Co druga uczelnia nadzorowana przez ministra nauki i szkolnictwa wyższego otrzymała w tym roku niższą dotację na kształcenie studentów niż w 2016 r. To efekt nowelizacji rozporządzenia w sprawie sposobu podziału dotacji z budżetu państwa dla uczelni publicznych i niepublicznych (Dz.U. poz. 2016), która weszła w życie 1 stycznia 2017 r.

Nowy porządek

Nowelizacja odwróciła dotychczasowy model, zgodnie z którym im więcej placówka miała studentów, na tym wyższą dotację mogła liczyć. Prowadziło to do masowego kształcenia i przyjmowania na studia praktycznie każdego z maturą. Uczelnie nie miały też motywacji do tego, aby pozbywać się słabych studentów, więc przepychały ich za wszelką cenę na kolejny rok. Teraz szkoła, która ma więcej niż 13 studentów przypadających na jednego nauczyciela akademickiego, musi liczyć się ze spadkiem dotacji.

Ponadto algorytm premiuje te uczelnie, które przyznają doktorantom stypendia czy prowadzą badania naukowe na wysokim poziomie. Opłaca im się też ściągać studentów z zagranicy – za jednego dostaną bowiem trzy razy wyższą dotację niż za Polaka, o ile odbędzie on w tej szkole pełen cykl kształcenia.

W innym przypadku – jeżeli przyjedzie do Polski tylko na semestr – szkoła może liczyć jedynie na podwojenie dotacji. Nowy algorytm wprowadził jednak zabezpieczenie. Aby zmiany nie były zbyt drastyczne, z roku na rok dotacja nie może spaść ani wzrosnąć o więcej niż 5 proc.

Duży kosztem małego

Kto stracił na nowym algorytmie? Przede wszystkim uczelnie ekonomiczne. Uniwersytet Ekonomiczny w Krakowie w tym roku będzie musiał zadowolić się dotacją w wysokości 73,4 mln zł – w ubiegłym było to o 4 mln zł więcej. Podobnie UE w Poznaniu. Zamiast 87 mln zł otrzyma 82,7 mln. Straciły też wszystkie akademie wychowania fizycznego. AWF w Poznaniu ok. 1 mln zł, podobnie AWF w Gdańsku. Ucierpiały także politechniki. Koszalińska otrzymała 59,6 mln zł (w ubiegłym – 61,7 mln zł). Znacznie więcej straciła Politechnika Gdańska – dotacja z 241,5 mln zł stopniała do 229,4 mln zł. Niższą dotację otrzymały też niektóre uniwersytety. Łódzki stracił ponad 6 mln zł, Uniwersytet Szczeciński ponad 5 mln zł. Podobnie Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie – otrzymał 97,5 mln zł, kiedy w ubiegłym roku było to 102,6 mln zł.

Uczelnie liczą straty

Uczelnie liczą straty

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Zyskały największe ośrodki akademickie – nawet po kilkadziesiąt milionów złotych. Przykładowo Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu dostał 439,4 mln zł (418,5 mln zł w 2016 r.). Z kolei dotacja Uniwersytetu Jagiellońskiego wzrosła do niemalże 482 mln zł (z 459 mln zł), a Warszawskiego do 592,9 mln zł (z 564,7 mln zł).

– Uczelnie zostały oszukane – mówi wprost Janusz Rak, prezes Rady Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego. – Zmiany w algorytmie zasad naliczania dotacji zostały przeforsowane siłowo już po przeprowadzeniu rekrutacji na studia, bez możliwości dostosowania się do nich. Z góry było wiadomo, które uczelnie mają zyskać, a które stracą. Najwięcej zarobiły duże uczelnie akademickie kosztem tych mniejszych. Jak to się ma do strategii zrównoważonego rozwoju – pyta oburzony. Dodaje, że nie ma nic złego w tym, że rząd chce wzmocnić najlepsze ośrodki, by mogły konkurować ze światową czołówką. – Ale powinien znaleźć na ten cel dodatkowe pieniądze, tak jak znalazł je na 500+. Tymczasem obcina środki uczelniom lokalnym. Mam nadzieję, że te placówki, które straciły, zbudują wspólny front przeciwko takim działaniom ministra – komentuje Janusz Rak.

Liczenie strat

Uczelnie, które w tym roku otrzymają niższe dotacje, już zastanawiają się, jakie działania mogą podjąć, aby zabezpieczyć się w kolejnych latach przed spadkiem dotacji.

– Straciliśmy pięć procent dotacji podstawowej. To dużo. W tym roku jakoś sobie poradzimy, bo uczelnia jest w dobrej sytuacji finansowej. Ale nie możemy sobie pozwolić na kolejny spadek dotacji w roku następnym – mówi prof. Jacek Namieśnik, rektor Politechniki Gdańskiej.

Na pierwszy ogień pójdą studenci. Na UKSW w Warszawie w tym roku na kandydatów będzie czekało o 2,8 tys. miejsc mniej.

– Zmiany w finansowaniu są dla nas zarówno pewnym kłopotem, jak i szansą. Z jednej strony musimy ograniczyć liczbę studentów. Z drugiej zaś kiedy to zrobimy, trafią do nas dużo lepsi kandydaci. Obecnie na naszej uczelni – biorąc po uwagę wszystkie kierunki – o jedno miejsce rywalizuje 1,5 osoby. Zmniejszając limity przyjęć, możemy się spodziewać, że kandydatów na miejsce będzie więcej. Dodatkowo graniczna punktacja, od której będziemy przyjmować, również będzie wyższa. Lepszy kandydat to szansa na zdecydowanie lepszego studenta, a w konsekwencji absolwenta. To także wyższa wartość dyplomu. Chcemy jednocześnie zwiększyć komfort studiowania, tworzyć mniejsze grupy. To zapewni też lepszą obsługę procesu edukacyjnego – wyjaśnia prof. Robert Tomanek, rektor UE w Katowicach.

Po drugie, uczelnie zajmą się badaniami naukowymi. To pozwoli im na osiągnięcie np. wyższej kategorii naukowej, a to przełoży się na wyższą dotację.

Po trzecie, będą zatrudniać, ale głównie profesorów z zagranicy. Chcą też ściągać studentów obcokrajowców, zwłaszcza na pełen cykl kształcenia. Szykują się też zwolnienia – głównie pracowników administracji – oraz cięcia wynagrodzeń. Przykładowo Politechnika Białostocka nie zamierza przedłużać podwyżek, które otrzymali podwładni w 2015 r.

– To ok. 200–300 zł na osobę – mówi Dorota Sawicka z PB.