Zapisów nie przyjmujemy. Proszę dzwonić w następnym tygodniu. Czasem nawet w kolejnym miesiącu – to sytuacja, z którą spotykają się pacjenci chcący „wrócić” do lekarza. Numerki na wizytę się wyczerpują w ciągu kilkunastu minut.

Jak to wygląda w statystykach? Fundacja Alivia, która pomaga pacjentom onkologicznym, podała, że w maju co piąta placówka nie prowadziła zapisów na badania onkologiczne, a co trzeci pacjent potwierdził, że jego wizyta lub badanie zostało odwołane. W maju spadła o 50 proc. liczba kart DiLO (umożliwiających szybką ścieżkę onkologiczną) w porównaniu do analogicznego okresu zeszłego roku. Zgodnie z informacjami fundacji pacjenci mają też problem z dostępem do badań diagnostycznych: w maju sprawdzili 640 placówek wykonujących diagnostykę obrazową (TK, RM i PET-CT), okazało się, że 20 proc. z nich wstrzymało zapisy.

Przeszkód w powrocie do normalności jest kilka. Po pierwsze brakuje kadry: część jest na zwolnieniach ze względu na dzieci, część jest „zablokowana” na oddziałach covidowych (mają zakaz łączenia pracy z innym miejscem pracy). Wciąż na drogi nie wyjechały np. mammobusy. Do tego placówki medyczne wciąż obowiązuje wzmożony reżim sanitarny. To wszystko razem ogranicza przepustowość, a więc dostępność do lekarzy. – Musimy po każdym pacjencie specjalnie przygotować pomieszczenia, w efekcie zmniejsza się liczba chorych, których lekarz może przyjąć na godzinę. Efektywność jest mniejsza nawet o jedną czwartą – wylicza Andrzej Zapaśnik, prezes zarządu w Przychodni BaltiMed.

To tylko jeden z przykładów. A sytuacja jest trudna, bowiem trzeba rozładować kolejki z poprzednich miesięcy. Najpierw przyjmowani są chorzy, którymi nie można było się zaopiekować w trybie teleporady – z marca, kwietnia i maja, a więc ci pierwszorazowi mają kłopot z zapisami. Najgorzej jest z ginekologią, neurologią czy kardiologią, gdzie kolejki zawsze były długie. A ponadto to często chorzy przewlekle – ich problem nie mija z czasem.

Kolejnym problemem, jak przyznaje Andrzej Zapaśnik, jest to, że brakuje jasnych wytycznych dotyczących kontaktu z pacjentem – nie podaje ich ani główny inspektor sanitarny, ani Ministerstwo Zdrowia. W niektórych przypadkach są wskazówki od konsultantów, ale ograniczone. Jak więc np. robić badania spirometryczne czy próby wysiłkowe oddechu? Albo czy laryngolog, kiedy zagląda do gardła, ma mieć maseczkę zwykłą czy jednak FFP2, czyli już bardziej zaawansowaną.

Również w szpitalach sytuacja jest trudna. – Musimy na nowo przeorganizować pracę, w czasie pandemii placówka działała w podwyższonej gotowości bojowej. A to oznacza tworzenie struktury na nowo, przenoszenie łóżek. Dlatego nie jesteśmy w stanie przyjmować pacjentów, tak jak przed koronawirusem. Robimy to w okrojonym zakresie. Być może sytuacja powoli zacznie się normować z końcem czerwca – tłumaczy Cezary Sołowij, rzecznik prasowy szpitala w Koszalinie.

Tomasz Kozieł, rzecznik prasowy Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Legnicy, podkreśla, że dopiero wracają do przyjęć planowych. Przyjmują o wiele mniej pacjentów niż przed pandemią, u każdego chorego należy wykluczyć COVID. Dlatego kolejki, które już wcześniej były długie – na kilka lat – np. na odział urazowo-ortopedyczny, jeszcze bardziej się wydłużą. Dotyczy to też okulistyki czy kardiologii. Jedynie oddział pediatryczny jest wyjątkiem. Tu szpital przyjmuje pacjentów przede wszystkim w trybie nagłym. Dlatego kolejki to sprawa wtórna.

Śródmiejskie Centrum Kliniczne w Warszawie wylicza, że dziennie przyjmuje do trzech osób na oddziały planowo. To o połowę mniej niż przed pandemią. Jak tłumaczy Piotr Gołaszewski, dyrektor i rzecznik prasowy centrum, placówka próbuje rozładować tłok, ale nie jest to możliwe. – Każdego dnia przyjmujemy część pacjentów zapisanych na dany dzień i część tzw. opóźnionych, czyli tych, których wizyty nie doszły do skutku z powodu koronawirusa. Czyli codziennie tworzą się nowe zaległości. Dlatego myślę, że jeszcze przez wiele miesięcy nie uda się nadrobić strat i kolejki będą długie – mówi Gołaszewski.

Problem oczekiwania na wizytę czy hospitalizację będzie więc narastał, bo na razie, jak przyznają lekarze, działa nadal coś, co nazywają „epidemią strachu”. Chorzy nie przychodzą, chociaż powinni. To dotyczy też takich poważnych obszarów jak onkologia czy kardiologia. Specjaliści spotykają się z sytuacjami, w których zgłasza się pacjent po przebytym zawale nieskonsultowanym z lekarzem. W sumie, jak wynikało z ankiety w szpitalach prowadzonej przez Polskie Towarzystwo Kardiologiczne, liczba zabiegów interwencyjnych spadła o 25 proc. – Kłopot polega na tym, że to nie jest efekt tego, że jest lepiej, tylko gorzej. Część chorych prawdopodobnie nie wzywa karetki z obawy przed zakażeniem – zauważają eksperci.

Sami pacjenci przyznają, że odczuwają problemy na własnej skórze: około trzech czwartych przebadanych przez Centrum Badawczo-Rozwojowe BioStat pod koniec maja przyznawało, że ma utrudnienia w bezpośrednich kontaktach z lekarzem. Od marca wzrósł odsetek osób, które mają problem z uzyskaniem porady lekarskiej, o niemal 17 pkt proc. W marcu z utrudnieniami spotkało się 57 proc. pacjentów, w kwietniu 63,6 proc., a w maju już 73,7 proc.

Jakie są kolejki? Na infolinii NFZ nie ma danych – bo jak przyznają pracownicy, od czasu pandemii nie otrzymują sprawozdań. Paradoks polega na tym, że w niektórych miejscach czas się… skrócił, bo m.in. nie były przyjmowane zapisy. Tak było i w onkologii: jak wynika z danych Alivii, średni czas oczekiwania na rezonans magnetyczny w trybie zwykłym skrócił się z 88 dni w lutym do 70 dni (dane z 1 czerwca). Ze skierowaniem na cito pacjenci czekają średnio 41 dni, a w lutym było to 48 dni.