- Wielu naszych naukowców jest przyzwyczajonych do poklepywania po plecach, a każdą krytyczną recenzję traktuje jak obrazę - mówi w wywiadzie dla DGP prof. Grzegorz Węgrzyn, przewodniczący Rady Doskonałości Naukowej.
Został pan przewodniczącym Rady Doskonałości Naukowej (RDN), która ma w niedługim czasie zastąpić Centralną Komisję ds. Stopni i Tytułów (CK). Przed jej powołaniem sporo kontrowersji budziły kompetencje kandydatów. Część z nich nie opublikowała bowiem w swojej karierze niczego, co spotkałoby się z oddźwiękiem na świecie. Czy oceniający nie powinni być jednak lepsi od ocenianych?
W wyborach do RDN (w przeciwieństwie do CK) określono już wymagania merytoryczne względem kandydatów. Musieli oni posiadać habilitację lub być profesorami czy też opublikować określoną liczbę artykułów i monografii. Musimy pamiętać, że wyboru dokonało środowisko naukowe. Głos mogli oddać wszyscy profesorowie i doktorzy habilitowani. Poza tym w różnych dyscyplinach wskaźniki bibliometryczne (np. liczba publikacji czy cytowań) są różnie interpretowane i znaczą coś innego. Ja bym nie dyskwalifikował kandydatów po takim pobieżnym przeskanowaniu ich dorobku publikacyjnego. Wierzę, że wybór dokonany przez środowisko jest przemyślany. Na pewno ja jako przewodniczący będę się starał, aby RDN spełniała najwyższe standardy pracy.
Reklama
Jednak, jak wynika z różnych raportów (m.in. niedawno opublikowanej analizy aktywności publikacyjnej i grantowej PAN), widoczność polskich naukowców na arenie międzynarodowej nie jest zadowalająca.
Faktycznie, jeżeli spojrzymy sobie na potencjał kadrowy oraz dostępną infrastrukturę, to powinniśmy w nauce światowej znaczyć więcej.

Reklama
Dlaczego nie znaczymy?
Problem jest złożony. W nauce wiele zależy od oceny eksperckiej. To, czy ktoś jest uważany za znakomitego czy średniego naukowca, zależy od opinii innych badaczy. My przez lata nie mieliśmy niestety w naszym kraju odpowiednich warunków do rozwoju nauki. Mam tutaj na myśli okres powojenny aż do zmiany ustroju. W tamtym okresie rzetelność wyników prowadzonych przez nas badań też była wątpliwa. Często stanowiska na uczelniach przyznawane były za działalność polityczną. To wszystko rzutowało na naszą rzetelność naukową. Zmienić ten obraz jest bardzo trudno. Oczywiście postrzeganie polskich naukowców ewoluuje na naszą korzyść. Jednak ciągle pokutujemy za tamte czasy.
Ta zaszłość powoduje, że gdy do czasopisma, które cieszy się dużą renomą na świecie, wpływa praca z Polski, to żeby została opublikowana, musi być na znacznie wyższym poziomie niż średnia publikacji w tym periodyku. Jeżeli ktoś ma już wyrobione nazwisko, to ma oczywiście łatwiej.
Czy przyczyna leży jedynie w zaszłościach historycznych?
Nie tylko. Przyczyna leży też w nas samych. Wielu naukowców publikuje w lokalnych czasopismach, bo wymagania są tam mniejsze. I to ich zadowala. Jeżeli w jakimś środowisku takich osób jest dużo, to nie ma tam bodźca do zmian.
Ponadto, żeby zajmować się nauką na światowym poziomie, trzeba mieć środki, o które należy zabiegać, czyli składać wnioski o granty. Nie zawsze jest to jednak równoznaczne z otrzymaniem finansowania. Bowiem w każdym konkursie aż 80–90 proc. wniosków odpada. Jest spora grupa naukowców, którzy jak raz nie otrzymają grantu, bo ich wniosek został gorzej oceniony niż konkurencji, to się obraża i więcej nie aplikują. W konsekwencji nie ma też pieniędzy na badania i taki naukowiec może publikować w lokalnych, mało znaczących czasopismach. W ten sposób koło się zamyka. Dlatego ważne jest, żeby przełamywać te bariery i nie przejmować się niepowodzeniami.
Ponadto wielu naszych naukowców jest przyzwyczajonych do poklepywania po plecach, a każdą krytyczną recenzję traktuje jak obrazę i już np. nie wysyła swoich prac do publikacji. Natomiast w liczących się periodykach o renomie międzynarodowej, jeżeli recenzent uważa, że coś jest nie tak z artykułem, to w opinii pisze prosto z mostu, co mu się nie podoba. Z tych krytycznych uwag warto czerpać naukę na przyszłość, a nie się obrażać. U nas w ogóle jest kryzys recenzji. Nie mamy w zwyczaju pisać krytycznie. Jeżeli ktoś ma coś napisać negatywnego, to woli w ogóle tego nie robić. Dzieje się tak dlatego, że każda, nawet merytoryczna uwaga jest odbierana jako osobisty afront. Tutaj w mentalności części polskich naukowców jest problem.
