Ze względu na pandemię w szpitalach od połowy października nie odbywała się większość z zaplanowanych zabiegów. Jednak wraz z końcem roku działalność placówek leczniczych przeszła w fazę odmrażania, co administratorzy przyjęli z ulgą. Jak podkreśla Aleksandra Gapińska, dyrektor ds. ekonomicznych Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Opolu, przede wszystkim z troski o zdrowie pacjentów, lecz również z nadzieją na możliwość stabilizacji finansowej.
Koszty rosną
Okresy przestoju spowodowały, że kondycja finansowa szpitali już w czerwcu była poważna, teraz jest jeszcze gorzej. – Przeprowadziliśmy sondaż, w którym dyrektorzy wskazywali, jak wygląda sytuacja w ich przypadku. Z badań wynika, że 94 proc. placówek przewiduje ujemny wynik finansowy. Zaś żeby uzupełnić powstałą w budżetach lukę, dodatkowe dofinansowanie z NFZ powinno się zwiększyć nawet o 15–20 proc. wartości całego kontraktu – wskazuje Jarosław Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali.
Reklama
Eksperci wskazują, że na tak duży deficyt miał wpływ przede wszystkim wzrost kosztów prowadzenia placówki. – Proszę zauważyć, że po drodze zaliczyliśmy znaczny wzrost cen utylizacji odpadów, ale również zaistniała potrzeba korzystania z szeregu usług outsourcingowych czy też – przede wszystkim – zakup jednorazowych środków ochrony – podkreśla Jarosław Fedorowski.
Zaś Aleksandra Gapińska zauważa, że oprócz tego szpitale musiały wygospodarować dodatkowe środki dla kadry. – Kolejne podwyżki wynagrodzeń pracowników wykonujących zawody medyczne, podniesienie z początkiem roku płacy minimalnej, żądania płacowe pozostałych grup personelu – to również negatywnie wpłynęło na sytuację ekonomiczną szpitali – argumentuje.

Reklama
Co istotne, nawet sam proces odmrażania może odbić się na kieszeniach szpitali. – Żeby uruchomić z powrotem oddział czy jakąś część szpitala, konieczne jest zastosowanie choćby nowoczesnych technik dezynfekcyjnych. To wszystko kosztuje – wylicza Jarosław Fedorowski.
Pacjenci nie chcą
Mimo wizji dalszego obciążenia nadwerężonych budżetów, szefowie szpitali entuzjastycznie podchodzą do możliwości podjęcia planowych zabiegów. Aleksandra Gapińska wskazuje, że szczególnie wykonywanie świadczeń finansowanych poza ryczałtem może pomóc poprawić sytuację ekonomiczną.
Wciąż jednak wielu pacjentów obawia się szpitali, uważając, że tam najłatwiej zakazić się koronawirusem. – Już jakiś czas temu zainicjowaliśmy kampanię „Nie bój się szpitala”. Chodziło m.in. o to, by chorzy poddawali się zabiegom, które miały się odbyć. Zdarzało się, że to nie szpital, a pacjent – ze względu na strach związany z pandemią – go odwoływał – podkreśla Jarosław Fedorowski. Wskazuje, że konieczne jest stałe zapewnianie pacjentów, że ze względu na zaszczepienie personelu na oddziałach jest bezpiecznie. – Niestety, takie kampanie również są kosztowne – konstatuje.
Co z kontraktami?
Oba przestoje, które miały miejsce w 2020 r., rzutują na finansowanie placówek przez NFZ. – Wstrzymanie przyjęć planowych wywołało konieczność „nadrobienia” w pierwszym półroczu bieżącego roku niewykonanych świadczeń, co z kolei skutkować może koniecznością zwrotu do NFZ niewykorzystanych pieniędzy – podkreśla Aleksandra Gapińska.
Z kolei Rafał Janiszewski, właściciel kancelarii doradzającej lecznicom, wskazuje potencjalne zagrożenie na przyszłość – od poziomu wykonania bieżącego kontraktu zależy bowiem wartość kolejnego. Co za tym idzie, jeśli szpitale nie wykonają zaplanowanych świadczeń, ich kolejny kontrakt może zostać obniżony. – Niestety, nikt nie przewidział pandemii i tego, że szpitale bez własnej winy nie będą mogły wywiązać się ze swoich zobowiązań – podkreśla.
Zarządzający lecznicami przekonują, że nie są w stanie sami załatać dziur w budżetach. – Szpitale z zasady nie mają dodatkowych możliwości zarobkowania. A nawet jeśli jakiekolwiek były, to wskutek pandemii zostały zawieszone. Ciągle średnio 95 proc. finansowania szpitali sieciowych to środki z NFZ. Stąd jedynym ratunkiem dla nich jest przyznanie dodatkowych pieniędzy z Funduszu – podkreśla Jarosław Fedorowski.
Zaś Rafał Janiszewski proponuje metodę „przymknięcia oka”. – Moim zdaniem warto byłoby, by Narodowy Fundusz Zdrowia oszacował, na jakim poziomie, z powodu nadzwyczajnych okoliczności, szpitale mogły dotychczasowych kontraktów nie wykonać. Jeśli taki pułap określono by np. na 75–80 proc., to sytuacja szpitali, które wskutek zamrożenia zabiegów planowych nie mogły pracować i nie wykonały zobowiązań w takiej części, nie rzutowałaby na przyszłość – podkreśla ekspert.
Stawiają na odroczenia
Ze względu na trudną sytuację lecznic Ministerstwo Zdrowia już jakiś czas temu zgodziło się na wydłużenie okresu rozliczeniowego. Rozporządzenie z 4 września 2020 r. zmieniające rozporządzenie w sprawie ogólnych warunków umów o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej (Dz.U. poz. 1548) i ustawa o zmianie niektórych ustaw w celu zapewnienia funkcjonowania ochrony zdrowia w związku z epidemią COVID-19 oraz po jej ustaniu (Dz. U. z 2020 r. poz. 1493) pozwoliły na rozliczanie umów do końca czerwca br. – Przy założeniu odpowiedniego wzrostu wykonania świadczeń finansowanych w tej formie do 30 czerwca 2021 r. rozwiązanie takie pozwoli na zniwelowanie skutków spadku aktywności szpitali spowodowanego sytuacją epidemiczną – podkreśla resort.
Ministerstwo powołuje się również na wiele nowych rozwiązań, które mają zapobiec dalszemu pogłębianiu się krytycznego stanu finansowego szpitali, m.in. dodatkową opłatę ryczałtową za utrzymanie stanu gotowości do udzielania świadczeń opieki zdrowotnej w podwyższonym reżimie sanitarnym czy zaliczek w wysokości 1/12 wartości kontraktu.
Zaś kwestie związane z zasadami wyliczania ryczałtu na kolejny okres rozliczeniowy są obecnie przedmiotem analiz, których wyników należy się spodziewać w drugiej połowie roku. – Ministerstwo Zdrowia wspólnie z Narodowym Funduszem Zdrowia na bieżąco monitorują potrzeby, jakie niesie ze sobą aktualna sytuacja i w zależności od jej rozwoju wprowadzane będą rozwiązania pozwalające zagwarantować placówkom medycznym zachowanie stabilności w okresie epidemii COVID-19 – podkreśla resort.