W tym tygodniu powinniśmy poznać koncepcję Polskiego Holdingu Węglowego, czyli plan ratunkowy dla Katowickiego Holdingu Węglowego.

Po sukcesie, jakim było powołanie Polskiej Grupy Górniczej w miejsce ledwo zipiącej Kompanii Węglowej, czas na kolejny. Piszę całkiem poważnie, bo samo powołanie bytu pt. PGG po 15 miesiącach ustaleń, strajków i walk, a konkretnie – zrealizowanie przez rząd PiS zapowiedzi PO, która sobie z tym nijak nie poradziła – to majstersztyk. Nie wiem, czy Komisja Europejska, która ma zatwierdzić plan PGG, jest podobnego zdania, ale o tym przekonamy się jesienią. Bruksela sprawdza, czy pieniądze dla PGG nie są niedozwoloną pomocą publiczną. Czemu ma wątpliwości? Cóż, zrzutka miała charakter raczej państwowy: po 500 mln zł dały PGE, PGNiG Termika i Energa, 300 mln zł Fundusz Inwestycji Polskich Przedsiębiorstw (FIPP FIZAN), banki (w tym prywatny BNP Paribas!) zgodziły się na zrolowanie obligacji, a Węglokoks na konwersję zadłużenia na akcje. Biznes ten przeszedł test prywatnego inwestora i za chwilę ma się kręcić.

Kłopot w tym, że 1,8 mld zł czystej gotówki to pieniądze, które PGG szybciutko skonsumuje, ponad 200 mln zł miesięcznie to same pensje. Ja tylko przypomnę, że 1,5 mld zł od Jastrzębskiej Spółki Węglowej za kopalnię Knurów-Szczygłowice wystarczyło ówczesnej Kompanii Węglowej na mniej niż pół roku...

Obawiam się więc, że za kilka miesięcy usłyszymy, że PGG właśnie potrzebuje kolejnego zastrzyku gotówki. Tylko kto go wtedy zapłaci? Przecież energetyka i Węglokoks dały już przedpłaty za jeszcze niewydobyty węgiel, a PGG, choć największa, to niejedyna spółka węglowa w Polsce. Ba, niejedyna, która ma kłopoty, choć obecnie PGG wydaje się i tak być w najlepszej sytuacji, gdy spojrzymy na dwie pozostałe największe spółki węglowe na Śląsku.

Wróćmy do planu ratowania Katowickiego Holdingu Węglowego. Wydaje mi się, że do ostatniej chwili trwa batalia o to, kto i ile pieniędzy ma na to wyłożyć. Energetyka, która dotychczas została ubrana w buty górnictwa, ma chwilę oddechu. Ale jest jeszcze Enea. Nieważne, że kupiła jesienią 2015 r. 60 proc. Lubelskiego Węgla Bogdanka. To jest biznes. A Śląsk to Śląsk. Jakaś sprawiedliwość dziejowa musi być.

Co prawda resort energii tłumaczył niedawno, że to Węglokoks ma być filarem Polskiego Holdingu Węglowego na bazie JSW, a Enea ma pełnić funkcję wspierającą, ale jak wiadomo – słowa, słowa, słowa.

Węglokoks nie ma zupełnie pieniędzy. Miliony wpompowane w PGG, ratowanie huty Pokój, walcownia w Chorzowie... trochę się tego nazbierało. No a w PGG przecież nie chodziło tylko o konwersję długu, ale wcześniej też o zakup dwóch kopalń – Piekary i Bobrek (umówmy się, orłami to one nie były, więc Węglokoks robił trochę za instytucję charytatywną). W efekcie Węglokoks prawie nie ma pieniędzy (ostatnio jeszcze zapłacił 100 mln zł przedpłaty za węgiel z KHW, bo tam brakowało na wypłatę pensji...). Kto potem uratuje Węglokoks?

Na pewno nie Jastrzębska Spółka Węglowa – kolejna ratowana na szybko, ale chyba na razie skutecznie. Choć wyniki audytu są porażające, chyba nie wpłynie to na porozumienie z bankami, które ma być zawarte do 2 9 l ipca (źródła twierdzą, że jest gotowe). JSW wyprzedaje gromadzony latami majątek (np. kupioną od Skarbu Państwa za 41 4 m ln zł w 201 1 r . wałbrzyską koksownię Victoria sprzedaje ARP i TF Silesia za 35 0 m ln zł), bo w spółce nie ma już pieniędzy na nic. A warto dodać, że tam pasa zacisnęły nawet związki zawodowe, które podpisały porozumienie z zarządem dotyczące zawieszenia na lata 2016–201 8 m .in. czternastych pensji czy deputatów węglowych (ma to dać spółce w sumie ok. 2 m ld zł oszczędności w ciągu tych trzech lat).

JSW jest największym w UE producentem węgla koksowego, bazy do produkcji stali. Ten węgiel jest droższy od węgla energetycznego produkowanego w PGG czy KHW, ale nie na tyle, by pokrywać najwyższe w branży koszty wydobycia na tonę (choć to obecnie ok. 25 0 z ł za tonę, a jeszcze kilka miesięcy temu było to ponad 30 0 z ł).

Trzy spółki – trzy pomysły. Można by rzec, że szklanka do połowy pełna – bo jednak jakieś działania są. Albo do połowy pusta – bo to wciąż tylko kroplówki. Każda z firm wsadzoną tam gotówkę natychmiast przejada. A co będzie dalej?

Energetyka sama jest w coraz gorszej sytuacji – nie dość, że buduje nieopłacalne i wielkie bloki węglowe (przy dzisiejszych hurtowych cenach energii uratować je może tylko rynek mocy – i tu bardzo kibicuję resortowi energii), to musi jeszcze ratować górnictwo. Na dłuższą metę to się po prostu nie uda. Obawiam się tylko, że przyjdzie moment, gdy nie będzie już nikogo, kto uratuje jednych i drugich.

Problem w tym, że obecny rząd szedł do wyborów w 201 5 r . z hasłem „nie będziemy zamykać kopalń”. I podobnie jak poprzednicy wszelkich opcji – boi się reakcji związków zawodowych, które przecież poparły PiS, także na Śląsku.

Paradoksalnie to jednak ten rząd, choć zastał górnictwo w fatalnej sytuacji, ma najwięcej możliwości, by branżę uratować.

Po pierwsze – nie ma żadnego koalicjanta, z którym trzeba się cackać. Po drugie – w najbliższym czasie nie ma żadnych wyborów, które można by przegrać przez wściekłych górników na ulicach. Po trzecie – górnicy doskonale wiedzą, że sytuacja jest fatalna, i widzą, że związki zawodowe bardziej dbają o swoje stołki niż o ratowanie kopalń (nie godzą się na ich łączenie, bo liczba etatów związkowych się wtedy zmniejszy). Po czwarte wreszcie – idę o zakład, że jeśli obecny rząd podjąłby radykalne decyzje o zamknięciu najgorszych kopalń, ratując tym samym najlepsze (a tak właśnie – naprawdę mamy sporo dobrych kopalń, choć pewnie trudno w to uwierzyć...), zapunktowałby nie tylko na Śląsku. Reszta kraju zapewne dałaby „10” jak w „Tańcu z gwiazdami” za piruety w tym chocholim tańcu, na jakie dotychczas nikt się nie zdobył. A Śląsk do następnych wyborów doskonale by sobie z tematem poradził. Może więc warto zaryzykować i jednak podjąć strategiczne decyzje systemowe, nim skończą się węglowe kroplówki? Bo pacjent może nam po prostu dłużej nie wytrzymać...