Wicepremier Mateusz Morawiecki w walce o wzrost PKB, miejsca pracy i rozwój polskiej gospodarki nie cofnie się przed niczym. Świetnie, tylko są jakieś granice. Otóż, częściowe uzależnienie dofinansowania na refundację leków od lokalizacji fabryk produkujących je, są już przesadą. Podobnie jak branie pod uwagę obrotu producenta. Dlaczego? Na szali jest bowiem zdrowie Polaków, którzy już teraz nie są rozpieszczani, zwłaszcza jeśli chodzi o dopłaty do leków innowacyjnych. Niewiele z nich znajduje się na liście refundacyjnej. Powód?
Państwa na to nie stać. W efekcie zamiast korzystać z najnowszych zdobyczy rynku farmaceutycznego, chorzy często nadal muszą stosować specyfiki starszej generacji. Aby było ciekawiej, nowe przypisy miały właśnie przyczynić się do większej dostępności terapii innowacyjnej. Niestety, jak wynika z projektu, chodzi przede wszystkim o innowacyjność, która ma stymulować wzrost gospodarczy.
Dla wicepremiera, ministra rozwoju, a od niedawna także ministra finansów, zdrowie Polaków nie musi być oczywiście priorytetem, choć jakkolwiek by patrzeć, to oni wpłacają do budżetu państwa miliardy złotych. Dziwi mnie jednak Ministerstwo Zdrowia, które nie protestuje, a wręcz zdaje się być zachwycone pomysłem wicepremiera. Dziwi mnie tym bardziej że oddaje część swoich kompetencji innemu resortowi – bo to minister rozwoju będzie wskazywać, która firma farmaceutyczna dostanie superbonus z funduszu innowacyjnego. I choć jak wynika z naszych informacji, wiceminister zdrowia na Radzie Dialogu Społecznego wspominał o dwutorowej polityce refundacyjnej, to – jak podkreślają partnerzy społeczni – na razie nie wiadomo na czym ma ona polegać.