Posługując się prestiżem związanym z pozycją akademicką i okraszając swój wywód cytatami z klasyków myśli filozoficznej, na łamach ogólnopolskiego dziennika autor propaguje poglądy, których samo głoszenie – nie mówiąc już o wprowadzeniu w życie – wyrządza krzywdę ludziom cierpiących i ich bliskim. Artykuł ten jest także zwyczajnie niebezpieczny, zwłaszcza w obecnym klimacie politycznym. Do głównego nurtu debaty publicznej wprowadza bowiem idee, na które dotąd było miejsce jedynie na jej brunatnych marginesach. Od tego miejsca prosta – choć może nie tak krótka – droga prowadzi do rozwiązań instytucjonalnych. Krytyka, z jaką się spotkał, świadczy oczywiście o tym, że nie jest z nami jeszcze tak źle, nadal jednak czuję się w obowiązku zabrać głos w tej sprawie. Czynię to jako przedstawiciel tego samego środowiska akademickiego – środowiska polskiej filozofii – które niestety reprezentuje również Nowak i które jego tekst okrywa hańbą.

Przypadek, który stanowi punkt wyjścia wywodu Nowaka, to historia „dra Niewieskiego”, wykładowcy kulturoznawstwa na „Uniwersytecie w Popielnie”. Ponieważ w Popielnie nie ma uniwersytetu, można przyjąć, że historia jest albo wymyślona, albo została sprokurowana na podstawie doświadczeń samego Nowaka lub któregoś z jego znajomych. Wybór Popielna, w którym mieści się stacja badawcza hodowli zwierząt PAN, miał też bodaj zaowocować chamskim żartem, dehumanizującym osoby z zaburzeniami psychicznymi, a uniwersytet, który dopuszcza je na studia, zrównującym z instytucją zajmujacą się hodowlą czworonogów. W pierwszej części swojego artykułu Nowak prowadzi grafomańsko skonstruowany dialog ze swym wymyślonym przyjacielem, podczas którego po części kwestionuje stanowisko rozmówcy. Jego interwencje służą jednak temu, by „dr Niewieski” mógł dać pełniejszy wyraz swojej zgrozie, która to ostatecznie udziela się Nowakowi, ów zaś wysnuwa z niej argumentację zakończoną jawnym wezwaniem do dyskryminacji ludzi z zaburzeniami psychicznymi. Pozwalam sobie zatem nie odróżniać poglądów „Nowaka” i „Niewieskiego”.

Zgodnie z opowieścią „Niewieskiego” kłopotliwy student regularnie zakłóca zajęcia: coś wykrzykuje, głośno się śmieje, przechadza się po sali, wychodzi, trzaskając drzwiami, zadaje pytania w nieodpowiednim momencie, a „na wykładzie mojego kolegi heilował, ilekroć padło słowo «Żyd».” Obecność studenta, który „nie chwyta ironii” ani „abstrakcyjnych pojęć”, choć ma „dobrą pamięć”, zmusiła ponoć wykładowcę do uproszczenia wykładu, na czym cierpią inni studenci, z których część to dostrzega, lecz „inni mają to gdzieś lub są tak zahukani przez ideologię poprawnościową, że biorą stronę wariata”. Student zakłóca też ciszę w bibliotece, „gdzie najmniejszy szmer wpływa na koncentrację wielu czytających”.

