Na razie dowiedzieliśmy się, że specjalistów, którzy zdecydowali, że nie będą dyżurować poza własnym szpitalem, jest kilkanaście tysięcy. NFZ mówi o blisko 15 tys. etatów, jednak zdaniem OZZL to zaniża dane, bo jeśli policzymy ludzi, nie etaty, okaże się, że jest ich ok. 15 proc. więcej. Czy to dużo, czy mało – zdania są podzielone. Minister zdrowia twierdzi, że był przygotowany na większą liczbę, prezes NFZ jeszcze przed uzyskaniem ostatecznych danych mówił, że lojalek jest więcej, niż się spodziewano. Sami zaś rezydenci, którzy wynegocjowali tę podwyżkę, przyznają, że są zaskoczeni własnym sukcesem, bo nie liczyli na takie zainteresowanie.

Ważniejsze jednak wydaje się to, co pokazały nam lojalki: jak duże jest rozwarstwienie płacowe w środowisku, jak różna jest też sytuacja lekarzy – zarówno pod względem wynagrodzeń, jak i form zatrudnienia – w poszczególnych szpitalach.

W tych dużych – specjalistycznych i klinicznych – z nowych uprawnień skorzystała większość specjalistów. W stolicy są placówki, w tym również instytuty (czyli bezpośrednio podległe Ministerstwu Zdrowia, leczące najbardziej skomplikowane przypadki), gdzie lojalki podpisało 100 proc. uprawnionych. W ich codziennej pracy wiele to nie zmieni, bo i tak zwykle nie dyżurowali nigdzie indziej, najwyżej przyjmują w przychodniach, ale tego zakaz konkurencji nie zabrania. Oznacza to jednak, że w tych szpitalach specjaliści (ci od najtrudniejszych przypadków) zarabiali mniej niż 6750 zł brutto pensji zasadniczej. Znacznie mniej, bo jak podał NFZ, przeciętna podwyżka wyniosła ponad 2,2 tys. zł (rekordzista na Podlasiu dostał blisko 3 tys. zł).

Są też szpitale, gdzie chętnych nie było. Dlaczego? Bo wszyscy lekarze zatrudnieni na etacie zarabiają więcej niż przewidziana ustawą podwyżka – to znowu odpowiedź ze szpitala powiatowego na południu Polski. Ale były też takie, gdzie lojalek nie było wcale, bo nie ma specjalistów na umowach o pracę – wszyscy pracują na kontraktach.

OZZL zachęca lekarzy do przechodzenia z kontraktów na etaty, bo po wprowadzeniu lojalek może być to bardziej opłacalne. Dyżury pełnione w ramach umowy o pracę są opłacane jak godziny nadliczbowe, co oznacza, że oprócz normalnego wynagrodzenia przysługuje także dodatek – 50 proc. za każdą godzinę pracy w porze dziennej w dzień powszedni, a 100 proc. za godziny nocne i w dni wolne od pracy (liczony od wynagrodzenia zasadniczego). OZZL wyliczył, że lekarz z 20-letnim stażem z trzema dyżurami w dzień powszedni i jednym dyżurem świątecznym „po podwyżce Szumowskiego” zarobi miesięcznie ponad 10 tys. zł netto, a jego kolega z 10-letnim stażem – ok. 9,3 tys. zł. A nie zapominajmy, że wciąż będzie mógł pracować dodatkowo np. w przychodni.

Wygląda więc na to, że specjalistom bardziej opłaca się pracować na prowincji. Tam jednak trudniej o etat, są województwa, gdzie kontrakt to standard. Z drugiej strony w dużym mieście łatwiej dorobić, choćby w prywatnej placówce (tego też ustawa nie zabrania). Ale też nie każdy specjalista łatwo znajdzie pracę poza szpitalem. Jedno jest jednak pewne: nie można wszystkich lekarzy wrzucać do jednego worka. Jeśli zajrzymy im do garaży, znajdziemy pewnie i kilkunastoletnie auta, i samochody z górnej półki.