To są te przyczyny, dla których nie jesteśmy w różnych rankingach tak wysoko, jak wskazywałby na to nasz potencjał.
Oczywiście nie dotyczy to wszystkich naukowców, ale jednak niestety dużej grupy.
RDN składa się w dużej mierze z członków CK. Czym te dwa ciała będą się zatem od siebie różnić, bo już widzimy, że nie kadrą.
Kompetencje tych dwóch organów są bardzo konkretnie rozdzielone. Centralna Komisja ma działać do końca 2020 r. i będzie zajmować się sprawami, które wpłynęły do niej do kwietnia 2019 r. Później jej zadania przejmie Rada Doskonałości. Przykładowo postępowania o nadanie tytułu profesora będą się odbywać już tylko przed RDN i uczelnie ani instytuty nie będą brały w nich udziału. Dotychczas natomiast opiniowały i popierały (albo nie) wnioski o nadanie tytułu profesora.
Zmienia się też sposób nadania uprawnień. Do tej pory CK robiła to na wniosek uczelni lub instytutu. Natomiast od 2021 r. będzie o tym decydować kategoria naukowa przyznana przez resort nauki w ramach ewaluacji (oceny jakości działalności naukowej). Uczelnie, które będą miały w danej dyscyplinie naukowej kategorię B+ i wyższą, otrzymają automatycznie uprawnienia do nadawania stopni. W związku z czym RDN nie będzie miała możliwości kontroli procedur dotyczących nadawania stopnia doktora i doktora habilitowanego. Do tej pory CK przeprowadzała taką weryfikację wyrywkowo albo na skutek otrzymanych sygnałów o nieprawidłowościach. W konsekwencji mogła uczelni zawiesić, ograniczyć lub odebrać uprawnienia. Jeżeli oczywiście uznała, że stopnie są nadawane niezgodnie z procedurami lub miała uwagi do poziomu merytorycznego osiągnięć kandydatów, na podstawie których nadano stopnie. Teraz nie będzie miała takiej możliwości. Weryfikacja będzie następować przy kolejnej ewaluacji.
Czy ten brak kontroli nie spowoduje, że na uczelniach będą występować różne patologie związane z przyznawaniem stopni?
Trochę się tego obawiamy. Z jednej strony uczelnie i instytuty otrzymują w kwestii procedur awansowych większą swobodę, ale z drugiej spada na nie większa odpowiedzialność, aby te stopnie były nadawane zgodnie z przepisami, przy zachowaniu odpowiedniego poziomu merytorycznego. Tutaj nie boję się o dobre uczelnie z tradycjami, a raczej o te z mniejszym dorobkiem.
Doświadczenia Centralnej Komisji pokazują, że często kontrole kończyły się poważnymi zastrzeżeniami. Mam nadzieję, że ewaluacja wyeliminuje po prostu słabe jednostki z nadawania stopni.
Patologiczne sytuacje może też ograniczyć inna zmiana. Do tej pory recenzje były tylko niewiążącymi opiniami. Nawet gdy wszystkie były krytyczne, uczelnia mogła nadać stopień, gdy uznała, że są one niemiarodajne. W nowych procedurach co najmniej dwie negatywne recenzje powodują, że nie można będzie już nadać stopnia. Ponadto w postępowaniach habilitacyjnych trójkę z czterech recenzentów powoływać będzie RDN. W związku z czym stają się oni poniekąd sędziami w sprawie. To nie będą osoby związane z daną jednostką naukową.
À propos recenzentów. Często pojawiały się w stosunku do nich zarzuty o kumoterstwo. Czy nowe przepisy mogą te negatywne zjawisko ograniczyć?
Tak. To potencjalne kumoterstwo, o którym pani wspomniała, zostanie mocno ograniczone. RDN przy wyznaczaniu recenzentów będzie musiała zaproponować kandydatów do tych funkcji w liczbie co najmniej trzykrotnie większej w stosunku do wymaganej. Następnie z tego grona zostaną wyłonione drogą losowania faktyczni recenzenci, którzy ocenią kandydata i jego dorobek. Dlatego pomimo, iż mają oni właściwie decydujący głos przy awansie, to prawdopodobieństwo kontrowersyjnych powiązań zostanie w takim wypadku mocno ograniczone.
