Kilka miesięcy temu minister rozwoju, finansów, wicepremier, bankowiec, milioner, kawaler Orderu Odrodzenia Polski, wyróżniony Krzyżem Wolności i Solidarności Mateusz Morawiecki ogłosił, że w 2025 r. po naszych drogach jeździło będzie milion aut elektrycznych. Sekundę później zapowiedział budowę polskiego pojazdu zasilanego prądem, a następnie – że będzie on kosztował 70 tys. zł. Gdy to usłyszałem, byłem pewien, że chwilę wcześniej pan minister coś przypalał. Wskazywały na to nie tylko jego słowa, lecz także oczy. A raczej ich brak.

Okazuje się jednak, że to wszystko dzieje się naprawdę. Przedwczoraj dostałem e-maila, który zaczynał się od słów: „ElectroMobility Poland ogłasza konkurs, którego celem jest wyłonienie koncepcji elektrycznego auta przyszłości”. No więc uwaga, wszyscy, którzy macie więcej niż trzy lata, potraficie utrzymać ołówek w ręku, siedzicie właśnie w restauracji z rodzicami i nudzicie się w oczekiwaniu na swoją porcję łososia. Możecie teraz nabazgrać coś na serwetce i przedstawić to jurorom z ElectroMobility. Być może wybiorą wasz projekt. To, że powstał on w przerwie między pomidorową a rybą, jest nieistotne. Podobnie jak to, że duże koncerny motoryzacyjne płacą miliony euro rocznie sztabom ludzi, którzy pieczołowicie dbają o estetykę i jakość najdrobniejszych detali, a nasz superwóz wyjdzie spod ręki Ryśka z Wąbrzeźna, który otrzyma za to okrągłe zero złotych.

Nie zraziłem was i nadal chcecie wziąć udział w konkursie? W takim razie pozwólcie, że udzielę wam kilku cennych rad. Czuję się do tego upoważniony, ponieważ organizator przesłał mi parę cennych wskazówek: „Będzie to auto miejskie, wpisujące się w trendy motoryzacyjnego rozwoju. Projekty powinny z jednej strony wskazywać na silne związki z naszym krajem, jednocześnie uwzględniając najnowsze trendy stylizacyjno-konstrukcyjne”. Innymi słowy, powinniście narysować jakieś audi albo bmw i pokolorować je na biało-czerwono. Sugeruję też, aby felgi przypominały kształtem szpony orła, deska rozdzielcza wyciosana została z dębu i wysadzona bursztynami, a w schowku znalazło się miejsce na bryłę węgla. No i oczywiście obowiązkowo na klapie bagażnika należy umieścić napis „Pamiętamy”. Wydaje mi się, że idealną nazwą dla takiego samochodu, niepozostawiającą złudzeń co do jego pochodzenia, jest Remember Patriot. W logo proponuję umieścić żubra. Albo bociana. Ewentualnie góralskie kierpce.

A teraz najlepsze: jeżdżący prototyp auta zapowiadany jest na przyszły rok, jego seryjna produkcja powinna się rozpocząć za cztery lata, a kapitał zakładowy spółki ElectroMobility wynosi 10 mln zł. Nie chciałbym wyjść na skrajnego pesymistę i krytykanta, ale obawiam się, że mamy ciut za mało czasu i niewystarczającą ilość pieniędzy. Przy okazji premiery Golfa siódmej generacji w 2012 r. miałem okazję rozmawiać z ubranym w bardzo drogi garnitur człowiekiem z Volkswagena, który opowiadał, że od roku firma pracuje już nad Golfem ósmej generacji. Nie żartuję. Gigantyczny koncern z potężnym zapleczem inżynieryjnym, technicznym i intelektualnym, który tylko w ubiegłym roku na badania i rozwój wydał równowartość 65 mld zł, dał sobie około siedmiu lat na opracowanie nowego auta kompaktowego. My chcemy to samo zrobić w dwa razy krótszym czasie i za... Dajcie mi chwilę, muszę sięgnąć po kalkulator... Już, mam! Za 6,5 tys. razy mniejsze pieniądze.

