Sejm skończył już prace nad nowelą ustawy o odnawialnych źródłach energii. Pojawiają się głosy, że oznacza ona koniec energetyki obywatelskiej, która na dobre nie zdążyła się jeszcze rozwinąć.

Zaproponowane w ustawie rozwiązania stwarzają szansę na rozwój energetyki obywatelskiej. Pamiętajmy również, że pomysł na energetykę prosumencką nie zrodził się w Polsce. Parę krajów próbowało bardzo szybko rozwijać ten segment. Miały przy tym wiele potknięć, które spowodowały, że np. u naszych południowych sąsiadów pozostały w magazynach bardzo duże zapasy paneli fotowoltaicznych, które od paru lat szukają swojego ujścia m.in. w Polsce. To np. właśnie ta grupa podmiotów może być zainteresowana nie tyle stabilnym rozwojem podejścia prosumenckiego, ile szybką wyprzedażą zapasów masowemu odbiorcy. Zaraz zresztą po pojawieniu się poprzednich zapisów zmienionej teraz ustawy o OZE, przewidujących system taryf gwarantowanych, aktywna stała się grupa ludzi o ogromnych oczekiwaniach co do zysku, jaki mieliby wypracować na działalności prosumenckiej. A to daleko idąca pomyłka.

Kim powinien być więc prosument?

Aby wszyscy odnosili korzyści, prosument powinien być obywatelem, który skupia się na produkcji energii na własne potrzeby i jest wrażliwy na kwestie środowiskowe. Powinien przede wszystkim myśleć proporcjonalnie do skali swojej działalności i nie zakładać wysokich zysków z działalności pro publico bono... Dla przykładu, proszę popatrzeć na cały trzeci sektor: działalność organizacji pozarządowych nie jest nastawiona na działanie dla zysku. Podobnie powinno być z prosumentami.

Czy ministerstwo robiło wyliczenia, jaka będzie stopa zwrotu dla mikroinstalacji, gdy zrezygnujemy z taryf gwarantowanych i zaczną obowiązywać nowe przepisy?

Oczywiście, że tak. Warto jednak zaznaczyć, że mówienie w tym przypadku o stopie zwrotu jest nieuzasadnione.

Dlaczego?

Zakładam, że dla większości sprzętów, jakie ma pani w domu, nikt nie przedstawiał wyliczenia, czy i kiedy one się pani zwrócą. Zresztą, czy pani wybierając nową pralkę, zastanawia się, po jakim czasie zakup ten się zwróci?

Ja sprawdzam np. klasę energetyczną kupowanych sprzętów, co później widać w rachunkach za prąd.

Tworząc przepisy dotyczące mikroinstalacji, zwracaliśmy uwagę, jakie korzyści mogą one przynieść, jeśli chodzi o całościowe zużycie energii w domach jednorodzinnych. Dzięki tej ustawie ułatwiamy obywatelom i instytucjom oszczędzanie na wydatkach na energię. Z przeprowadzonych szacunków wynika, że w wyniku tych oszczędności wydatki prosumenta zbilansują się najdalej po kilkunastu, a nie – jak przedstawiają niektórzy lobbyści – kilkudziesięciu latach.

W przypadku taryf gwarantowanych przedstawiano wyliczenia o 8–9-letniej stopie zwrotu.

Jeżeli państwo zaczęłoby silnie dotować prosumentów, przestaliby oni być użytkownikami instalacji OZE, a staliby się producentami prądu. Dostawcy instalacji OZE ze względu na przewagę wynikającą ze stopnia koncentracji z pewnością spróbowaliby podzielić się ewentualnym zyskiem. Efekt byłby taki, że cena urządzeń poszybowałaby w górę. Nie wzięto tego ważnego elementu pod uwagę. Interwencja państwa na rynku zawsze pociąga za sobą reakcję rynku dostawców. Dotowane urządzenia zawsze drożeją – efekt ten jest obserwowany w wielu sektorach.