Jak zauważyli krytycy artykułu, Nowak traktuje osoby z zespołem Aspergera (dalej ZA) jako pars pro toto szerokiej klasy ludzi, których – nie czyniąc żadnych rozróżnień – określa wymiennie terminami psychologicznymi, quasi-psychologicznymi, potocznymi (i często obraźliwymi), a także prawniczymi. Ludzie ci to dlań „wariaci”, „szaleńcy”, „obłąkani”, „niezrównoważeni”, „niepełnosprawni psychicznie”, „chorzy psychicznie”, wreszcie „niepoczytalni”. Nic nie wskazuje na to, by Nowak raczył ustalić, czym dokładnie jest całościowe zaburzenie rozwoju zwane ZA, i chyba mu na tym w ogóle nie zależało, ponieważ jego konkluzja (tj. wezwanie do dyskryminacji) odnosi się do całej tej nieostro zarysowanej klasy osób. Zapewne z tego właśnie powodu wysuwa choćby niedorzeczne i pozbawione dowodu twierdzenie, zgodnie z którym człowieka z ZA nie można „uczyć etyki” ani nauczyć go, czym jest Logos (tj. rozum przenikający świat). Sugestia jest tu chyba taka, że tkwiąc w szponach szaleństwa, wariaci z ZA nie mają dostępu do świętej dziedziny Rozumu i decyzji moralnych. Cóż, prawdą jest, że osoby z ZA mają (w różnym stopniu) trudności z odczytywaniem i respektowaniem reguł życia społecznego, prawdą jest też, że mają (w różnym stopniu) kłopoty z odczytywaniem emocji innych ludzi. Zapewne może im to utrudniać studiowanie problematyki etycznej, albowiem tego rodzaju nauka wymaga wyobraźni moralnej, zdolności „wmyślenia się” w sytuację innych. Nie zachodzi jednak żadna okoliczność, która by im z góry uniemożliwiała taką naukę, a wielu ludzi, u których nie stwierdzono ZA, także nie wykazuje się tego rodzaju wyobraźnią. Dobrym przykładem jest sam Nowak, autor artykułu zadającego nadmiarowe cierpienie ludziom skrzywdzonym przez los, człowiek, który w związku z tym na nauczyciela etyki raczej się nie nadaje. A co do Logosu, to tak się składa, że nie dalej niż tydzień temu dyskutowałem o tym pojęciu z pewnym uczniem liceum, nastolatkiem z ZA, a zarazem laureatem olimpiady filozoficznej. Ten arcyzdolny uczeń, któremu pomagam w przygotowaniach do międzynarodowej olimpiady filozoficznej, wykazał się dogłębną znajomością tej kategorii w ujęciu Heraklita (notabene, całkiem przywoicie zna się też na etycznych koncepcjach filozofów starożytnych). Nowak mógłby powiedzieć, że opierał się tylko na „dobrej pamięci”, a ni w ząb „nie chwytał”, o czym mówi. Ja jednak nie mam też gwarancji, czy Nowak chwyta kategorię Logosu, a wobec bzdur, które wypisuje, mam co do tego poważne wątpliwości.

Oczywiście, ze względu na charakter swojej dysfunkcji, w warunkach akademickich osoby z ZA mogą borykać się z poważnymi trudnościami i same mogą problemy stwarzać. Jak tłumaczą Joanna Burgiełł i Joanna Grochowska, psycholożki z Fundacji SYNAPSIS udzielającej pomocy i wsparcia osobom ze spektrum autyzmu i ich rodzinom, osoby z ZA postrzegane są często jako gburowate, na studiach mogą mieć kłopoty z organizacją pracy, z pojmowaniem nie zawsze jasno sformułowanych zasad życia akademickiego. Odnosząc się do sytuacji opisanej przez Nowaka, Burgiełł i Grochowska wskazują, że w podobnych przypadkach powinno się podjąć działania dotyczące „wszystkich zaangażowanych stron – wykładowcy, studenta, innych wykładowców i studentów, a także biura ds. osób niepełnosprawnych na uczelni”. Między innymi należy zaoferować wykładowcy odpowiednie szkolenie lub spotkanie z ekspertem, a z samym studentem – człowiekiem dorosłym – w sposób jasny i prosty ustalić obowiązujące go zasady współżycia społecznego. To, czy student ze spektrum autyzmu przejdzie pomyślnie przez studia, zależy od wielu czynników, ale wsparcie ze strony uniwersytetu jest oczywiście jednym z czynników decydujących. Jak zapewniają Burgiełł i Grochowska, przypadków tego rodzaju sukcesu jest mnóstwo. Osoby z ZA można znaleźć w rozmaitych grupach zawodowych, także wśród wykładowców akademickich. Skoro zaś mowa o filozofii, wiadomo, że Ludwig Wittgenstein cierpiał na poważne dysfunkcje w relacjach społecznych, a psychiatra Michael Fitzgerald przypuszcza, że filozof lokował się w spektrum autyzmu. Gdyby jego nauczyciel, Bertrand Russell, do którego Wittgenstein odnosił się w sposób nader ekscentryczny, a często po prostu chamski, odmówił kształcenia tego dziwaka, filozofia XX wieku straciłaby jednego ze swoich najwybitniejszych przedstawicieli.

