Polska nauka na krześle elektrycznym? Tak, ale może z niego jeszcze zejść

autor: Mira Suchodolska22.07.2016, 08:00; Aktualizacja: 22.07.2016, 08:03
nauka-technologie-laboratorium

W Polsce ludziom wbito do głów, że nauka to jest coś absolutnie abstrakcyjnego, a jednocześnie czystego.źródło: ShutterStock

Zmiany w nauce przypominają zmianę lokalizacji cmentarza. Budzą wiele kontrowersji i nie można liczyć na zaangażowanie samych zainteresowanych

Reklama


Ta debata miała trwać 1,5 godziny. Rozstaliśmy się po trzech godzinach z kawałkiem. A i tak mieliśmy poczucie niedosytu. Wrócimy do tematu, na pewno, bo jest ważny, jeśli nie najważniejszy dla nas wszystkich.

Co jest największą bolączką polskiej nauki?

Dr Kamil Kulesza, fizyk, Instytut Nauk Stosowanych, PAN: Studiowałem zagranicą, doktorat zrobiłem w Polsce. Potem byłem w Cambridge i w pewnym momencie stanąłem przed dylematem: co dalej. Zostać, czy wrócić do kraju, do czego mnie namawiali koledzy. Zdecydowałem się na powrót, chciałem zmieniać polską naukę, co jest dość ciężkim zadaniem. To nie oznaczało, że ja i mój zespół toczyliśmy wieczną walkę z systemem. Pomagało nam może jakieś 20 proc. środowiska, w tym obecny tutaj prof. Kleiber, za co mu jestem wdzięczny. Ale i tak było to tylko 20 proc, dlatego każdy dzień kończyliśmy niczym łagiernik, bohater opowiadania Sołżenicyna "Jeden dzień Iwana Denisowicza" konstatacją: To cud, że nas jeszcze nie zabili. Bo według mnie z naszą nauką jest niedobrze, co się bierze jeszcze z minionego ustroju. Pozwolę sobie przedstawić pewien cytat, z bardzo znanego filmu, który dobrze obrazuje jej stan. To rozmowa pomiędzy prezesem Ryszardem Ochódzkim (Misiem) a kierownikiem produkcji Janem Hochwanderem.

Miś: Powiedz mi po co jest ten miś?

Hochwander: Właśnie, po co?

Miś: Otóż to! Nikt nie wie po co, więc nie musisz się obawiać, że ktoś zapyta. Wiesz co robi ten miś? On odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. To jest miś na skalę naszych możliwości. Ty wiesz, co my robimy tym misiem? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie - mówimy - to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest miś społeczny, w oparciu o sześć instytucji, który sobie zgnije, do jesieni na świeżym powietrzu i co się wtedy zrobi?

Hochwander: Protokół zniszczenia...

Miś: Prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach. Dostajemy za tego misia, jako konsultanci 20 proc. ogólnej sumy kosztów i już. Więc im on jest droższy, ten miś tym... no? Koniaczek?

Hochwander: Podwójny...Stać mnie!

Miś: Noooo...