Jakie są zatem szacunki co do rozwoju mikroinstalacji w oparciu o wprowadzany system upustów? Zakłada on, że za każdą kilowatogodzinę energii wprowadzonej do sieci prosument będzie mógł otrzymać rabat na energię przez siebie kupowaną. Ilu megawatów nowych mocy w mikroinstalacjach możemy się spodziewać do końca bieżącego roku, a ilu do roku 2020?

Prace nad ustawą trwały raptem parę miesięcy. Nie byliśmy w stanie zrobić takich wyliczeń. W momencie, kiedy pojawiły się jednak jej założenia, sprawą od razu zainteresował się rynek. Mocno wsłuchiwaliśmy się w to, co mówią dostawcy i jakie mają plany sprzedażowe. Odrzuciliśmy parę huraoptymistycznych założeń, że w ciągu kilku lat będzie milion nowych instalacji. Sądzę, że racjonalne są wyliczenia mówiące o 50–100 tys. urządzeń w okresach rocznych.

Dlaczego jednak w nowym systemie prosumenci będą mieli zagwarantowany jedynie 10-letni udział w planowanych opustach? W przypadku innych producentów zielonego prądu został on określony na lat 15 – w systemie aukcyjnym.

Wyszliśmy z założenia, że należy dać sygnał prosumentom, by kwestię finansowania inwestycji starali się skalkulować dla krótszego czasu. To jedna sprawa. Druga – niezwykle istotna – dotyczy przywidywania tego, co będzie się działo w energii w najbliższych latach. Od dłuższego już czasu bardzo wiele mówi się o magazynach energii mających zapewnić stabilność jej dostaw. Przyjmujemy, że w tym zakresie ma szansę wreszcie coś się wydarzyć. W związku z tym trudno było nam kształtować politykę państwa na dłużej ze świadomością, że niebawem nastąpią zmiany o przełomowym charakterze.

Z punktu widzenia współczynnika OZE panele fotowoltaiczne to najdroższa metoda

10-letni okres nie będzie współgrał ze stopą zwrotu z mikroinstalacji.

To nie jest inwestycja przemysłowa. Miejmy odwagę powiedzieć jedną rzecz: z punktu widzenia współczynnika OZE (zakłada on, że do 2020 r. 15 proc. prądu w Polsce ma pochodzić z odnawialnych źródeł – red.) panele fotowoltaiczne na dachach domów są najdroższą dla społeczeństwa metodą jego osiągnięcia. Są to bowiem małe instalacje, które wymagają dużego nakładu ze względu na małą skalę. W porównaniu np. z turbinami wiatrowymi o mocy 3 MW jest to bardzo drogie źródło OZE.

Tylko że – o czym mówi branża – farmy wiatrowe w Polsce mają już nie powstawać. Ma to być efekt podpisanej już przez prezydenta ustawy o lokalizacji elektrowni wiatrowych, która wprowadza zakaz budowania farm w odległości mniejszej niż 1,5–2 km od domostw, a także zwiększa obciążenia fiskalne.

Aktualna moc w turbinach wiatrowych jest większa niż ta, którą zaplanowano na koniec 2020 r. Tylko w grudniu 2015 r. przybyło 800 MW energii pochodzącej z tego źródła. Gdy popatrzymy na drogi prowadzące z Niemiec, zobaczymy kolumny transporterów przewożących części wiatraków. To, co mówią przedstawiciele branży wiatrowej, jest pewnego rodzaju czarnym PR-em. Zapewne chodzi o wytworzenie sytuacji, w której rząd zmuszony zostanie do zejścia z drogi, którą obrał, i nadal będziemy wszyscy finansować nieskrępowaną żadnymi regułami ekspansję jednego rodzaju OZE.

Jest pan spokojny o to, że energetyka wiatrowa będzie się w Polsce rozwijała?