Żeby nie było wątpliwości – wiem, że mamy zdolnych inżynierów, naukowców, ludzi znających się na projektowaniu, mechanice samochodowej etc. Sęk w tym, że szkic karoserii auta to nie to samo, co jej wykonanie. A naciągnięcie płyty podłogowej po dzwonie na niemieckiej autostradzie to nie to samo, co zaprojektowanie jej od podstaw. Żeby obecnie zrobić samochód z prawdziwego zdarzenia, godny stawić czoła konkurencji, trzeba dziesięcioleci doświadczeń, współpracy i miliardowych nakładów. No, chyba że chcemy zbudować auto na bazie tarpana, z silnikiem Zelmera. W takim wypadku technologia dostępna jest od ręki. I projekt faktycznie może ruszać z kopyta.

Obawiam się, że gdy za cztery lata Remember Patriot będzie gotowy i zechcemy zaprezentować go światu np. na salonie motoryzacyjnym w Genewie, organizatorzy popatrzą na niego współczująco i zdecydują o przydzieleniu mu miejsca gdzieś między szatnią a schowkiem na miotły. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że będzie to pojazd dramatycznie beznadziejny na tle wszystkiego, co jest obecnie produkowane. A wiem to, ponieważ dopiero co wróciłem z salonu w Genewie. Jedynym obecnym na nim polskim akcentem była wódka Belvedere serwowana na stoisku Infiniti. Wsłuchując się w cmokania oraz achy i ochy tych, którzy jej spróbowali, doszedłem do wniosku, że przy odrobinie chęci za pomocą naszego alkoholu moglibyśmy zwalić z nóg cały świat – dosłownie i w przenośni. W przypadku polskich samochodów świat też padnie. Ale wyłącznie ze śmiechu.

W tym miejscu chciałbym zaapelować do ministra Morawieckiego, by wybrał się do Genewy, zapoznał z produktami współczesnej motoryzacji, porozmawiał z przedstawicielami branży. Może wówczas zejdzie na ziemię i przestanie marzyć o tym, że w zasięgu naszych możliwości jest wyprodukowanie porządnego, pełnowartościowego, ciekawego samochodu. Owszem, mieliśmy na to szansę. Ale zamiast wydawać ponad 10 mld zł na akcje banku Pekao, trzeba było przeznaczyć te pieniądze na zakup niemieckiego Opla. Niestety, uprzedzili nas ludzie, których nauczyliśmy jeść widelcem.

● Lexus LS 500h – Jaki piękny Bentley

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Gdy zająłem miejsce na tylnej kanapie tego auta, musiałem szybko wysiąść i upewnić się, że nie pomyliłem stoisk. Wszystko w tym aucie – od najszlachetniejszych materiałów przez zegarmistrzowską jakość wykonania aż po perfekcyjność najdrobniejszych detali – jest na poziomie Bentleya. Albo Rolls-Royce’a. Wierzcie mi – tym razem nie przesadzam ani trochę. Pod względem odczuć organoleptycznych klasa S Mercedesa, Audi A8 i BMW serii 7 nie dorastają nowemu LS do rantów felg. Pod względem stylistyki zresztą też nie – ma tak nowatorski wygląd, że jeżeli kupicie go jeszcze w tym roku, to za dziesięć lat będziecie mogli mówić, że za rok wchodzi do produkcji. I wszyscy wam uwierzą.

