Dlaczego o tym piszę? Bo będzie to największe wydarzenie w świecie techniki od 1969 r., gdy w powietrze wzbił się Concord. Tylko pomyślcie – od pół wieku nikomu nie starczyło na tyle odwagi i pieniędzy, by na poważnie podjąć się tego zadania. W tym czasie wysłaliśmy człowieka na Księżyc, łazika na oddalonego o 228 mln km Marsa, wymyśliliśmy niewidzialny dla radarów superbombowiec Northrop B-2, opletliśmy Ziemię satelitami, które są w stanie wyśledzić nas z dokładnością do centymetra we własnej łazience, zaczęliśmy przeszczepiać całe twarze, wynaleźliśmy cienkie jak kartka papieru telewizory, telefony komórkowe, autonomiczne auta, kawę latte oraz weganizm. W absolutnie każdej dziedzinie dokonał się ogromny postęp. Oprócz jednej – lotnictwa cywilnego. Choć dzisiaj lot do Paryża kosztuje tyle co bilet autobusowy z Radomia do Białobrzegów, w związku z czym świat lata na potęgę, to ani Boeing, ani Airbus, ani Embraer od dziesięcioleci nie zaproponowały niczego nowego. Owszem, 787 Dreamliner jest trochę cichszy, trochę bardziej komfortowy i trochę oszczędniejszy niż jego poprzednicy. Ale to już wszystko. 99 proc. z was nie będzie w stanie odróżnić go od modelu 737-300 z 1983 r.

Suzuki Ignis

Suzuki Ignis

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Samochody, pociągi, motocykle, łodzie, a nawet rowery, deskorolki i zdalnie sterowane zabawki – wszystko jeździ dziś wyraźnie szybciej niż jeszcze 5, 10, 30 lat temu. Ten postęp nie dotyczy wyłącznie samolotów. Wspomniany 737-300 może lecieć z prędkością 912 km/h. A wiecie, ile wyciąga dreamliner? 913 km/h. Nie żartuję – w 34 lata Boeingowi udało się przyspieszyć samolot o 1 km/h. A teraz wyobraźcie sobie, że BMW chwali się tym, że jego najnowsze 320i jest o 0,2 km/h szybsze niż 320i z roku 1983. Przecież wszyscy posłalibyśmy je do diabła.

Właśnie dlatego szczerze kibicuję ludziom z Booma, którzy postanowili tchnąć trochę życia w tę skostniałą branżę, gdzie firmy rywalizują ze sobą wyłącznie o to, komu uda się upchnąć więcej pasażerów na jak najmniejszej powierzchni. Liczę, że dzięki Boomowi latanie znowu stanie się czymś, co wywoływało będzie dreszcze. Czymś wyjątkowym i budzącym emocje. Dawniej, gdy powiedzieliście w towarzystwie „leciałem concordem”, wszyscy mężczyźni w promieniu 300 mil uznawali was za najfajniejszego gościa pod słońcem, a ich żony zapisywały wam swój numer telefonu szminką na mankiecie koszuli. Dzisiaj pochwalenie się „leciałem boeingiem” odnosi dokładnie taki sam skutek jak oświadczenie „Właśnie wracam z toalety, nie umyłem rąk”.

A skoro przy toalecie jesteśmy, to pozwólcie, że przedstawię wam suzuki ignisa, którym jeździłem w mijającym tygodniu. Wielkością przypomina przewróconego toi toia. Jest tak mały, że mógłby robić za breloczek do kluczy do jakiegoś normalnego samochodu. Ale jednocześnie bardzo, ale to bardzo radośnie wygląda. Zazwyczaj małe samochody nie rzucają się w oczy, ale w przypadku ignisa jest inaczej – ludzie przyglądali mi się, zaczepiali mnie, wytykali palcami, zadawali pytania, a najlepsze jest to, że wszystko to robili z szerokim uśmiechem. Bo ignis wygląda wesoło jak merdający ogonkiem szczeniaczek labradora, którego oczy proszą: rzuć patyka, rzuć patyka, RZUĆ PATYKA!!!

Co ciekawe, we wnętrzu jest dużo więcej miejsca niż w toi toiu. Spójrzcie na zdjęcie i powiedzcie, czy wyobrażacie sobie zapakowanie do tego pudełeczka czterech facetów, każdy po 190 cm wzrostu i 100 kg wagi? Ja też nie. Ale wierzcie mi – było nam całkiem wygodnie. Przyznaję, wyglądaliśmy trochę, jakbyśmy jechali na berlińską paradę miłości, ale w rzeczywistości przestrzeni we wnętrzu było tyle, że nie musieliśmy się dotykać żadnymi częściami ciała. To zdumiewające, biorąc pod uwagę gabaryty autka.

Jeszcze jedna rzecz, jaką ignis ma wspólną z toi toiem – plastik, z którego wykonano deskę rozdzielczą. Ale – mówiąc szczerze – przeszkadzałoby mi to w volkswagenie za 150 tys. zł. Tutaj wydało się zupełnie naturalne, szczególnie że wszystko przyzwoicie ze sobą poskręcano. I zaskakująco dobrze wyposażono. Możecie mieć nawigację, system, który zahamuje, gdybyście wy o tym zapomnieli, bezkluczykowy dostęp, automatyczną skrzynię biegów, a nawet reflektory w technologii LED.

Jeżeli chodzi o silniki, to możecie sobie wybrać, czego tylko dusza zapragnie, pod warunkiem że będzie to 90-konny benzyniak o pojemności 1,2 litra. Nie odbierałbym tego jednak jako wady. Bo to najbardziej optymalna jednostka z możliwych. Gdyby miała pięć koni mniej, uznałbym to za porażkę, a pięć więcej kazałoby mi powiedzieć, że Japończycy przesadzili. Zawieszenie jest bardzo przyzwoite, układ kierowniczy przyjemny, a do tego wszystkiego można sobie zamówić napęd na cztery koła. Ja jeździłem właśnie taką wersją. I zrozumiałem, dlaczego Suzuki nazywa ignisa „ultrakompaktowym SUV-em”. Nie dalibyście wiary, jak dobrze to auto jeździ w lekkim terenie. Ile frajdy – mimo skromnych gabarytów i mocy – daje jazda nim po szutrowych i leśnych drogach. A wyobrażam sobie, że zimą będzie jeszcze radośniej.

Ignis to jeżdżący dowód na to, że mały samochód – paradoksalnie – wcale nie musi być mały, smutny ani ginąć w tłumie. Najlepiej pasuje do niego określenie „fajny”. Tak fajny, że – co rzadko mi się zdarza – chętnie postawiłbym go w swoim garażu. Ale jeszcze nie dzisiaj, tylko za jakieś 14 lat. Wtedy mój syn osiągnie pełnoletność i wyobrażam go sobie jadącego Ignisem ze znajomymi do Chałup, z deskami do kite-surfingu na dachu. Mógłby wjechać nim na plażę bez obawy, że się zakopie. I jestem pewien, że miałby z tego więcej frajdy niż z lotu Boeingiem na Rodos.