Rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości UE wyraził pogląd, że tworzenie kopii na użytek prywatny dotyczy wyłącznie utworów pochodzących ze źródeł legalnych. Konsekwencje tego byłyby bardzo poważne. I nie chodziłoby tylko o pirackie pliki ściągane z sieci. Internauta wchodzący na stronę internetową z nielegalnie skopiowanym artykułem również łamałby prawo autorskie. Podobnie jak ten, który trafiłby na witrynę z bezprawnie skopiowanym cudzym zdjęciem. To samo dotyczyłoby również ściągniętych, oglądanych w serwisie YouTube, pirackich klipów czy filmów.

– W polskiej doktrynie przeważa pogląd, że dozwolony użytek osobisty dotyczy również plików z muzyką czy filmami, które bezprawnie trafiły do sieci, o ile pierwotnie rozpowszechniono je za zgodą uprawnionych – tłumaczy Xawery Konarski, adwokat z kancelarii Traple Konarski Podrecki i Wspólnicy.

– Śledzę krajowe orzecznictwo w tym zakresie i nie spotkałem się z żadnym wyrokiem wyższej instancji, który podważałby taką interpretację przepisów – dodaje.

Piratem można zostać przez niewiedzę

Piratem można zostać przez niewiedzę

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Wyjątek z dyrektywy

Prawo do nieodpłatnego korzystania z już rozpowszechnionych utworów bez zgody twórcy w zakresie własnego użytku osobistego daje w Polsce art. 23 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz.U. z 1994 r. nr 24, poz. 83). To właśnie ten przepis pozwala użytkownikom nagrywać filmy z telewizji, przegrywać płyty CD do pamięci odtwarzacza mp3 czy kserować książki.

Rekompensatą za to ma być opłata od urządzeń reprograficznych i czystych nośników, którą ponosi każdy kupujący np. dysk twardy do komputera czy drukarkę. I właśnie tejże opłaty dotyczą pytania prejudycjalne zadane przez Sąd Najwyższy Niderlandów (Hoge Raad der Nederlanden), wobec których zajął stanowisko rzecznik generalny Pedro Cruz Villalón.

Jednocześnie wypowiedział się on również co do samego prawa do zwielokrotniania utworów przez osoby prywatne do prywatnego użytku określonego w art. 5 dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2001/29/WE w sprawie harmonizacji niektórych aspektów praw autorskich i pokrewnych w społeczeństwie informacyjnym. Pozwala on państwom członkowskim na wprowadzenie wyjątku od generalnej zasady, ustanowionej w art. 2 tej dyrektywy, zgodnie z którym wyłączne prawo do decydowania o zwielokrotnieniu utworu należą do twórcy czy producenta. W kontekście tych przepisów Pedro Cruz Villalón wyraził zaskakującą opinię. „Art. 5 dyrektywy 2001/29 należy interpretować w ten sposób, iż wyjątek dotyczący kopii na użytek prywatny, który artykuł ten ustanawia, stosuje się wyłącznie do zwielokrotnień utworów lub przedmiotów objętych ochroną na podstawie prawa autorskiego i praw pokrewnych sporządzonych ze źródeł legalnych” – napisał w opublikowanej niedawno opinii (sprawa C 435/12).

Co to jest dozwolony użytek i jakie są jego granice? >>

Radykalne wnioski

Prawnicy na razie komentują tę nową interpretację z dużą ostrożnością.

– W zakresie dozwolonego użytku osobistego rzecznik generalny przedstawił swe wnioski w sposób rzeczywiście bardzo radykalny. Mam jednak wątpliwości, czy rekomendacja ta zostanie przyjęta przez trybunał – ocenia Paweł Lipski, radca prawny w kancelarii Wierzbowski Eversheds.

– Używane przez rzecznika pojęcie „nielegalne źródło” nie zostało w żaden sposób wyjaśnione. Jego wprowadzenie miałoby sens, gdyby istniał skuteczny system znakowania utworów. Jak jednak wiemy z tekstu opinii, taki system nie istnieje – dodaje.