Sądzę, że dalej jest dla niej miejsce. Aczkolwiek nie będzie już miała takiej pozycji, że może usunąć z rynku w zasadzie wszystkie inne źródła OZE, na co się zanosiło. Mówienie, że jest to technologia, która ma wyłącznie zalety, jest nieuprawnione. Zadaniem państwa jest patrzeć szeroko na zieloną energetykę: do rozwiązania pozostaje chociażby kwestia gospodarki odpadami. Myślę, że w dyskusji o OZE w pewnym momencie zapomniano, czemu miało ono służyć. A chodziło przecież o zapobieżenie zanieczyszczeniu środowiska i zmianom klimatu wskutek zanieczyszczenia atmosfery. Koncentracja na sztywnym wskaźniku udziału OZE wyłącza to myślenie. A przecież również jeśli np. pozostawimy na polach gnijące odpadki, to generujemy właśnie gazy szkodliwe dla środowiska.

Podczas prac w parlamencie mówił pan, że znowelizowana ustawa o OZE daje rządowi narzędzia, za pomocą których będzie mógł sterować miksem energii z OZE. Czy ministerstwo dysponuje zatem prognozami tego, jaki będzie udział poszczególnych technologii w wytwarzaniu energii elektrycznej z OZE w 2020 r. i jaki udział w tym miksie może przypaść współspalaniu węgla z biomasą?

Gdyby możliwe było zaplanowanie przyszłości, nie ustalalibyśmy elastycznego systemu wsparcia dla zielonej energetyki. Na tym polega mechanizm regulowania gospodarki, by móc reagować na zaburzenia. Zadawanie więc pytania, czy ktoś zrobił symulację na parę lat, jest pytaniem, czy ktokolwiek w Europie wie, co będzie za kilka lat w sektorze energetycznym. Proszę zwrócić uwagę, że od początku istnienia Ministerstwa Energii w kilku krajach, które traktujemy jako kraje odniesienia w stosunku do Polski, w znaczący sposób zmieniono politykę energetyczną.

O których mowa?

Chodzi np. o Szwecję, gdzie raptem parę tygodni temu stwierdzono, że nastąpi powrót do koncepcji budowy elektrowni jądrowych. W Niemczech niedawno zebrał się rząd i po długiej dyskusji z przedstawicielami poszczególnych landów stwierdzono, że tempo rozwoju zielonej energetyki zostanie spowolnione, gdyż Niemcy nie wytrzymają takiego poziomu dotacji. To jest bardzo poważna zmiana, która obejmie m.in. niemiecki system wspierania prosumentów, który polegał na dopłacaniu im do wytwarzania prądu.

Poprzedni rząd notyfikował rozwiązania zawarte w ustawie o OZE jako mechanizm pomocy publicznej. Komisja Europejska nie zdążyła się jednak w tej sprawie wypowiedzieć, a ustawa już została zmieniona. Czy teraz resort również ma zamiar zwrócić się do KE?

Jeśli chodzi o kwestie prosumenckie, jesteśmy na etapie konsultacji z Komisją. W naszej ocenie przyjęte rozwiązania nie są zmianą wymagającą notyfikacji, bowiem poziom dotacji ulegnie obniżeniu. Warto tu też zauważyć, że według uśrednionych wyliczeń rabat udzielany przez sprzedawcę energii na poziomie 0,7 za każdą odprowadzoną przez prosumenta kilowatogodzinę energii jest zrównoważony, bilansuje się stronom. Pewien kłopot pojawił się po poprawce Kukiz’15, gdzie wprowadzono zapis zakładający, że mikroinstalacje o łącznej mocy zainstalowanej elektrycznej nie większej niż 10 kW otrzymają opust w wysokości 80 proc. za każdą wprowadzoną do sieci kilowatogodzinę. W tym zakresie trwają jeszcze analizy. Myślę jednak, że i to rozwiązanie zmieści się w granicach tolerancji, bo mniejsze instalacje są nieco droższe.

Polecany produkt: Jak dostać za darmo pomoc prawną >>>