Nooo, właśnie. Polska nauka działa obecnie wg. systemu nakazowo-rozdzielczego rodem z poprzedniego ustroju. Jest niczym Miś z komedii Barei. Trzeba to zmienić, chodzi przecież o zwiększenie wartości dodanej. A tu wszystko kręci się wokół centralnego podziału pieniędzy. Drugim problemem jest model kariery naukowej, którego środowisko broni za wszelką cenę - a to jest obrona kolejności dziobania. Złośliwi żartują, że szybciej zniesiony zostanie w Kościele Katolickim celibat niż habilitacja w Polsce. Obecny system eliminuje niepokornych, co się niestety odradza w następnych pokoleniach. Jak Mojżesz wyprowadził Żydów z Egiptu, to po 40 latach następne pokolenie mogło wejść do upragnionego Kanaanu. U nas niestety tak nie jest. Niestety, bo stoimy przed wielkim wyzwaniem, żyjemy w okresie IV rewolucji przemysłowej, kiedy rzeczy przyśpieszają, jak to mówią matematycy w eksponencie. Ale ciągle, niestety, nie tylko na polskiej prowincji, nauka wciąż ma twarz towarzysza Szmaciaka - opisanego przez Janusza Szpotańskiego. PRL-owskiego feudała - kacyka. I wciąż zbyt wielu ludzi się w ten sposób zachowuje, co ma wpływ na cały system. U Szpotańskiego to był przykład sparszywienia i degrengolady intelektualnej. Ja wiem, że generalizuję, są wyjątki, ale gdy świat zrywa z formalizacją, u nas wciąż jednym z największych problemów jest habilitacja i inne uprawnienia dla jednostek. Tracimy tym samym możliwość adaptacji do zmian. Dzisiejszy świat coraz bardziej czerpie nie tylko z pieniędzy, lecz także z talentów. My tymczasem wypchnęliśmy wielu zdolnych ludzi za granicę. Zamiast zamieniać węgiel na diamenty, robimy odwrotnie.

Leszek Pacholski, profesor nauk matematycznych, logik, informatyk, były rektor Uniwersytetu Wrocławskiego: Dla mnie tytuł naukowy nie ma znaczenia, pozbyłem się go z moich drzwi, co wzbudza sensację. Jednak to nie jest istotne. Polska nauka nie jest efektywna, bo nikt tego od nas nie oczekuje. Dostajemy pieniądze, które daje nam rząd i mówi „róbta co chceta”. Musicie sobie wymyślić jakieś reguły podziału tych pieniędzy, jakieś wskaźniki, na tym się kończy. Pani Lena Kolarska-Bobińska zorganizowała kiedyś dyskusję na temat kryteriów oceny polskiej nauki. Brałem udział w tym panelu i zadałem pytanie: co chcemy uzyskać. Bo system oceny musi być konsekwencją tej odpowiedzi. Ale jest tak, że dostajemy pieniądze dzieli się je i już. Młodym np. trzeba dać. Ale po co i dlaczego? Moi trzydziestoletni koledzy są profesorami , normalnymi, np. w MIT, a nie są objęci żadnymi specjalnymi programami. Mają być dobrzy. U nas habilitacje i tytuły kształtują sposób myślenia. Kiedyś podsłuchałem rozmowę: Brakuje mi 10 punktów do habilitacji. Młodzi naukowcy nie myślą kategoriami zadziwienia świata, życia naukowego czy nawet zarobienia kasy. Jesteśmy po wyborach na uczelniach. Gdyby rektor czy dziekan mieliby być realizatorami jakichś założeń, toczyłyby się długie negocjacje. Mam to i to osiągnąć, więc potrzebuję konkretnych środków. U nas ogląda się kandydatów - ten jest miły, ten ładnie gra na fortepianie. I wybiera się takich, którzy nic złego nikomu nie zrobią. Byłem świadkiem, jak pani rektor powiedziała swojej pracownicy: a po co ty się tak męczysz, pisząc tekst do najlepszego na świecie czasopisma naukowego z twojej dziedziny. W ciągu roku mogłabyś opublikować pięć artykułów gdzie indziej i miałabyś pięć razy więcej punktów. Ta pani dziekan wygrała konkurs na następną kadencję. Dba się o ilość, nie jakość. Jako rektor przyczyniłem się do znacznego awansu w rankingach swojej uczelni. To było śmiesznie łatwe, bo wykreowaliśmy wielu doktorantów i habilitantów - zupełnie bez sensu, ludzi nikomu nie potrzebnych - ale dostaliśmy plakietkę „kuźnia kadr”.

