Jeśli ktoś w piątek nie posłał dziecka do szkoły w ramach protestu przeciwko reformie edukacji, zrobił źle. Prawo i Sprawiedliwość na takiej formie protestu nie ucierpi. Ucierpią tylko uczniowie.
Można być zwolennikiem reformy edukacji, można być jej przeciwnikiem. Powtarzanie argumentów o niekompetentnym i pospiesznym przygotowaniu zmian, o nauczycielach, którzy stracą pracę, czy o tłoku w podstawówkach, przed którym się nie ucieknie, choćbyśmy nie wiem jak zaklinali rzeczywistość, nie ma teraz większego sensu. Tak samo jak mówienie o złym wpływie gimnazjów na dzieciaki, które przez zmianę środowiska i kolegów w tym wieku – mówiąc krótko – głupieją. Co dla dzieci będzie lepsze, nie wiem. Każda ze stron ma z pewnością trochę racji.
Nie odmawiam także nikomu prawa do protestu. Marsze, manifestacje – to wszystko mieści się w kanonie walki o swoje racje. Dlatego nie mam najmniejszych wątpliwości, że na marcową demonstrację przed Ministerstwem Edukacji Narodowej w Warszawie czy na kwietniowe protesty w miastach wojewódzkich przyjdą tysiące osób. I bardzo dobrze, tak właśnie trzeba pokazywać władzy swoje niezadowolenie wobec jej czynów, niezależnie zresztą od tego, czy rządzi PiS, czy PO. Nie mam też żadnych wątpliwości, że w tym wypadku nic to nie zmieni. Reforma już weszła przecież w życie i konsekwentnie zostanie doprowadzona do końca.