Jeden na 10 ambulansów przyjeżdżających na wezwanie należy do prywatnych firm. Ich właściciele będą zmuszeni do wyprzedania floty aut
Reklama
– Mamy takie podejście, żeby system ochrony zdrowia nie funkcjonował dla zarobku. Dla wyprowadzania zarobionych pieniędzy z firm, tylko by wszystko zostawało w systemie – mówi DGP wiceminister zdrowia Marek Tombarkiewicz. – Pełną gwarancję tego zapewnia system publiczny – dodaje.
Przypomina, że ustawa o działalności leczniczej, która w nowym kształcie obowiązuje od lipca tego roku, została zmieniona właśnie w tym kierunku. – Pokazała, że nie zgadzamy się na to, aby dywidendy, czyli środki wyprowadzane z systemu ochrony zdrowia, szły do prywatnych właścicieli – mówi wiceminister. – Jedynym sposobem, by zagwarantować to w systemie ratownictwa medycznego, jest opisana przez nas próba upaństwowienia – tłumaczy Tombarkiewicz.
Jednak ustawa o działalności leczniczej nie eliminuje z rynku prywatnych szpitali, np. powiatowych, czy poradni specjalistycznych. Zakazuje za to wypłaty dywidendy oraz sprzedaży więcej niż 49 proc. udziałów w placówce należącej do samorządu lub instytucji publicznej w prywatne ręce. Większość z nich cały zysk, o ile udawało się go osiągnąć, inwestowała np. w nowoczesny sprzęt medyczny czy modernizację budynków.
Walka o 1,8 mld zł
W przypadku konsultowanej właśnie nowelizacji w ustawie o Państwowym Ratownictwie Medycznym usługi opłacane z budżetu państwa, za pośrednictwem NFZ, realizować będą tylko publiczne podmioty. Ewentualnie spółki, w których większość udziałów ma samorząd, Skarb Państwa lub publiczna uczelnia medyczna. Ile firm wypadnie z rynku? Na całe ratownictwo budżet państwa, za pośrednictwem funduszu, wydaje ok. 1,8 mld zł. Według Tombarkiewicza ok. 9 proc. trafia do prywatnych firm. Z kolei NFZ nie rozróżnia, kto jest prywaciarzem, a kto nie.
– Obecnie działa 1518 zespołów ratownictwa medycznego, z czego 1278 jest publicznych dysponentów, a 240 niepublicznych – wyjaśnia Sylwia Wądrzyk, rzeczniczka funduszu. Z tego – według MZ – 138 nie spełni nowych warunków.
Firmy w szoku
Przedsiębiorcy nie kryją zaskoczenia. Przez lata inwestowali miliony złotych w zakup karetek i wyposażenia, szkolenia i edukację pracowników oraz wprowadzenie systemów ISO w celu podniesienia jakości. Koszt zakupu jednego ambulansu to 300–400 tys. zł, a mają ich setki. Część woli więc siedzieć cicho, licząc, że może jednak propozycje zostaną złagodzone.
Zwłaszcza że możliwość realizacji przez nie usług ratowniczych wprowadził w czasie poprzednich rządów właśnie PiS. A paradoksalnie za utworzeniem wyłącznie państwowego pogotowia w 2010 r. nieskutecznie optowali senatorowie, ale tylko PO i jeden niezrzeszony.
– Nie wiadomo, kogo słuchać. Równocześnie z działaniami resortu zdrowia Ministerstwo Rozwoju w Strategii Na Rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju stawia na rozwój partnerstwa publiczno-prywatnego (PPP) i to właśnie w zdrowiu – mówi nam przedstawiciel jednej z medycznych spółek. I dodaje, że w firmowanym przez wicepremiera Mateusza Morawieckiego dokumencie stwierdzono: PPP korzystnie wpływa na jakość świadczonych społeczeństwu usług i standard infrastruktury.
– Gdy wpuszczono nas na rynek, zaczął się „wyścig zbrojeń” w ratownictwie. By wygrać konkurs w NFZ, trzeba było stale wymieniać sprzęt na nowszy, ale też pilnować kosztów, bo liczyła się cena. Korzystają na tym przede wszystkim pacjenci – mówi jedna z firm. I dodaje, że w ich przypadku zakupu ambulansów nie musieli finansować podatnicy.
Co ciekawe, możliwość prowadzenia usług ratowniczych stracą nawet te placówki, które choć prywatne, to ze swoimi powiatowymi szpitalami mają trafić do sieci (systemu podstawowego szpitalnego zabezpieczenia). Tombarkiewicz zaznacza, że zadania mogą przejąć od nich np. wojewódzkie stacje ratownictwa. A ambulanse i wyposażenie mogą sprzedać, bo potrzebować ich będą publiczni następcy.
Przeniosą się do Słowacji?
Głos zabrał Falck. Firma – jak podkreśla – płaci w Polsce podatki i zainwestowała w naszym kraju, przez 24 lata działalności, ponad 100 mln zł. Zatrudnia 3200 osób, preferując etaty. – Falck stworzył flotę 200 ambulansów medycyny ratunkowej, z których prawie 100 wykorzystywanych jest w systemie państwowego ratownictwa medycznego. To największa flota w Polsce i jedna z największych w Europie – podkreśla radca prawny Michał Modro, reprezentujący Falck. Firma wynajmuje też 100 lokali, które zostały przystosowane i wyposażone dla potrzeb udzielania świadczeń ratownictwa. Ma też w Polsce przychodnie oraz centrum IT, które obsługuje działalność firmy na wszystkich kontynentach. – Decyzja o lokalizacji centrum IT wynikała z intensywnego rozwoju polskiej firmy w obszarze medycyny ratunkowej. Planowane było również otwarcie centrum usług księgowych oraz kadrowo-płacowych – dodaje Modro. Ale w związku z planami resortu zdrowia firma rozważa, by centra te prowadzić nie w Polsce, ale na Słowacji, gdzie działalność firmy nie jest zagrożona, bo publiczny system otwarty jest na podmioty prywatne.
Michał Modro podkreśla, że Falck chce, żeby pieniądze otrzymywane za wykonywanie świadczeń ratownictwa medycznego były w całości reinwestowane w Polsce. – Jeżeli to ma być jedyny argument za zmianami, to należy wprowadzić nakaz reinwestowania, a nie eliminować podmioty prywatne z rynku – mówi. Ale też dodaje, że podobne zmiany powinny objąć podmioty publiczne, które za pieniądze z ratownictwa często finansują własne długi lub niedochodowe sfery działalności szpitala.
Nie jest pewne, jak na usunięcie prywatnych podmiotów z rynku zareaguje Unia Europejska. Z analizy sygnowanej przez trzy organizacje: Pracodawców RP, Lewiatana i Business Centre Club, wynika, że rząd może mieć problemy. I to większe niż przy podatku handlowym. Bo i ingerencja jest głębsza, a na dodatek nie poparto jej dokumentami uzasadniającymi zmiany. W raportach Najwyższej Izby Kontroli i innych instytucji na temat ratownictwa nie wspominano o problemach z prywatnymi firmami. Tombarkiewicz twierdzi jednak, że ryzyka konfliktu z UE nie ma.
Będzie kłopot jak z podatkiem handlowym, UE to się nie spodoba