Z kolei Michał Błeszyński, radca prawny z kancelarii Błeszyński i Partnerzy, który często reprezentuje organizacje autorów, uważa, że tak naprawdę opinia nie zmienia nic, gdyż już teraz ściąganie plików nie mieści się w ramach dozwolonego prawem użytku osobistego.

– Nie zmienia się sytuacja osób ściągających pliki z internetu. Sankcjami karnymi objęte są osoby rozpowszechniające utwory. Z kolei roszczenia cywilnoprawne mogą dotyczyć zarówno osób rozpowszechniających utwory, jak i jedynie ściągających je z sieci, pomimo braku stosownego zezwolenia ze strony uprawnionych. Opinia rzecznika tylko to potwierdza – tłumaczy.

Skąd taka interpretacja przepisów? – W art. 23 prawa autorskiego mowa jest o dozwolonym nieodpłatnym korzystaniu z już rozpowszechnionego utworu. Z kolei pojęcie rozpowszechniania jest ustawowo zdefiniowane jako udostępnienie publiczne za zezwoleniem twórcy – tłumaczy Michał Błeszyński, wyciągając z tego taki wniosek, że jeśli coś trafiło do sieci bez zgody twórcy, to nie obejmuje tego korzystanie na własny użytek osobisty.

Jednak część prawników uważa, że mówiąc o już rozpowszechnionym utworze, ustawodawca miał na myśli jego pierwszą publikację.

– Innymi słowy, jeśli film miał już premierę, to użytkowników internetu nie musi interesować, czy w sieci umieszczono go legalnie. Mają prawo z niego korzystać w ramach dozwolonego użytku osobistego – przekonuje Xawery Konarski.

Ugruntowanie się poglądu, zgodnie z którym zwielokrotnianie utworów do prywatnego użytku jest możliwe tylko z legalnych źródeł, oznaczałoby trudne do oszacowania konsekwencje. Osoba, która chciałaby mieć pewność, że nie złamie prawa, nie powinna w zasadzie łączyć się z internetem. Może bowiem natrafić na zdjęcia, teksty, rysunki czy muzykę, które nie pochodzą z legalnych źródeł.

Trudności będzie zresztą dużo więcej. – Pojawia się chociażby pytanie, czy jeżeli ja uzyskam utwór ze źródła nielegalnego i następnie skopiuję go dla kolegi, czyli osoby pozostającej w kręgu osobistym, to kolega będzie korzystał z utworu legalnego czy nielegalnego – zastanawia się Paweł Lipski.

Przepisy powinny uwzględniać stosunki społeczne

Prawo jest funkcją stosunków społecznych. Relacje społeczne się zmieniają. Kiedy powstawały zręby prawa autorskiego, nie było internetu, nie było mowy o „społeczeństwie informacyjnym”. Przepisy można analizować takimi, jakimi one zostały przyjęte, i posługiwać się w tym celu instrumentarium dogmatycznej analizy prawa. Taką rolę, niejako, odgrywa rzecznik generalny. Można też analizować zmiany społeczne i zastanawiać się, czy przyjęte przepisy przystają do wartości, które uznaje się za istotne. W mojej ocenie prawo autorskie wymaga reformy. Zamiast kłaść wyłącznie nacisk na ochronę twórcy (a w istocie na tych, którzy prawa autorskie majątkowe nabędą), należy zwiększyć nacisk na ochronę czegoś, co nazwałbym interesem publicznym. Interpretacja rzecznika podpowiada, że na gruncie analizowanych przepisów po stronie korzystającego z informacji ciąży ryzyko nielegalności źródła.

Zanurzony w informacyjnym oceanie obywatel globalnego społeczeństwa informacyjnego nie jest w stanie ocenić, czy informacja, która dociera do jego zmysłów (a utwór w rozumieniu prawa autorskiego to pewnego rodzaju informacja), ma jasną sytuację prawną. Przepisy prawa autorskiego, w tym przepisy dotyczące wyjątków od monopolu autorskiego, powinny uwzględniać stosunki społeczne. A wśród takich stosunków kierować się też zasadą de minimis non curat lex (prawo nie troszczy się o drobiazgi).