Prof. Wiesław Staszewski, Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie: Ja jestem człowiekiem spoza systemu, przez 25 lat żyłem w UK, wróciłem do Polski w 2011 roku. Nie wyobrażałem nawet sobie, że tu jest tak źle. Takie scenki rodzajowe: powiedziano mi, że, że jeśli chcę zaistnieć w Polsce, to konieczne są tytuły. Nie wystarczy to, że pracuję na jednym z najlepszych wydziałów mechanicznych w Wielkiej Brytanii, na jednym z najlepszych uniwersytetów na świecie. To się postarałem. Idę więc na odebranie profesorskiej nominacji do Pałacu Prezydenckiego, a pani na bramce mówi mi: nie tu pan wchodzi, tylko z tyłu. Więc idę z tyłu. Przedstawiam się. A oni, że mam wejść z przodu, bo będę mianowany. Znów tłumaczenie, wchodzę i jestem w głębokim szoku. Bo mam czterdzieści lat, a reszta osób jest w wieku 65plus. Myślę - co ja tu robię? Druga scenka: jest 2011 rok, przychodzę na AGH, a pani sekretarka, powyżej 60. pyta - kawa czy herbata. Mówię, że sam mogę sobie kawę zrobić, jestem od niej młodszy. Niezrozumienie, bo na tej uczelni panuje kult profesorów. Dla mnie profesor to jest stanowisko pracy, ludzi trzeba traktować jak partnerów, a nie jak poddanych. Ja zabieram swoich studentów na piwo, żeby z nimi naukowo dyskutować. Trzy lata temu dzwoni do mnie znany fizyk prof. Lange i pyta, czy zechciałbym być w Radzie Naukowej EIT+ we Wrocławiu. Dlaczego ja, to nie moja specjalność? - pytam. Tłumaczy mi i tłumaczy, wreszcie mówi, że potrzebują człowieka spoza układów. Opadły mi ręce. Ale wciąż tu jestem, bo chciałbym coś zmienić. Walczę o moich młodszych kolegów, ale to jest walka z wiatrakami. Nie mam niczego do stracenia, w każdej chwili mogę wrócić do Wielkiej Brytanii czy do Stanów Zjednoczonych. Natomiast wielu moich kolegów boi się konsekwencji. Więc milczą.

Prof. Dominika Maison, dziekan Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego: Zauważyłam, że osoby, które się nie godzą na to, co jest - czy na ścieżkę kariery, czy na rozdział pieniędzy - wybierają emigrację wewnętrzną i skupiają się na własnej karierze, rezygnując z planu przebudowy tego systemu. Znajdują swoje miejsce, np. w biznesie. Publikują to, co wydaje im się przydatne, a niekoniecznie wysoko punktowane. Ale sobie jakoś radzą. Problemem jest motywacja do zajmowania się naukowymi rzeczami. To co w nauce najważniejsze to pasja. Tymczasem ta motywacja wewnętrzna została zamieniona na zewnętrzną. Często słyszę od doktorantów: Zostawmy to, zajmijmy się czymś innym, bo to jest bardziej publikowalne. Albo: ta teoria jest bardziej na topie. Każdy naukowiec powinien chcieć coś stworzyć, odkryć, zrozumieć. Coś wnieść do tego świata. A teraz liczy się tylko – ile za to będę miał punktów. Zatraciliśmy podstawowe wartości. I tutaj może się pojawić pewien błąd w myśleniu: jeśli biznes sponsoruje naukę, to to jest także motywacja zewnętrzna. Moim zdaniem nieważne jest źródło finansowania, ale to, żeby móc robić rzeczy ważne. Tymczasem często słyszę - o, tutaj łatwo można wyciągnąć pieniądze, wystarczy dopisać do grantu, że projekt jest innowacyjny.

Innowacja to okropne słowo-wytrych, którego należałoby zakazać. Mnie interesuje bardziej, dlaczego dorośli, inteligentni ludzie grają w tę grę pozorów. Kasa?

