Pacjenci biegają od lekarza do lekarza i proszą o recepty. Boją się, że ich leki zdrożeją w 2012 r.
Reklama
W ostatnich dniach pacjenci mają poważne problemy z kupieniem niektórych leków. To jeden z efektów nowej ustawy refundacyjnej, która wchodzi w życie z nowym rokiem.
Aptekarze oraz hurtownicy, nie wiedząc, jakie ceny leków będą wtedy obowiązywały, wolą nie gromadzić ich na zapas. Pacjenci chodzą od jednej placówki do drugiej i nie mogą zrealizować recept. W przypadku leków, których nie brakuje, jest zgoła odwrotnie – pacjenci realizują recepty na nie w ilościach hurtowych. Dotyczy to głównie antybiotyków i medykamentów na przeziębienia. Pacjenci boją się, że po 1 stycznia ich ceny znacząco wzrosną.
Tymczasem Ministerstwo Zdrowia uspokaja i zapewnia, że nie ma powodów do paniki. Przekonuje, że w przyszłym roku leki będą tańsze i na pewno dla nikogo ich nie zabranianie. Ale szczegółów dotyczących cen nie zdradza, nikt więc nie wie, co znaczy „taniej”. To stwierdzenie odnoszące do średniej czy do wszystkich medykamentów?
Apteki są pewne, że niektóre leki rzeczywiście stanieją, bo państwo więcej do nich dopłaci. Dlatego droższych medykamentów nie kupują na zapas. Boją się sytuacji, gdy będą mieli na stanie lek za 200 zł, podczas gdy po Nowym Roku jego cena spadnie np. do 150 zł. Największą ostrożność zachowują przede wszystkim przy specyfikach onkologicznych (np. samara na raka piersi) i immunosupresyjnych, czyli stosowanych po przeszczepach (np. prograf).
– Nie robimy zapasów. Kiedy pojawia się konkretne zapotrzebowanie na dany lek, automatycznie zamawiamy go w hurtowni. Problem w tym, że w hurtowniach także brakuje wielu leków, bo te dokładnie z tych samych powodów co my boją się je kupować u producentów – mówi farmaceutka Aleksandra Golecka-Kuźniak.
Innym lekiem, na którego niedostępność skarżą się pacjenci, są insuliny. W aptece, w której pracuje Aleksandra Golecka-Kuźniak, można je jeszcze dostać, ale pacjenci, którzy do niej przychodzą, skarżą się, że to kolejna z wielu placówek, które musieli odwiedzić.
To samo mówią farmaceuci z innych miast. Piotr Lengiewicz z Ełku podkreśla, że oprócz leków onkologicznych brakuje także medykamentów psychiatrycznych. Jeden ze środków, którego już nie mają na stanie apteki w całej okolicy i który niezwykle trudno zdobyć w hurtowni, pacjenci powinni przyjmować co prawda tylko raz na dwa tygodnie, ale jego brak może prowadzić do poważnych zaburzeń psychicznych.
W najgorszej sytuacji znajdują się pacjenci po przeszczepach, którzy muszą przyjmować leki immunosupresyjne codziennie, aby organizm nie odrzucił przeszczepu. – Brak przyjęcia leku może być śmiertelnie groźny. Nie można czekać z jego podaniem – tłumaczy Iwona Zyznowska, farmaceutka z Gdańska.
Jest grupa leków, których zaczyna brakować z zupełnie innego powodu – po prostu są masowo wykupywane. To nie efekt żadnej epidemii, lecz paniki spowodowanej obawami, że ich ceny po Nowym Roku wzrosną. – Codziennie przeżywamy prawdziwy najazd Hunów. Pacjenci zbierają recepty od kilku lekarzy na tę sama przypadłość i wykupują leki na zapas. Wczoraj był pacjent z dwoma receptami na tę samą insulinę – jedną od geriatry, drugą od lekarza rodzinnego. Wystawione zostały tego samego dnia – mówi Iwona Zyznowska, farmaceutka z Gdańska. Piotr Lengiewicz dodaje, że to samo zjawisko można zaobserwować w Ełku. – Pacjenci gromadzą na zapas nawet antybiotyki czy leki na przeziębienie – mówi. I ostrzega, że dopiero od nich mogą się rozchorować. Na przykład gdy zażyją je po terminie przydatności do spożycia.