Samorządowcy, którzy co najmniej dwie kadencje służyli na rzecz lokalnej społeczności, powinni mieć zagwarantowane świadczenie ze strony państwa – uważa Wojciech Ziętkowski, burmistrz Środy Wielkopolskiej.

– W państwach zachodnich istnieją takie rozwiązania. Są różne limity: dwóch lub trzech kadencji. Powrót na rynek pracy i często do zawodu jest mocno utrudniony – mówi Krystyna Mikołajczuk-Bohowicz, wójt gminy Repki (woj. mazowieckie).

Dodaje, że dyskusje na ten temat toczą się od lat, ale do podjęcia odważniejszych kroków nie ma woli politycznej.

– Zdajemy sobie sprawę, że budżet państwa nie jest z gumy, ale pomoc dla osób odchodzących z urzędu byłaby wskazana – dodaje.

Warunki dla najlepszych

Wśród samorządowców są też tacy, którzy mają już gotowe propozycje.

– Bycie wójtem czy prezydentem nie jest skokiem na kasę. Wśród 2,5 tys. kierowników jednostek samorządu terytorialnego mogą się zdarzyć takie przypadki, ale nie jest to normą. W większości to ludzie, którzy poświęcają się społeczeństwu, pracując po 12–14 godzin dziennie. Mieszkańcy oczekują od tych, których wybrali, by byli nalepsi, nie kradli, nie brali łapówek, nie zatrudniali rodziny i pracowali w weekendy oraz zarabiali najniższą krajową – wylicza Wadim Tyszkiewicz, prezydent Nowej Soli.

– Jeśli więc chcemy wybrać najlepszych, to musimy im stworzyć odpowiednie warunki. Trzeba się wzorować na krajach zachodnich, tam kadencje są dłuższe, sięgają siedmiu lat. Po tym okresie państwo powinno gwarantować nawet 40 proc. pensji w postaci emerytury otrzymywanej przez 10 lat, jeśli dotyczy to młodej osoby – przekonuje Wadim Tyszkiewicz.

Jako przykład podaje wójta z sąsiedniej gminy, który po 20 latach pełnienia tej funkcji przegrał wybory. W efekcie przez trzy lata nie mógł znaleźć pracy, bo nikt nie chciał się narazić i zatrudnić go z obawy przed nowym włodarzem.

– Został bez środków do życia – mówi Tyszkiewicz.

Organizacje samorządowców również uważają, że powinno się zapewnić wsparcie dla odchodzących z urzędu kierowników jednostek.

– Osoby pełniące takie funkcje przez osiem lat faktycznie mają problemy z powrotem do pracy. Nie wiem, czy to powinna być wcześniejsza emerytura, ale z drugiej strony osoby zasiadające w Parlamencie Europejskim mają prawo do takich świadczeń – zauważa Marek Wójcik ze Związku Powiatów Polskich.

Dodaje, że można się także zastanowić, czy nie stworzyć systemu ochrony, pozwalającego na znalezienie zatrudnienia.

Potrzebna zmiana prawa

Takie rozwiązanie nie wszystkim się podoba.

– To absurdalny pomysł. Trudno sobie wyobrazić sytuację, w której politycy działający na szczeblu lokalnym otrzymają prezent od swoich kolegów z Sejmu w postaci prawa do wcześniejszego zakończenia aktywności zawodowej, gdy dążymy do stworzenia powszechnego systemu emerytalnego – zauważa Jeremi Mordasewicz, ekspert ubezpieczeniowy Konfederacji Lewiatan, członek rady nadzorczej ZUS.

Specjaliści zajmujący się ubezpieczeniami wskazują na inny sposób rozwiązania problemu.

– Najlepszym rozwiązaniem dla tej grupy osób byłoby stworzenie specjalnego planu emerytalnego w ramach pracowniczych programów emerytalnych (PPE). Ale to wymaga zmian obowiązujących przepisów – wyjaśnia Maciej Rogala, ekspert od prywatnych planów emerytalnych oraz funduszy inwestycyjnych.

W jego ocenie nowy system powinien być skonstruowany w taki sposób, aby wszystkie samorządy wpłacały część środków na wynagrodzenia do specjalnego PPE skierowanego wyłącznie do tej grupy podmiotów.

– Jednak w takiej sytuacji samorządy opłacające składki do PPE powinny także korzystać z ulg podatkowych, zwłaszcza ze zwolnienia z podatku Belki. W takiej sytuacji konieczne będzie takie skalkulowanie składki, aby osoba pełniącą swoją funkcję przez dwie kadencje miała zagwarantowaną wcześniejszą emeryturę. Tu jednak warto wprowadzić zastrzeżenie, że takie świadczenie nie powinno mieć żadnego związku z systemem powszechnym – zauważa Maciej Rogala.

Już mają przywileje

Wprowadzenie takiego rozwiązania byłoby jednak trudne.

– Nikt nie zmusza tych ludzi do obrania takiej funkcji. Jest to służba publiczna i misja – uważa dr Stefan Płażek z Katedry Prawa Samorządu Terytorialnego Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Argumentuje, że takie osoby otrzymują trzykrotnie wyższą odprawę trzymiesięczną od kodeksowej i dodatkowo mogą liczyć na ekwiwalent w postaci zaległego urlopu, który nagminnie nie jest wykorzystywany.