Pracujemy też z resortem nauki nad przepisem, który będzie chronił recenzentów. Często bowiem ocena słabego dorobku jest pozytywna dlatego, że znane są przypadki pozywania do sądów recenzentów za negatywną opinię. Oczywiście recenzja nie może być obraźliwa. Jednak stwierdzenie, że dorobek kandydata jest niewystarczający, nie może być podstawą do pociągania do odpowiedzialności cywilnej osoby oceniającej. W związku z tym jest przygotowywany przepis o immunitecie dla recenzentów, który wprowadza zakaz pozywania do sądu w związku z krytyczną recenzją. Uchylić go będzie mogła RDN, jednak tylko w przypadku, kiedy recenzent obraziłby ocenianą osobę, umyślnie podał w recenzji nieprawdziwe informacje itd.
Co w przypadku, gdy naukowiec nie zgodzi się z merytoryczną oceną recenzenta?
Będzie mógł odwołać się do RDN, która powoła dodatkowych ekspertów do oceny dorobku. I wówczas podejmie decyzję, czy ta odmowa nadania stopnia była uzasadniona, czy też nie.
Pojawiają się głosy, że o tytuł profesora będzie znacznie łatwiej niż obecnie. Ustawa 2.0 nie wymaga już od takiej osoby np. wypromowania doktoranta.
To prawda, że nie ma tego w wymogach formalnych, jak to było do tej pory. W przepisach jest jednak wymóg dotyczący wybitnego dorobku naukowego, uczestnictwa w pracach zespołów badawczych. Nie wyobrażam sobie zatem, aby jakikolwiek recenzent napisał pozytywną opinię, jeżeli kandydat do uzyskania tytułu profesora nie będzie miał żadnych doktorantów. Trudno mówić bowiem w takim przypadku o pracy w zespole badawczym. Kryteria nie zostały zatem w żaden sposób obniżone.
Tyle że pojęcie wybitnego dorobku naukowego jest bardzo ogólne.
Cała nauka bazuje na systemie ocen eksperckich. Zawierzamy takim osobom, że wiedzą, co uprawnia do uzyskania danego stopnia lub tytułu. Bez tego czynnika ludzkiego byłoby to stricte postępowanie administracyjne, a nie o to chodzi. Można oczywiście stosować wskaźniki bibliometryczne, ale one będą zawsze zawodne. Nauki nie da się bowiem w pełni zmierzyć jakimkolwiek parametrem. Laureat Nagrody Nobla, Francis Crick, który odkrył wraz z Jamesem Watsonem strukturę molekularną DNA, w całym swoim życiu opublikował nieco ponad 30 publikacji. To jest bardzo mało jak na obecne standardy, ale wśród nich była ta przełomowa praca. Gdybyśmy stosowali jakiekolwiek kryteria ilościowe, to wyeliminowalibyśmy wielu znakomitych naukowców jako kandydatów do stopni czy tytułów. Poza tym jest też dużo publikacji, które nic nie wnoszą do nauki. Trudno zatem bazować tylko na nich. Tu ważna jest rola eksperta, który wie, co to badania naukowe, i potrafi ocenić ich ważność.
Ustawa nie tylko znosi obowiązek habilitacji, ale wprowadza w naukach humanistycznych, społecznych i teologicznych obowiązkowe kolokwium habilitacyjne, a w innych naukach – dobrowolne. Młodzi naukowcy uważają, że to zupełnie zbędne. Jakie jest pana zdanie?
Ja oceniam ten ruch pozytywnie. Przez ostatnie dziewięć lat od momentu zniesienia kolokwium cała ocena habilitanta dokonywana była na podstawie zgromadzonych publikacji. Jeżeli to ma być jednak samodzielny pracownik naukowy, to musi mieć nie tylko dorobek, ale umieć dyskutować, przedstawiać poglądy czy mieć dalsze plany badawcze. To jest ważne i myślę, że kolokwium będzie służyć weryfikacji tych kwestii. Stwarza też możliwość dyskusji z recenzentami.
Ustawa 2.0 wprowadza dużo zmian w procedurach awansowych. Czy jest szansa, że nowe przepisy wpłyną na poziom naukowców?
Trudno przewidzieć. To, co może nastąpić, to zróżnicowane tych stopni. Zaczniemy zwracać uwagę, na jakiej uczelni ktoś uzyskał np. stopień doktora – czy na takiej, gdzie są wysokie standardy, czy może tam, gdzie są one nieco niższe. Na pewno intencją jest, żeby poniżej pewnego (w domyśle wysokiego) poziomu nie schodzić. Jeżeli uczelnia będzie z kolei słaba, to w ogóle straci możliwość nadawania stopni. Dzięki temu ogólny poziom uzyskiwanych stopni powinien wzrastać.