Obecna minister chce te przywileje rodem z PRL konserwować. Najwyraźniej polityczny rachunek wskazuje, że lepiej narazić się samorządowcom (także z własnego ugrupowania politycznego) i młodym, chętnym do pracy nauczycielom zasilającym grono bezrobotnych niż grupie ponad 600 tys. pracujących w zawodzie belfrów, którzy wraz ze swoimi rodzinami mają prawo głosu.

Czy musimy trwać w tym impasie kolejne lata? To wciąż decyzja czysto polityczna, niewynikająca z troski o uczniów czy rachunku ekonomicznego. I zanim obecna opozycja zacznie krytykować obecny rząd, warto przypomnieć, że i oni problemu nie rozwiązywali. Co prawda od 2010 r. w resorcie edukacji za unijne pieniądze próbowano wypracować konsensus w sprawie karty, ale efekt tych prac samorządy, które do dyskusji zaproszono, określiły jako zgniły kompromis. Prawie niczego nie zmieniał i w końcu trafił do kosza. Ówczesna minister Joanna Kluzik-Rostkowska tłumaczyła, że lepiej przygotować całkiem nowe przepisy o zawodzie nauczyciela, a kartę jej następca powinien zlikwidować. Ale prezes ZNP Sławomir Broniarz zabezpieczył się przed taką opcją, podpisując z partiami przedwyborcze obietnice, że nic w karcie się nie zmieni bez jego zgody.

I trudno mu się dziwić, także dlatego że bez karty można byłoby się zastanawiać, czy jest sens utrzymywania działaczy związkowych, których rola w ostatnich latach sprowadza się głównie do obrony tego jednego dokumentu.

Przy tym ponurym obrazie przychodzi mi na myśl takie mądre przysłowie, że kropla drąży skałę nie siłą, lecz częstym padaniem. Apelowałbym do samorządów, aby nie odpuszczały w sprawie Karty nauczyciela i lobbowały za jej likwidacją, gdzie tylko mają możliwość. Nowoczesnej ustawy potrzebują nie tylko nauczyciele, nie tylko wójt czy prezydent miasta, lecz także rodzice i uczniowie. Ci ostatni również widzą potrzebę rzeczywistego motywowania nauczycieli do pracy i wynagradzania ich sukcesów.