● Alfa Romeo Stelvio – Jesteś super, ale i tak nikt cię nie zechce

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Pierwotnie chciałem w tym miejscu zaprezentować wam jakiegoś nowego Fiata, ale okazało się, że znowu musiałaby to być Pięćsetka. Tym razem czerwona z niebieskimi paskami. Od 2007 r. Fiat nie wymyślił niczego nowego godnego pokazania, a tym bardziej kupienia. Za to na stoisku Alfy Romeo furorę robił pierwszy w historii marki SUV – Stelvio. Budzi uznanie swoją urodą, wykonaniem i osiągami. Niestety, jednocześnie nie budzi zaufania. Największy problem Alfy polega na tym, że jest jak aktorka porno – większość facetów chciałaby się z nią pobawić przez jedną noc, ale prawdziwą długotrwałą relację wolą zbudować z jakąś normalną, zwyczajną dziewczyną z sąsiedztwa. Jeżdżącym dowodem na prawdziwość tej tezy jest Giulia. Cały świat zachwycał się nią przez bite dwa lata. A teraz przyznajcie: ile razy widzieliście ją na ulicy? Ilu z was ją kupiło? Prawda jest taka, że pocmokaliście, poekscytowaliście się, pomarzyliście, a następnego dnia poszliście kupić volkswagena.

● Volvo XC60 – Nowe szaty króla

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Jeżeli zastanawiacie się nad zakupem jakiegoś kompaktowego, luksusowego SUV-a od Audi, BMW albo Mercedesa, to szczerze wam radzę poczekać parę miesięcy, aż do salonów wjedzie nowe Volvo. Takiej jakości materiałów, takiego poziomu montażu i takich materiałów nie znajdziecie u żadnego z konkurentów. XC60 sprawia wrażenie zrobionego jeszcze lepiej, dokładniej i z większym zaangażowaniem niż XC90. Jest przepiękne, przestronne, ale jednocześnie bardziej zwarte niż większy brat, dzięki czemu będzie się lepiej prowadziło. Przy okazji, panie ministrze Morawiecki: chińskiemu koncernowi Geely też wydawało się, że bez problemu zbuduje porządne auto, nie dysponując żadnym doświadczeniem i zapleczem technologicznym. Udało mu się to dopiero po 12 latach – w chwili, gdy kupił Volvo.

● Kia Stinger – Żądło wbite w tyłek Niemców

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Wyobraźcie sobie nauczycielkę muzyki w grubych, szarych rajstopach, sandałach, wełnianej spódnicy do łydek, okularach i ze śladami po kredzie na twarzy – tak z grubsza prezentuje się Kia. Dobra, skromna, spokojna, ale i trudna do zapamiętania szara myszka. A teraz pomyślcie, że pewnego dnia ta nauczycielka otwiera drzwi do klasy solidnym kopniakiem. Wchodzi do środka i okazuje się, że jej biodra opina kusa skórzana miniówka, spod której wystaje skrawek pończochy. Na nogach ma ośmiocentymetrowe szpilki, a na ramieniu tatuaż z wężem. W ustach trzyma papierosa, a jej rozwichrzona fryzura sugeruje, że przed chwilą dostała osobistą naganę od pana dyrektora. Tak właśnie prezentuje się Stinger. To coś, czego po Kii nikt się nie spodziewał. To kopniak w krocze Volkswagena, Opla, Forda, a może także – biorąc pod uwagę jakość wykonania, stylistykę i osiągi – Audi czy BMW. Auto o obłędnej linii nadwozia i kilku pięknych sportowych akcentach ma turbodoładowanie V6 o mocy 370 koni. Nie mogę się doczekać lekcji. Wiem, co będzie jej tematem.

● Volkswagen Arteon – Kanibal, który podgryzie Audi

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Tak, to właściwie Passat. Tylko ładniejszy. Dużo ładniejszy. Czterodrzwiowa limuzyna w kształcie coupe z wielkim bagażnikiem i sprawdzoną te chniką. Wydaje mi się, że projekt tego auta powstawał w tajemnicy tak głębokiej, że nie wiedzieli o nim nawet szefowie Audi. W przeciwnym razie głośno by protestowali, obawiając się, że Arteon odbierze klientów ich nowiutkiemu Audi A5 Sportback. Bo racjonalnie patrząc, jest od niego pod każdym względem lepszy. Sęk w tym, że nikt racjonalnie myślący nie kupi passata ze ściętym dachem. Bo jest trochę jak świnka morska – ani to świnka, ani morska.