Kulesza: Nie chcę krytykować NCBiR, zwłaszcza, że niezależnie od ostatnich newsów cenię prof. Kurzydłowskiego. Ale gdy jest informacja na NCBiR-ze, że jest jakaś szybka ścieżka, pieniądze na współpracę z przemysłem i potrzeba partnera naukowego, w tempie lawinowym rośnie ilość firm, zwykle zupełnie nie znanych, które się do nas odzywają. Już przestaliśmy z takimi rozmawiać, to nie ma sensu. Mówimy, że jesteśmy zajęci. Przez ostatnie lata wielokrotnie przećwiczyliśmy schemat, że ta współpraca z biznesem to tylko listek figowy potrzebny do wyciągnięcia kasy. Może w 10 proc. przypadków to ma jakiś sens biznesowy. Ale w reszcie - to pompa na pieniądze.

Maison: Ja się spotkałam z firmami, które się specjalizują w wyciąganiu pieniędzy. Rozmawiają z przedsiębiorcą: my znamy naukowca, który wszystko podpisze. I możesz zarobić 100-200 tys. zł. a nic nie musisz robić. Weźmiemy 10 proc. i sprawa załatwiona. Pyta pani dlaczego poważni ludzie w to się bawią. Nie tylko chodzi o wyrafinowaną grę, dopasowanie się do systemu, ale i o to, że system zmienił sposób myślenia ludzi. Pojawiają się tzw. błędy atrybucji – gdy ktoś dostał grant od prywatnych instytucji, robi coś za ich pieniądze, to - przynajmniej w naukach humanistycznych - jest to przez wiele osób traktowane jako gorsze badanie. Sprzedawanie się. Mam duże doświadczenie ze współpracy z NBP, ale badanie finansowane przez tę instytucję postrzegane są przez środowisko jako nieprzydatne, bo nie firmuje ich instytucja naukowa. Przecież trzeba odróżnić motywację od wynagrodzenia. Niech ludzie zarabiają. Ale takie błędy myślenia zainfekowały wielu moich kolegów, którymi świat biznesu się nie interesuje. Oni innych, którzy robią coś przydatnego, traktują jako tych złych, którzy degradują naukę.

Staszewski: Gdy postanowiłem zostać na uczelni, mój ojciec, profesor, rzucił, że wybrałem sobie bardzo kosztowne hobby. Bardzo mnie to zdenerwowało i moją motywację było, aby udowodnić, że na nauce można zarabiać. I do własnej kieszeni, i dla biznesu. Mnie w Wielkiej Brytanii nauczono jednej rzeczy: wszystkie badania, które robię, są z pieniędzy podatników. I coś im muszę zwrócić. Pojechałem na spotkanie do ministerstwa nauki kilka lat temu i pytam: jakie rząd ma cele strategiczne, jakie dziedziny nauki będziemy rozwijać. Cisza. Jak premier Blair zapraszał naukowców, to wcześniej zbierał szefów największych firm i pytał ich, w jakim kierunku idzie gospodarka. Dopiero potem mówił nam, co możemy zrobić, żeby jej nauce pomóc. Nas nie stać na finansowanie wszystkich dziedzin. Potrzebny jest system i strategia. Bez tego nie będzie nauki na wysokim poziomie.

Ale u nas ludziom wbito do głów, że nauka to jest coś absolutnie abstrakcyjnego, a jednocześnie czystego. Fruwa sobie w chmurach, naukowiec jest od tego, żeby wymyślać abstrakcyjne teorie, a nie brudzić się rzeczywistością. Jak ktoś mówi, że z pieniędzy ładowanych w naukę powinien być jakiś zwrot, jest to traktowane niczym groźna herezja.


Pozostało jeszcze 65% treści

Czytaj wszystkie artykuły
Miesiąc 97,90 zł
Zamów abonament

Mam kod promocyjny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy INFOR Biznes. Kup licencję

Polecane

Reklama

Komentarze (2)

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Dowiedz się więcej

Galerie

Polecane

Reklama