę.
Pan chciałby wzmocnić pozycję dyrektora?
Jeszcze tego brakowało! Trzeba wrócić do pomysłu szkoły autonomicznej, którą zarządzałaby rada szkoły – coś na kształt rady nadzorczej – złożonej z rodziców, delegatów nauczycieli, reprezentantów właściciela, pracodawców.
Jakie kompetencje ma lokalny establishment, by ocenić pracę nauczyciela polskiego?
A jakie kompetencje ma ława przysięgłych w amerykańskich sądach?
Moralne.
I tu byłoby tak samo. Od oceny merytorycznej byłby dyrektor, oni zaś decydowaliby, czy ma rację.
Ma pan w szkole trzech nauczycieli matematyki, z których jeden jest kompletnym idiotą.
I on zostałby zwolniony, bo potwierdziliby to rodzice i dyrekcja. Najwyżej wprowadzono by jakieś konsultacje zewnętrzne.
Co pan mówi, panie profesorze? Przecież nauczyciele mają papiery w idealnym porządku, wieczne nagrody itp.
Jeśli ludzi naprawdę interesuje wykształcenie ich dzieci, to będą pluć na sztywne procedury.
Pan chce powiesić 100 tys. nauczycieli…
Nie, ja chcę naprawić szkołę i lepiej płacić nauczycielom, a pierwszym krokiem ku temu byłaby redukcja zatrudnienia według racjonalnych reguł.
O to się spieramy, bo ja nie wierzę w racjonalne reguły. Wylecą najmłodsi, którzy nie mają pleców.
W tej chwili tak, ale dlaczego pan przyjmuje, że ten system ukształtowany jeszcze w II Rzeczpospolitej jest niezmienny? Szkoła nie musi być taka.
Te nasze dzieci nic nie umieją i niczego się w szkole nie uczą. Mam złych znajomych, skoro to powtarzają?
Badacz tak nie mówi. Jedni coś umieją, inni nie, jedni coś wynoszą ze szkoły, inni skądinąd. Co wiemy?
No właśnie?
Mamy międzynarodowe sprawdziany osiągnięć szkolnych PISA…
…które ugruntowują nas w przekonaniu, że jest świetnie.
Nie, ale pokazują, że jest coraz lepiej. Zaczęliśmy badać 16-latków w 2000 r. i okazało się, że Polska jest głęboko poniżej średniej OECD. Zaczynaliśmy jako kraj Trzeciego Świata, a potem było coraz lepiej. Teraz może nie jesteśmy w czołówce, ale jest dobrze.
Nauczyliśmy się rozwiązywać testy.
Ale co to w ogóle znaczy?!
Wszyscy profesorowie akademiccy powtarzają, że młodzi są świetni w testach, ale niczego nie wiedzą.
Wyobraża pan sobie test z historii, który może zdać ktoś, kto nie ma o niej zielonego pojęcia? Jak? Bo potrafi rozwiązywać testy? To absurd!
Proszę się nie denerwować. Wyobrażam sobie, że można mieć wybitne osiągnięcia w testach i być głąbem.
A to akurat prawda, tylko że to nie znaczy, iż się nic nie wie, ale że się nie potrafi tej wiedzy wykorzystać do rozwiązania jakiegoś problemu. Testy są niepełną i zawodną, ale jednak miarą jakości wykształcenia. One nie pokazują funkcjonalności wiedzy, ale już samą wiedzę tak.
Mój syn czyta dużo, mówi po polsku lepiej niż niejeden nauczyciel, prawidłowo akcentuje. Miał czwórkę z polskiego, bo padł na testach z gramatyki.
I co?
Powiedziałem, że jak będzie tyle czytał, to może mieć nawet trójkę.
I dobrze pan postąpił.
Wiem, ale córka czytała znacznie mniej, a miała piątkę. Umiała testy.
Nie wiem, o jakich testach pan mówi, bo nie ma testów egzaminacyjnych z polskiego. Jak ma pan kilka pytań testowych plus rozprawkę lub pytanie, na które trzeba odpowiedzieć kilkoma zdaniami, to nie jest test.