● DS7 Crossback – To nie chińszczyzna!

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Po wyodrębnieniu z Citroena marka DS przeżywa mały kryzys. Nie ma nowych modeli, a te dotychczasowe wożą na masce dziwny znaczek, wprawiający w osłupienie wiele osób – najczęściej myślą, że to jakiś egzotyczny produkt zza Wielkiego Muru. Wszystko to ma się zmienić, gdy na rynku pojawi się DS7 Crossback – zupełnie nowy SUV. Francuzi przyznają otwarcie, że nie mają szans w starciu z Niemcami w kategoriach: silniki, skrzynie biegów czy technika. Ale chcą wygrywać stylistyką i charakterem. A tych dwóch rzeczy rzeczywiście DS7 odmówić nie można. Jest nie tyle ładny, ile fascynujący. Jeżeli będziecie mieli chwilę, przyjrzyjcie się fakturze jego tylnych lamp, obracającym się soczewkom w przednich reflektorach, przeszyciom na fotelach czy kształtowi dźwigni zmiany biegów. Każda z tych rzeczy zasługuje na miano małego dzieła sztuki. Nie wiem jeszcze, jak to wszystko działa w praktyce i czy nie odpadnie po pierwszych kilometrach, ale bardzo, naprawdę bardzo chcę się o tym przekonać.

● Opel Insignia – Auf Wiedersehen! I Bonjour!

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Gdy w pierwszej chwili spojrzałem na to auto, pomyślałem, że Niemcom na dobre wyjdzie przejęcie przez francuski koncern PSA. Ich auta mają szansę odzyskać jakiś charakter. Bo o ile poprzednia Insignia wyróżniała się na drodze, to nowa wygląda jak połączenie Forda Mondeo, Renault Talismana i zastawy obiadowej z Ikei. Oczywiście nie można powiedzieć, że jest brzydka, ale gdy o niej teraz myślę, to ni cholery nie mogę sobie przypomnieć, jak wygląda. Pamiętam jedynie, że jest porządnie wykonana, ma duży bagażnik i wygodne fotele. Za każdym razem, gdy będziecie zostawiali ją na parkingu, powinniście umieszczać na dachu wielką dmuchaną kaczkę – tylko w ten sposób bez problemu odnajdziecie ją między innymi autami.

● Porsche Panamera Sport Turismo – Przepraszam, czy jest na sali lekarz?

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Porsche kombi. Wiem, brzmi to równie atrakcyjnie jak „rak trzustki” i wymaga leczenia. Ale Niemcy naprawdę dorobili nowej Panamerze tył w stylu Opla Insigni. I wiecie co? Sport Turismo wygląda obłędnie. Jeszcze lepiej niż zwykła Panamera. Przykro mi bardzo, radykalni fani Porsche. Choć uznajecie to za profanację i świętokradztwo, to w Porsche kompletnie nikt was nie słucha. Waszymi opiniami jedynie się tam podcierają. Z prostego względu: nie macie racji. Dowiódł tego Cayenne, Cayenne z dieslem, dowiodła tego stara Panamera, Macan, a następnie czterocylindrowe 718. I tak samo dowiedzie tego Sport Turismo. Ludzie, którzy mają do wydania na auto sześciocyfrowe sumy (w euro), uwielbiają pomysły, na jakie wpadają w Zuffenhausen. Wam pozostaje kupienie piętnastoletniej 911 i tłumaczenie się przed znajomymi, że te nowe są beznadziejne. A to jak tłumaczenie, że mieszkanie na dziewiątym piętrze bloku z wielkiej płyty ma więcej charakteru niż nowoczesny parterowy dom.