Jak udało nam się ustalić, zlikwidowana zostanie czternastka, czyli jednorazowy dodatek uzupełniający. Samorządy na ten cel musiały co roku wydawać ćwierć miliarda złotych, a od momentu jego wprowadzenia, czyli 2008 r., kosztował je ponad 2 mld zł. W zamian za rezygnację z tego rozwiązania nauczyciele wynegocjowali podwyżki. Do takich ustaleń doszedł zespół złożony z przedstawicieli MEN, samorządów i związków zawodowych, w tym Solidarności, który pracował nad nowymi zasadami finansowania oświaty, czasem i warunkami pracy nauczycieli, a także uproszczeniem systemu wynagradzania.

Zespół zaproponuje rządowi, żeby wynagrodzenia nauczycieli powiązać z wysokością średniej krajowej (obecnie to ponad 4,6 tys. zł). To oznacza, że na starcie swojej drogi zawodowej zarabialiby np. 70 proc. jej wysokości, ale już po kilku latach, wraz z kolejnymi stopniami awansu zawodowego, mogliby zarabiać np. 120 proc. jej wysokości. Dzięki takiemu rozwiązaniu już w przyszłym roku zyskaliby od 300 do 600 zł podwyżki, a ich pensja rosłaby wraz ze wzrostem średniej.

Zmniejszona ma jednak zostać liczba dodatków do pensji. Obecnie jest ich kilkanaście. Znaczna ich część, jak na przykład dodatek mieszkaniowy czy wiejski, zostałyby włączone do wynagrodzenia zasadniczego. W efekcie pensje nauczycieli będą się składały co do zasady z płacy zasadniczej, dodatku stażowego i motywacyjnego. Ten ostatni ma trafiać do tych najbardziej angażujących się w pracę, a nie jak obecnie do wszystkich, z uwagi na konieczność zapewnienia średniej płacy.

W zamian za wyższe pensje zasadnicze nauczyciele mają się zgodzić na to, by ich praca była oceniana co pięć lub siedem lat. Teraz dzieje się tak tylko na wniosek samego zainteresowanego. Zmianom sprzeciwia się Związek Nauczycielstwa Polskiego, popiera je za to NSZZ „Solidarność”.

Szefowa resortu edukacji Anna Zalewska ma przedstawić „mapę drogową” wprowadzania podwyżek 4 kwietnia. Zmiany mają być przeprowadzone w ekspresowym tempie, tak aby zaczęły obowiązywać od stycznia 2018 r.

Szkolne pensje czeka rewolucja

Nauczyciele będą oceniani co kilka lat, a na dodatki motywacyjne mogą liczyć tylko ci najlepsi.

Wczoraj w resorcie edukacji podsumowane zostały prace specjalnych zespołów zajmujących się m.in. nowymi zasadami finansowania oświaty, czasem i warunkami pracy nauczycieli, a także uproszczeniem systemu wynagradzania. Uczestniczyli w nich przedstawiciele oświatowych związków, samorządowcy, a także przedstawiciele resortu.

Na podstawie ich ustaleń Anna Zalewska, szefowa MEN, ma przedstawić 4 kwietnia szczegółowe rozwiązania, które zaczną obowiązywać już od przyszłego roku.

Zbyt skomplikowany

MEN chce przede wszystkim uprościć system wynagradzania nauczycieli i zrezygnować ze średniej płacy, a co za tym idzie, z obowiązku wypłaty jednorazowego dodatku uzupełniającego. Wszystko wskazuje na to, że od przyszłego roku nie będzie już średnich płac dla nauczycieli liczonych od kwoty bazowej ustanawianej w ustawie budżetowej. Co więcej, część dodatków do pensji miałaby ulec likwidacji.

– Jeśli pensja zasadnicza uległaby zwiększeniu, to nie mamy nic przeciwko temu, aby niektóre składniki wynagrodzenia włączyć do płacy zasadniczej. Nikt nie mówiłby wtedy, że nauczyciel dyplomowany zarabia średnio 5 tys., a przecież do tej średniej wlicza się godziny ponadwymiarowe czy też np. odprawy emerytalne. Obecne przepisy zamydlają rzeczywisty ogląd na pensje nauczycieli – mówi Sławomir Wittkowicz, przewodniczący Branży Nauki, Oświaty i Kultury w Forum Związków Zawodowych.

