– Inna długość kształcenia będzie dawała takie same uprawnienia. Według mnie świadczy to o tym, że reforma oświaty nie została dogłębnie przemyślana przez Ministerstwo Edukacji Narodowej. Tworzy bowiem absolwentów dwóch prędkości. To oszukiwanie tych młodych ludzi, którzy ucząc się krócej w nowym systemie, nie będą w stanie uzyskać potrzebnych do wykonywania danego zawodu kwalifikacji – uważa Krystyna Szumilas, była minister edukacji narodowej, poseł PO. Bo w jej ocenie nauka w szkole branżowej dla osób po ośmioklasowej podstawówce powinna być o rok dłuższa, niż zaplanował to resort.

– Jeżeli materiał do opanowania ma być ten sam, to nie widzę powodu, dla którego młodsze roczniki miałyby się kształcić o rok krócej, szczególnie że uzyskają takie same świadectwa po szkołach branżowych, jak osoby, które kończyły gimnazja w starym systemie – uważa Szumilas.

Zdaniem ekspertów nie jest to jednak dobry pomysł.

– Wydłużenie nauki oznaczałoby, że w szkole branżowej uczeń spędziłby sześć lat. To marnowanie czasu i tworzenie sztucznej bariery. I tak teraz nauka w szkołach zawodowych dłuży się uczniom. Oni chcieliby jak najszybciej rozpocząć pracę. Edukacja na tym etapie jest na tyle zniechęcająca, że często uczniowie z niej rezygnują. Nie podchodzą do egzaminów kończących naukę, bo w ich ocenie nie przekłada się to na sukces na rynku pracy. Kradniemy im czas, który mogliby poświęcić na budowanie swojej kariery zawodowej – uważa Marek Pleśniar, dyrektor Ogólnopolskiego Stowarzyszenia Kadry Kierowniczej Oświaty.

Eksperci zwracają uwagę jeszcze na jeden problem. W tym roku mniej osób może zdecydować się na naukę w szkołach branżowych. Gimnazjaliści będą woleli wybrać czteroletnie technika niż pięcioletni cykl kształcenia.

– Działania rządu wywołają zatem odwrotny efekt od zamierzonego. Zamiast zachęcić do wyboru szkół branżowych, zniechęcą do nich, przynajmniej ostatnie roczniki gimnazjalistów, dla których przyjęte rozwiązania są po prostu krzywdzące – uważa Marek Pleśniar.

Eksperci mają też uwagi do egzaminu dojrzałości, który będzie można zdawać po szkole branżowej. Wskazują, że będzie on różnił się od matury, do której będą podchodzić uczniowie innych szkół średnich (np. liceów). Aby go zaliczyć, nie trzeba będzie zdawać obowiązkowego egzaminu z przedmiotu dodatkowego.

– To kolejny raz tworzenie dwóch różnych grup absolwentów. Mimo że resort edukacji deklarował, że wycofa się z matury branżowej, to jednak okazało się, że egzaminy w zależności od typu szkoły, którą kończy uczeń, będą różne – zauważa Krystyna Szumilas. Wskazuje, że absolwentom szkół branżowych, którzy nie będą mieli na świadectwie maturalnym egzaminu z przedmiotu dodatkowego, trudniej będzie dostać się na studia. Szkoły wyższe często wskazują, że zdanie takiego egzaminu jest niezbędnym warunkiem zakwalifikowania się na dany kierunek.

– Rezygnują z tego wymogu np. słabsze uczelnie niepubliczne. Absolwenci szkół branżowych będą więc skazani na płatną naukę albo będą mogli zdawać tylko na te bezpłatne kierunki w szkołach publicznych, które nie cieszyły się popularnością i dlatego uczelnie obniżyły progi, rezygnując z przyznawania punktów za egzamin z przedmiotu dodatkowego – mówi Krystyna Szumilas.

Ministerstwo Edukacji Narodowej nie odniosło się do tych zarzutów.