Moim zdaniem górnictwo węgla kamiennego będzie papierkiem lakmusowym dla obecnej ekipy rządzącej. A „sprawdzam” powie się tutaj samo. PiS niewątpliwie zdziałał przez dwa lata więcej w czarnym sektorze niż PO-PSL przez tych słynnych osiem ostatnich lat. PiS przede wszystkim zaczął po prostu coś z kopalniami robić, czego akurat poprzednia ekipa nie umiała czy nie chciała praktycznie do przełomu 2014 i 2015 r., gdy okazało się, że branża jest w totalnej zapaści i „jakoś to będzie” po prostu już nie działa.

Postawienie do pionu Jastrzębskiej Spółki Węglowej której m.in. zadłużenie od ING przejęły polskie banki i która wyzbyła się części aktywów (sprzedała do PGNIG-u SEJ i PEC, pozbyła się też koksowni Victoria, którą kupiły TF Silesia i ARP) to niewątpliwy sukces obrazowany m.in. gigantycznym wzrostem kapitalizacji spółki na GPW, a także cen jej akcji, które w około rok podrożały dziesięciokrotnie. Tyle tylko, że ten sukces byłby o wiele mniejszy (nie podważam tego, żeby było jasne, że PiS uchronił JSW przed bankructwem), gdyby nie nie wystrzeliły jak z procy ceny węgla koksowego (baza do produkcji stali), którego JSW jest największym producentem w UE. Jeśli cena tony momentami była trzykrotnie wyższa niż kilka miesięcy wcześniej to trudno byłoby na tym nie skorzystać. Zwłaszcza, że JSW obniżyła także koszty pracy zamykając dwie (no, prawie dwie) kopalni – Krupińskiego i Jas-Mos (część kopalni Borynia-Zofiówka-Jastrzębie). Sęk w tym, że w związku z coraz lepszą sytuacją JSW, która tak naprawdę „ciągnie” wynik całego górnictwa (po 9 miesiącach branża miała 1,6 mld zł zysku netto, przy czym sama JSW niemal 1,8 mld zł), nagrody dla załogi były już w tym roku wypłacane. Pełna Barbórka (to mniej więcej równowartość pensji, która w JSW wynosi średnio miesięcznie ok. 7000 zł brutto) to ładny gest ze strony JSW dla załogi, która od 2014 r. mocno zaciskała pasa zwłaszcza, że „czternastki” w tej spółce nadal nie będzie. Ale kropla drąży skałę. Związkowcy z Jastrzębia zażądali także... 25 tys. zł premii na osobę. Uznali bowiem, że skoro rząd wykupił od firm węglowych za 2,35 mld zł deputaty węglowe dla emerytów i rencistów (za jednorazową opłatą 10 tys. zł zrzekają się ich na zawsze), to spółka będzie mieć wolną gotówkę z tytułu uwolnienia rezerw zawiązanych dotychczas na „emerycki węgiel”. Spółka jednak te żądania oddaliła nazywając absurdalnymi. A mi się wydaje, że w górnictwie żadnych absurdów nie ma. Przecież od zawsze wiadomo, że sukces ma wielu ojców, a jak ma wielu ojców, to i całkiem sporo dzieci... Postawa związkowców nie zaskoczyła mnie tu szczególnie.

Jednak o ile JSW patrząc po wynikach stać na „dzień dziecka” na Barbórkę, to sytuacja zgoła odmienna jest w Polskiej Grupie Górniczej. Tego nijak i nigdy nie pojmę, bo ekonomia w tym wypadku w parze z matematyką tworzy raczej czeski film. Otóż powstała w maju 2016 r. na gruzach bankrutującej Kompanii Węglowej PGG została już dotychczas dokapitalizowana m.in. przez energetykę kwotą 3 mld zł. Efekty? Wydobycie węgla poniżej założonego planu, wciąż wysokie koszty i szczęście w postaci wysokich cen węgla energetycznego, który w około rok podrożał dwukrotnie. Oczywiście gdyby PGG fedrowała tak, jak planowała jej zyski byłyby rzeczą niepodważalną. Tymczasem jednak mam co do nich bardzo, ale to bardzo poważne wątpliwości. I gdy słyszę, że na koniec roku wynik netto PGG wyniesie 200 mln zł, to pytam – jakim cudem? Bo tutaj tylko cud wchodzi w grę, jeśli ktoś dysponując połową polskich kopalń węgla kamiennego nie realizuje ok. 20 proc. założonego wydobycia, czyli ok. 6 mln ton w skali roku. Oczywiście PGG będzie zapewniać, że jest inaczej. Ale wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski też zapewniał kilka tygodni temu, że import węgla do Polski będzie o 600-700 tys. ton wyższy w 2017 r. wobec roku 2016. Sęk w tym, że import już jest o ponad 2 mln ton większy rok do roku, ale kto by się takimi drobiazgami przejmował, prawda? Dla ścisłości dodam, że w PGG nie wchodzi w grę słabe zarządzanie i organizacja, ale także kwestie geologiczne (ostatnie pożary w kopalni Murcki-Staszic praktycznie wyłączyły ten zakład z ruchu) oraz logistyczne (brak wagonów do transportu paliwa groził nawet chwilowym zatrzymaniem pracy kopalni Rydułtowy, z której surowiec nie był odbierany i która nie miała gdzie go już składować). Może mają pecha, ale za to humor dopisuje. Górnicy z PGG dostaną 30 proc. swoich „czternastek” (czyli ok. 2000 zł na osobę), choć w myśl porozumienia z 2016 r. gdy powstawała PGG miały być zawieszone na dwa lata. Ale inny punkt tego porozumienia mówił też, że mogą być odwieszone wcześniej, jeśli sytuacja w firmie się poprawi. Bardzo więc jestem ciekawa jak po wydaniu 86 mln zł na „czternastki” PGG wykaże te 200 mln zł „na czysto”, ale to już akurat nie moje zmartwienie. No bo kto bogatemu zabroni?

O górnictwie jednak piszę od 10 lat i zauważam pewną prawidłowość – po dołku jest górka, a po górce dołek. A konkretnie mam na myśli ceny. Jeśli teraz ich poziom jest rozdmuchany do granic możliwości (mam na myśli ten globalny, bo krajowy jest jego pochodną), to za chwilę może być znowu szorowanie po dnie. A tego nasze kopalnie nie wytrzymają.

Szkoda, że rząd nie spojrzał także na ten aspekt problemów górniczych i nie zastanowił się nad rozwiązaniem kwestii górniczych wynagrodzeń (choć oczywiście duże uznanie za załatwienie sprawy deputatów węgla dla emerytów i rencistów). Bo i Barbórka, i „czternastka” są po prostu ich elementem, ale też efektem pewnych zaszłości. Niestety jednak w PGG nowego układu zbiorowego pracy nadal brak. A kwestią otwartą zostaje, czy w ogóle będzie – przecież Kompania Węglowa wytrwała bez niego 13 lat (ale się nie cieszyła...). 

Górniczej braci z okazji naszego święta (jestem inżynierem górniczym drugiego stopnia) szczęść Boże i tyle wyjazdów, co i zjazdów. A zarządzającym sektorem „czarnego złota” twardszego stąpania po ziemi z okazji Dnia Górnika życzę.