Niemiecka ustawa o płacy minimalnej (Mindestlohngesetz – dalej MiLoG), gwarantująca wynagrodzenie na poziomie 8,5 euro za godzinę, mówi o konieczności wypłaty takiej stawki – co do zasady – kierowcy będącemu pracownikiem. Niezależnie od tego, czy jest zatrudniony na podstawie umowy o pracę, czy umowy cywilno-prawnej. To oznacza, że teoretycznie nie ma konieczności wypłacania takiej stawki kierowcy prowadzącemu własną działalność gospodarczą – podpowiadają niektórzy.

Szkopuł w tym, że polskie i niemieckie prawo różnie traktują taką jednoosobową firmę. Może się więc okazać, że mimo iż kierowca prowadzi własną działalność gospodarczą, to na potrzeby kursów realizowanych na terenie Niemiec firma transportowa musi traktować go jak pracownika.

Po pierwsze pojazd

Jak informuje Federalne Ministerstwo Finansów, ustawa o płacy minimalnej nie dotyczy tylko tych jednoosobowych firm, które świadczą usługi transportowe własnym pojazdem. Tymczasem w Polsce większość samozatrudnionych kierowców jeździ ciężarówkami należącymi do firm transportowych bądź przez nie wyleasingowanymi – a więc teoretycznie pojazdami swoich klientów.

Do tego, zgodnie z niemieckim rozumieniem jednoosobowej działalności, to kierowca, a nie jego zleceniodawca, ma decydować o wszystkich kwestiach związanych z transportem, np. o trasie przejazdu. Taki kierowca powinien też mieć swobodę dysponowania swoim czasem.

– Poza tym według niemieckich przepisów, by spełniać wymagania dla firm jednoosobowych, trzeba uzyskiwać maksymalnie 5/6 dochodu od jednego kontrahenta – mówi mec. Paweł Judek z kancelarii Działyński i Judek.

Taki przedsiębiorca nie może być uzależniony od zleceń od jednego kontrahenta.

– Zdecydowana większość polskich samozatrudnionych nie spełnia tych kryteriów – dodaje prawnik, który podkreśla, że zgodnie z prawem unijnym w sytuacji, gdy dwa kraje różnie definiują prowadzenie jednoosobowej działalności, to stosuje się prawo kraju, w którym świadczona jest praca.

Korzystanie z usług tylko kierowców prowadzących własną działalność gospodarczą nie jest więc sposobem na ominięcie przepisów MiLoG. Zwłaszcza, że niemieckie służby celne zapowiadają, iż chociaż jednoosobowe firmy co do zasady nie podlegają nowym przepisom, to nie oznacza, że tacy kierowcy nie będą kontrolowani. Konieczność monitorowania jednoosobowych firm celnicy tłumaczą licznymi przypadkami fikcyjnego samozatrudnienia, co traktowane jest nie tyle jako próba obejścia przepisów o płacy minimalnej, co jako naruszenie przepisów prawa pracy w ogóle.

Łapać niby firmy

Co gorsza, w Niemczech nie ma precyzyjnych przepisów, które jasno określają wymagania dla jednoosobowych firm, które trzeba spełnić, aby być traktowanym jak przedsiębiorca. Wymogi opisane powyżej wynikają raczej z orzecznictwa sądów. Jeśli jednak w myśl niemieckiego prawa polski samozatrudniony zostanie uznany za pracownika, to polski przewoźnik, który zleca mu wykonanie przewozów, musi mu płacić 8,5 euro za każdą godzinę przepracowaną na terenie Niemiec. Będzie też zobowiązany do spełnienia wymogów formalnych, czyli zgłoszenia takiego pracownika w niemieckim urzędzie celnym, wraz o oświadczeniem o stosowaniu wobec niego stawki 8,5 euro/h i zobowiązaniem do dostarczenia wszelkich dokumentów to potwierdzających.

Co ważne, w przypadku kierowców ciężarówek (a więc samochodów o dopuszczalnej masie całkowitej powyżej 3,5 tony) udowodnienie, że ich kierowcy faktycznie prowadzą własny biznes jest praktycznie niemożliwe. Zgodnie bowiem z unijnymi przepisami taki kierowca musiałby posiadać wspólnotową licencję na wykonywanie przewozów drogowych, a takiej żaden samozatrudniony nie ma (licencje posiadają firmy transportowe).

– W toku kontroli organy celne mogą dojść do wniosku, że w świetle tamtejszych regulacji prawnych osobę prowadzącą w Polsce własną działalność należy traktować jak pracownika – potwierdza Alicja Chodorowska ze Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych w Polsce.

– Dlatego jeśli kierowca zawarł umowę tylko z jednym kontrahentem, przewoźnik musi się zastanowić, czy mniejszym ryzykiem nie będzie potraktowanie go jako pracownika i zgłoszenie niemieckim organom. O tym już przewoźnicy muszą decydować sami – zastrzega Chodorowska.

Przy czym zdaniem mec. Judka firmy transportowe na pewno powinny zgłaszać pracowników tylko w przypadku planowanych przewozów kabotażowych (czyli z Niemiec do Niemiec): tu nie ma wątpliwości co do zasadności stosowania przez Niemcy nowych wymogów.

– W pozostałych przypadkach, a więc tranzytu oraz przejazdów z i do Niemiec, objęcie ich wymogami ustawy o płacy minimalnej jest wątpliwe pod względem zgodności z prawem unijnym. Wierzę, że niemieckie sądy lepiej znają unijne regulacje niż tamtejsi politycy, i już przy pierwszej sprawie ukarania przewoźnika realizującego transport tranzytowy przez terytorium Niemiec sąd skieruje pytanie prejudycjalne do Trybunału Sprawiedliwości UE – przekonuje Paweł Judek.