Z relacji Nowaka wynika zresztą, że w opisanym przypadku uniwersytet starał się podjąć sensowne działania. W szczególności zdecydowano się zorganizować „zespół wsparcia” dla wykładowcy. Nowak/Niewieski oburza się jednak, że owo wsparcie ma być udzielane właśnie jemu, a nie studentowi. Tymczasem student jest jego zdaniem „chory” i „niepoczytalny”, a jako taki zasługuje nie tyle na osobne traktowanie w ramach „indywidualnej organizacji studiów”, ile na leczenie. Nowak nie sprawdził nawet, że z ZA „wyleczyć” się nie można. Można za to pójść za sugestiami Burgiełł i Grochowskiej, można spróbować „indywidualnej organizacji studiów”, nawet jeśli często jest to trudne. Jeśli natomiast nie chce się podjąć tego wysiłku, który najzwyczajniej w świecie jest naszym moralnym obowiązkiem, można wysłać wszystkich ludzi z ZA prosto do obozu pracy w Popielnie.

Nowaka wszakże, jako się rzekło, nie interesuje zespół Aspergera, ten bowiem rozmywa mu się w workowatej kategorii „obłędu”. I ten obłęd atakuje dziś, zdaniem Nowaka, uniwersytet, ów zaś „to etos, żywy organizm, który łatwo zniszczyć”. Winna jest „ideologia poprawnościowo-progresywistyczna”, która kształtuje antydyskryminacyjne zapisy prawne obowiązujące na uniwersytetach; mylenie niepełnosprawności psychicznej i fizycznej; wreszcie zgubny trend, który rozpoczął się wraz z wprowadzeniem na uniwersytety kobiet (!), a zakończy być może – wpuszczeniem kryminalistów. Akademia musi się bronić, bo jak tak dalej pójdzie, „droga na uniwersytet stanie otworem dla wszystkich obłąkanych, którzy zapragną studiowania”. Choć Nowak tego nie mówi, najlepszym sposobem realizacji jego planu byłoby powołanie do życia jakiegoś Centralnego Urzędu Psychiatrycznego, który będzie wystawiał certyfikaty normalności. To wreszcie uporządkowałoby ten cały bałagan.

Na koniec Nowak jawnie opowiada się za „ograniczoną” dyskryminacją, choć tych ograniczeń ostatecznie nie widać. Przywołuje pogląd Hanny Arendt, zgodnie z którym do naszych praw należy pewna forma dyskryminacji. Filozofce idzie o to, że jeśli np. wybieram się na wakacje, mam prawo spędzać je wyłącznie w gronie ludzi, którzy mi odpowiadają. Na tym niewinnym spostrzeżeniu opierała Arendt swój niemądry sprzeciw wobec narzuconej odgórnie desegregacji rasowej w amerykańskiej szkole. To i tak całkiem paskudna myśl. Aby jednak zmajstrować argument na rzecz wykluczenia ludzi cierpiących na dysfunkcje psychiczne z przestrzeni akademickiej, Nowak potrzebuje dodatkowego, nader pokrętnego zwodu. Zrazu pisze: „W przestrzeni publicznej prawo do dyskryminacji jest mocno ograniczone. Nikomu nie mogę odmówić prawa wyborczego, prawa wstępu do muzeum, do pociągu czy wreszcie na utrzymywany ze środków publicznych uniwersytet”, choć pod warunkiem że osoba, o którą chodzi, respektuje „reguły właściwe dla funkcjonowania danej instytucji”. Pełna zgoda, przy czym w akademii reguły te obowiązują też wykładowców. Koniec rozumowania, a zarazem koniec całego tekstu utrzymany jest jednak w zupełnie innym duchu i stanowi już przejaw skrajnej podłości. Okazuje się oto, że nie trzeba zapoznawać się z owymi regułami, bo „do życia między ludźmi wystarczy ostrożność (?) i zdrowy rozsądek. Osoby niezrównoważone są pozbawione obu tych cech, dlatego, odnosząc się do nich z sympatią (?!) i ze zrozumieniem dla ich dysfunkcji społecznej, należy trzymać się od nich z daleka. Do życia konieczny jest dystans”. A zatem „osoby niezrównoważone” (czyli Nowakowi „wariaci” wszelkiej maści) z definicji nie nadają się do życia społecznego jako takiego, z czego nieuchronnie wynika, że „należy” je usunąć także z uniwersytetu. No, i w ogóle omijać szerokim łukiem.

Tak, uniwersytet to pewien etos. Tyle że etos ów niszczą nie ci, którzy starają się umożliwić ludziom o rozmaitych dysfunkcjach psychicznych pomyślne ukończenie studiów ani owi zmagający się z tymi dysfunkcjami studenci, lecz Piotr Nowak, który otwarcie głosi dyskryminację.

dr hab. Adam Lipszyc, prof. IFiS PAN, uczy w Collegium Civitas i na Uniwersytecie Warszawskim