statystyki

Budżet partycypacyjny: Urzędniczy mur i sprytny sposób na uzyskanie publicznych pieniędzy

autor: Patryk Słowik, Jakub Styczyński17.02.2016, 09:25; Aktualizacja: 17.02.2016, 09:35
wynagrodzenie pensja wypłata pieniądze

Od kilku lat największe polskie miasta reklamują stworzone przez siebie budżety partycypacyjne.źródło: ShutterStock

Mieszkańcy mieli sami decydować, na co przeznaczyć część pieniędzy z miejskiej kasy. W efekcie ruchy miejskie mówią o oszustwach, eksperci o bezprawiu, a obywatele narzekają, że urzędnicy się z nikim nie liczą.

reklama


reklama


Od kilku lat największe polskie miasta reklamują stworzone przez siebie budżety partycypacyjne. Z każdym rokiem można jednak dostrzec coraz więcej nieprawidłowości. Między innymi dlatego, że brakuje przepisów rangi ustawowej, które tworzyłyby podwaliny pod konkursy. W efekcie w każdej gminie wyglądają one inaczej i często są przeprowadzane w nieprzemyślany sposób.

– Głównym problemem związanym z funkcjonowaniem budżetów partycypacyjnych w Polsce jest brak podstawy prawnej do ich wprowadzania. Skutkuje to ogólnym chaosem i różnymi dziwnymi rozwiązaniami – potwierdza Szymon Osowski, ekspert Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska. Prawnik tłumaczy, że najczęściej wykorzystywany jest mechanizm art. 5a ustawy o samorządzie gminnym, czyli konsultacje społeczne. Tyle że to szukanie podstawy prawnej do funkcjonowania budżetu obywatelskiego na siłę. – Gdy nie ma konkretnej podstawy prawnej, to każdy sobie ustala, co chce i jak chce – twierdzi Szymon Osowski.

Nieobywatelskie zagospodarowanie

Rzeczywiście z naszych ustaleń wynika, że w każdym mieście problemy są trochę inne. Tak samo jak zupełnie inne są regulaminy tworzenia projektów, na które obywatele chcą pozyskać finansowanie.

Przykłady? W Warszawie, na Targówku, największą bolączką dla społeczników są plany zagospodarowania przestrzennego. Ogólna zasada jest bowiem taka, że projekt może być realizowany na gruncie, którego właścicielem jest dzielnica lub miasto stołeczne Warszawa. Już to istotnie ogranicza możliwość wybrania atrakcyjnego miejsca pod inwestycję. Na Targówku zaś przytłaczająca większość ma wpisany w planie cel albo mieszkaniowy (zabudowa wielorodzinna), albo budowę parkingów. W efekcie projekty takie jak stworzenie podświetlanej fontanny, wybiegu dla psów czy strzelnicy z łuku nie mogą być tworzone na tych terenach.

– Po zwróceniu na to uwagi urzędnikowi w Urzędzie Dzielnicy Warszawa-Targówek usłyszałem, że miejsca postojowe są ważniejsze niż park dla emerytów – twierdzi jeden z lokalnych działaczy społecznych. – Gdy zaś powiedziałem, że przecież wiele działek pod zabudowę mieszkaniową stoi odłogiem od wielu lat i to marnowanie tych terenów, stwierdzono, iż może kiedyś skusi się na nie jakiś deweloper, więc dzielnica nie będzie przeznaczała potencjalnie dochodowego gruntu na projekt obywatelski – dodaje. W efekcie jest tak, że projektujący zatoki parkingowe czy ścieżki rowerowe nie mają problemu ze znalezieniem terenu pod inwestycję, ale zabiegający o rozwój terenów zielonych wymagających więcej miejsca niż trawnik pomiędzy blokami już odbijają się od ściany.


Pozostało jeszcze 67% treści
Aby zobaczyć cały artykuł, zaloguj się lub wykup dostęp
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Zapoznaj się z regulaminem i kup licencję

Polecane

reklama

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Redakcja poleca

Prawo na co dzień

Galerie

Wyszukiwarka kancelarii

SzukajDodaj kancelarię

Polecane

reklama