Bawi się pan w słówka, zamiast odpowiedzieć na zarzut testomanii.
Mamy ciągłe podważanie ich wartości: „W szkole są jakieś testy”, „Polska dobrze wypada w jakichś testach”. Przepraszam bardzo, ale szkoła egzaminuje i egzaminowała od zawsze! Kiedyś były stopnie, teraz są wartości liczbowe, ale chodzi o to samo: żeby wiedzieć, czy szkoła w ogóle coś daje uczniom. Dawniej te stopnie stawiał stronniczy nauczyciel, który albo konspirował przeciwko uczniowi, albo – znacznie częściej – na jego korzyść. Zapomnieliśmy o czasach, kiedy stopień jednego nauczyciela kompletnie nie odpowiadał stopniowi nauczyciela z innej szkoły, a czasem nawet z równoległej klasy.
Tak, ale moje dzieci zamiast stopni mają teraz w trakcie roku punkty. Nauczyciele są zadowoleni, bo rodzice się nie awanturują, że Jasiu zasługuje na czwórkę.
Ale wie pan, że te punkty sami nauczyciele ustalają, jakaś grupka oszołomionych entuzjastów? A potem każdy mówi: „Ja nie mogę tego zmienić, to ustalone”.
Kiedyś dziecko mniej zdolne, ale bardzo pracowite mogło na zachętę dostać czwórkę na koniec roku i było przeszczęśliwe. To było pedagogiczne, pokazywało wartość pracy. A teraz, sorry, masz za mało o pół punktu, koniec.
Zgadzam się, to szkodliwe. Zaraz, kto wprowadził ten idiotyzm? A, już wiem, niestety Handke.
Tak się kończą pańskie skłonności do standaryzowania.
Standaryzować trzeba tylko te rzeczy, które powinny być wystandaryzowane, innych nie. Kiedy robimy konkurs na wstęp na prawo na UW, to standaryzacja jest konieczna, bo inaczej decydowałyby układy, korupcja i Bóg wie co. Ale stopni stawianych na bieżąco nie wolno standaryzować! Żadnych punktów w szkole, po co one?!
Rok temu mieliśmy strajk nauczycieli, który twórczo przeszedł w długi weekend, a potem w matury i dwa miesiące z głowy…
…a Broniarz zamiast wylecieć z hukiem, dalej króluje.
Bez polityki, proszę.
Przecież o rządzie ani tej ekipie nic nie mówię, pilnuję się, bo…
Teraz mamy epidemię. Jakim cudem po takich dwóch latach, gdzie były same przerwy, te dzieci mają mieć coś w głowach?
To prawda, nie mogą. Ale mówimy o normalnym roku szkolnym i przy jego długości bym nie dłubał, bo od tego nic nie zależy. Inną sprawą jest wykorzystanie czasu w szkole. W Polsce w ogóle marnuje się czas, a w szkole marnuje się go mnóstwo, na każdej lekcji, każdego dnia.
I pan by to zmienił. Jak?
Mamy czas nauki do końca czerwca? To do przedostatniego dnia powinny być normalne lekcje, a jak jest?
Cały czerwiec to jeden wielki dzień sportu. No i wycieczki.
To się powinno zdecydowanie zmienić. Tak samo jak matury, które zżerają mnóstwo czasu nie maturzystom, tylko uczniom niższych klas, bo nauczyciele ciągle są przy egzaminach maturalnych. Dlatego zresztą postuluję wyprowadzenie matur poza szkoły – skoro są one formą egzaminu wstępnego na studia, to niech je robią uczelnie.
Nikt się do tego nie pali.
Jak i do wielu innych rzeczy, skądinąd koniecznych. ©℗
Szkoła jest urzędem podporządkowanym organizacji centralnej i rodzice nie mają na nią żadnego wpływu. I nie mówię o indywidualnych rodzicach, ale rodzicach jako grupie. Nie są partnerami dla szkoły