Samorządy a Karta nauczyciela

Samorządy a Karta nauczyciela

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Według niego związkowcy zgodzą się na uproszczenie systemu pod warunkiem, że wzrośnie pensja zasadnicza.

– System trzeba maksymalnie uprościć i premiować pracę najlepszych. Ponadto dodatki do pensji dla nauczycieli to przeżytek. Nie chcemy czternastki ani całego tego mechanizmu z naliczaniem średniej płacy – dodaje Marek Olszewski, wójt Gminy Lubicz, przewodniczący Związku Gmin Wiejskich RP.

Według naszych ustaleń płace nauczycieli będą pochodną przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce. – Dzięki temu nie musielibyśmy co roku negocjować podwyżek – mówi Ryszard Proksa, przewodniczący Sekcji Krajowej Oświaty i Wychowania NSZZ Solidarność. Tłumaczy, że zaproponowana zmiana oznaczałaby wzrost pensji dla nauczycieli od 300 do nawet 600 zł. Z nieoficjalnych informacji wynika, że te kwoty będą zbieżne z tymi, które zaproponuje w kwietniu rząd.

O jakichkolwiek zmianach nie chce za to słyszeć Związek Nauczycielstwa Polskiego, który na 31 marca zaplanował strajk generalny.

– Obecny system nie jest idealny, ale wolałbym, żeby ten rząd przy nim nie pracował, bo może to być tylko ze szkodą dla nauczycieli. Nie ma zgody na likwidację średniej płacy, a nawet zmiany sposobu jej wyliczania – mówi Sławomir Broniarz, prezes ZNP.

Nie tylko pensje

Resort zamierza także zdecydować, ile mają pracować nauczyciele specjaliści, w tym m.in. logopedzi, pedagodzy i psycholodzy. Tych nauczycieli jest około 60 tys., a teraz ich pensum określają gminy. W efekcie waha się ono od 18 do nawet 40 godzin tygodniowo.

– To wszystko odbija się na uczniach, bo przecież nie może być tak, że nauczyciel ma prowadzić dokumentację i pracować z dzieckiem 40 godzin tygodniowo. Dlatego wstępnie ustaliliśmy, że pensum będzie na poziomie 18-20 godzin i wynikać ma bezpośrednio z Karty nauczyciela – mówi Sławomir Wittkowicz. Nie ma natomiast mowy i zgody na to, aby pozostałym nauczycielom podwyższyć pensum.

Dodatkowo zmiany mają sprawić, że logopedzi i pedagodzy mają być obligatoryjnie zatrudniani w szkołach i przedszkolach, a nie jak obecnie za zgodą gmin. Tego typu rozwiązanie będzie jednak rodziło dodatkowe koszty dla samorządów.

– Jeśli wprowadza się takie rozwiązana, to rząd powinien liczyć się z tym, że trzeba zwiększyć wydatki na oświatę – mówi Tadeusz Kołacz, zastępca burmistrza Chrzanowa.

MEN nie chce jednak zadeklarować, o ile w przyszłym roku miałaby być zwiększona subwencja oświatowa.

Ocena pracy nauczyciela

MEN chce też weryfikować pracę nauczycieli co 5 albo 7 lat. Obecnie nauczyciele są oceniani na wniosek samego zainteresowanego, przy ewentualnym awansie lub z inicjatywy dyrektora. – Przez taki system mamy do czynienia z nauczycielami, których praca nie była weryfikowana nawet przez 20 lat. Oczywiście najbardziej tym zmianom sprzeciwiają się dyrektorzy, którzy będą mieć więcej pracy. Będą też musieli doceniać tych lepiej ocenianych – mówi Sławomir Wittkowicz. Przy okazji ma zostać zmieniona skala ocen pracy nauczyciela – ma być pięciostopniowa, a nie jak obecnie trzystopniowa.

Od przyszłego roku samorządy mają być też premiowane wyższą subwencją oświatową jeśli klasy dla uczniów nie będą zbyt liczne, a także, te które nie pracują w systemie zmianowym.