We wstępie możemy przeczytać, że wyniki zostaną przedstawione wyłącznie zbiorczo, bez możliwości wskazania, kto udzielił jakiej odpowiedzi. Można więc uznać, że skoro więcej jest uczniów niż nauczycieli, to ci pierwsi przeważą szalę zaproponowanych tam rozwiązań na swoją korzyść. No, chyba że dyrektorzy nie przekażą uczniom tej ankiety.

Jakie pytania pojawiły się w ankiecie MEN?

Pytania, które tam się pojawiły, są kluczowe dla konsultowanego od lipca 2025 roku projektu ustawy. Pojawia się w nich m.in. kwestia usprawiedliwiania nieobecności, przy której jedna z odpowiedzi podpowiada, że można całkowicie odstąpić od usprawiedliwiania absencji. Mogę z góry założyć, że niemal wszyscy uczniowie odpowiedzą, że nie ma sensu tego robić. Z kolei w temacie wprowadzenia obowiązkowych rad szkół, które od początku są krytykowane, na „nie” zapewne będą nauczyciele i dyrektorzy. Przypuszczam, że niemal wszyscy nauczyciele odpowiedzą też, że nie potrzebujemy licznych rzeczników praw uczniów na szczeblu szkół, gmin, województw, a nawet kraju, i że wystarczą dotychczasowe instytucje Rzecznika Praw Obywatelskich i Rzecznika Praw Dziecka. Nie muszę też pisać, jaka będzie odpowiedź uczniów i nauczycieli dotycząca swobodnego ubioru, malowania paznokci, włosów…

Krótko mówiąc, angażowanie do tej ankiety blisko 700 tys. nauczycieli i około 5 mln uczniów nie ma większego sensu. Te informacje są zbierane tylko po to, aby w przysłowiowych papierach wszystko się zgadzało, a obecne ministerstwo udowodniło, że różni się od swoich poprzedników, którzy lekceważyli albo wręcz hejtowali nauczycieli, jak miało to miejsce choćby w kwietniu 2019 r. w trakcie generalnego strajku nauczycieli. My jesteśmy od nich lepsi. Ale czy na pewno? Czy robienie ankiety „do szuflady” również nie jest lekceważeniem? Powód jest prosty: wasze odpowiedzi, drodzy uczniowie i nauczyciele, nie zmienią nawet przecinka w projekcie ustawy, który formalnie został przyjęty już 22 stycznia 2026 r. przez Stały Komitet Rady Ministrów. Z pewnością byłby też już przyjęty przez rząd, ale nasza redakcja trochę pokrzyżowała te plany, opisując ankietę, do której dotarliśmy i opisaliśmy we wtorkowym wydaniu „DGP”. Projekt po prostu jest już „klepnięty” i wkrótce najprawdopodobniej trafi do Sejmu.

Dlaczego cała historia z ankietą MEN to akcja pozorowana?

– Do 28 lutego 2026 r. trwa ankieta na Zintegrowanej Platformie Edukacyjnej, w której wypowiedzieć się mogą wszyscy nauczyciele i uczniowie. Z tego względu, zależnie od jej wyników, poszczególne postanowienia projektu ustawy o prawach i obowiązkach ucznia mogą jeszcze ulec zmianie na etapie parlamentarnym – wyjaśnia Ewelina Gorczyca, rzecznik prasowy MEN. Mam wrażenie, że tymi słowami próbuje ratować wizerunek ministerstwa. Tymczasem dobrze wiemy, że jeśli rządowy projekt trafia do Sejmu, to następują tam już tylko drobne zmiany legislacyjne, a nie wywracanie całej nowelizacji i jej sensu do góry nogami.

Nie pozostaje więc nic innego, jak zwrócić się do Barbary Nowackiej, aby na przyszłość faktycznie zadbała o prestiż nauczycieli i szacunek dla nich. Choć naprawdę trudno o tym mówić w sytuacji, gdy do wypełniania ankiety zostaje zagoniona rzesza nauczycieli i uczniów, lecz formalnie czas na konsultacje zakończył się. Zamiast poświęcać czas na wypełnianie kwestionariusza, który nic nie zmieni, nauczyciele mogliby go przeznaczyć na pracę z uczniami, a ci drudzy na naukę.