Skończyły się dobre czasy dla uczelni prywatnych. Od dwóch lat liczba studentów, która do tej pory dynamicznie rosła, zaczyna spadać. Rok temu niepubliczne szkoły przyjęły tylko 151,6 tys. osób, podczas gdy w 2009 r. było to ponad 176 tys. W 2020 r. na uczelniach państwowych i prywatnych studiować będzie tylko 1,2 mln młodych ludzi, o 700 tys. mniej niż dziś. Trend spadkowy utrzyma się przez kolejne dziesięć lat.

Szkoły, żeby przyciągnąć studentów, chwytają się coraz bardziej wymyślnych sposobów. Wyższa Szkoła Lingwistyczna z Częstochowy reklamuje się na suszarkach do rąk w centrach handlowych. Na urządzeniu jest wizerunek mężczyzny z wydętymi ustami i hasłem „Chuchamy na Twoją przyszłość”. Na porządku dziennym są też reklamy na Pudelku, Facebooku i oferty na Grouponie z 50-proc. zniżką czesnego oraz propozycje nauki za darmo.

Wyższa Szkoła Cosinus w Łodzi oferuje nie tylko pierwszy semestr bezpłatnych studiów, ale także zniżki dla tych, którzy przyprowadzą znajomych. Od każdej głowy szkoła obiecuje po 20 proc. rabatu. To oznacza, że student, który przyprowadzi czterech nowych kandydatów, dostanie 80 proc. zniżki, a za pięć skaptowanych osób można uczyć się za darmo.

– Nie ma to może wiele wspólnego z etosem akademickim, ale uczelnie muszą z czegoś żyć – mówi Waldemar Tłokiński, przewodniczący Konferencji Rektorów Zawodowych Szkół Polskich. Ale przestrzega, że szaleńcza pogoń za studentami i coraz większe bonusy mogą zwiększyć kłopoty finansowe poszczególnych uczelni i przyśpieszyć ich agonię.

Eksperci od edukacji radzą też ostrożnie podchodzić do „gwarancji zatrudnienia”, którą oferuje w tym roku wiele uczelni. – Takie zapewnienia nie mają racji bytu, bo dziś nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak świat będzie wyglądał za 5 czy 6 lat – mówi Tłokiński. – Może się okazać, że zapotrzebowanie na rynku pracy kompletnie się zmieni.

Najwięcej za problemy uczelni mogą zapłacić sami studenci, bo zmuszone do oszczędności szkoły będą zatrudniać coraz gorszych wykładowców i ograniczać liczbę zajęć. Ratunkiem dla szkół jest konsolidacja, taka jaką ostatnio przeprowadziła np. Uczelnia Vistula, a także nastawienie się na słuchacza dojrzałego. – Uczelnie powinny organizować więcej studiów podyplomowych, kursów, które pozwolą uzupełnić wykształcenie – mówi Tłokiński.

Sposobem na niż demograficzny jest też rekrutacja studentów z zagranicy. Obecnie najlepiej sobie z tym radzą uczelnie na ścianie wschodniej, które przyjmują słuchaczy z Ukrainy czy Białorusi. Czesne u nas jest niewiele wyższe, a dyplom wystawiony przez uczelnię z Unii Europejskiej jest znacznie wyżej ceniony – mówi Krzysztof Kamiński z Grupy Wyższe Szkoły Bankowe.

Dobrym patentem jest też współpraca z lokalnym samorządem i biznesem. Wiele szkół nawiązało w tym roku współpracę z zakładami pracy. Dzięki temu mogą kształcić przyszłych specjalistów dla tych firm, podnosząc jednocześnie jakość nauczania. Bo tylko szkoły, które oferują rzetelną, a przede wszystkim potrzebną na rynku pracy wiedzę, przetrwają niż demograficzny.

Państwowe też się konsolidują

Publiczne uczelnie prześcigają się w otwieraniu nowych kierunków, oferują kandydatom dobrze płatne staże, ekstrastypendia, unikatowe programy VIP. Na przykład na Uniwersytecie Śląskim w wyborze kierunku pomoże doradca zawodowy. Najlepsi mogą liczyć na osobistego „anioła stróża”, który zaprowadzi na wykłady czy sesje naukowe zamknięte dla przeciętnych studentów.

Rośnie też walka o studentów spoza UE. Na Politechnice Łódzkiej jest dla nich kilkadziesiąt darmowych miejsc. Krakowska AGH podpisała porozumienie z 20 krajami rozwijającymi się i będzie kształcić dla nich specjalistów.

Państwowe szkoły też się konsolidują. Powstaje Wrocławska Unia Akademicka, a w Poznaniu do fuzji chce doprowadzić Uniwersytet im. Adama Mickiewicza.