Nietrudno przewidzieć, że brak najbardziej podczas pandemii potrzebnych rąk do pracy skutkuje problemami z obsadą dyżurów, grozi zamykaniem oddziałów i szpitali, co przekłada się na zdrowie i życie chorych. Tymczasem według danych Głównego Inspektora Sanitarnego, przedstawionych 2 kwietnia, w Polsce pracownicy medyczni stanowią ponad 17 proc. zakażonych! Biorąc pod uwagę znacznie głębsze niż we Włoszech braki kadrowe, w szczególności wśród lekarzy, pielęgniarek i ratowników medycznych, nie może dziwić, że już teraz, kiedy według cytującego Churchilla ministra Szumowskiego „to jeszcze nawet nie jest koniec początku”, w wielu miejscach nastąpił paraliż lecznictwa szpitalnego.

Powód nadreprezentatywności medyków wśród zakażonych jest oczywisty: dramatyczny brak środków ochrony. Zasoby Agencji Rezerw Materiałowych skierowano na początku marca do szpitali zakaźnych i jednoimiennych, ale i tam zaopatrzenie w sprzęt ochronny pozostawia wiele do życzenia. Bardzo szybko zabrakło na przykład lekkich kombinezonów. Zastąpiono je wykonanymi z grubego tworzywa. O ile dla załogi karetki taki ubiór można od biedy zaakceptować, w przypadku pracujących w szpitalu lekarzy i pielęgniarek korzystanie z niego oznacza udrękę, znacznie utrudniając badanie lekarskie, podawanie leków drogą iniekcji czy pobieranie krwi do badań. Zważywszy, że dobre dopasowanie to jeden z podstawowych warunków bezpieczeństwa, dodatkowym problemem były wyłącznie duże i bardzo duże rozmiary wspomnianych kombinezonów. Pod tym względem sytuacja jest już lepsza, ale wielka w tym zasługa nie tyle Ministerstwa Zdrowia, co firm prywatnych, organizacji pozarządowych i tzw. ludzi dobrej woli, którzy postanowili ruszyć z pomocą. Należy jednak pamiętać, że dostarczony tą drogą sprzęt ochrony nie zawsze ma odpowiednie atesty. Ilość środków ochrony też jest „na styk”, dlatego trudno o jego odpowiednio częste zmiany, co dotyczy zwłaszcza kombinezonów i maseczek.

Ogromne braki środków ochrony personalnej są we wszystkich pozostałych szpitalach. Nie ma dnia, by na fejsbukowym forum skupiającym 30 tys. lekarzy zainteresowanych pandemią nie pojawiały się liczne, płynące z całego kraju informacje o brakach maseczek chirurgicznych, najprostszych przyłbic, gogli, rękawiczek i płynów dezynfekcyjnych. Maski klasy FFP2 i FFP3, zapewniające wyższy stopień ochrony przed wirusem, fartuchy barierowe i specjalne kombinezony są w zwykłych szpitalach dostępne wyłącznie w SOR-ach, ale nie we wszystkich i nie zawsze. Na oddziałach szpitalnych „dobry” standard dla lekarza to obecnie jedna maseczka chirurgiczna na jeden dzień pracy, którym niekiedy jest nawet całodobowy dyżur (zgodnie z zaleceniami maseczka chirurgiczna to sprzęt jednorazowy, który po zdjęciu nie powinien być ponownie używany). Niektórzy pracownicy sami organizują sobie ochronę, choć zaopatrzenie się w atestowany sprzęt graniczy z cudem albo jest niezwykle kosztowne.

Niech więc nikogo nie dziwi, że w wielu oddziałach szpitalnych w całej w Polsce już doszło do masowych zakażeń wśród pacjentów i personelu. Dotyczą one przede wszystkim szpitali, ale jest tak dlatego, że podstawowa opieka zdrowotna i ambulatoryjna specjalistyka praktycznie zawiesiły przyjmowanie pacjentów, ograniczając się do teleporad. Z punktu widzenia epidemiologii COVID-19 to dobrze, bo w przychodniach sprzętu ochronnego z prawdziwego zdarzenia praktycznie nie ma. Zabezpieczenia chroniące przed inwazją wirusa tzw. wrota zakażenia, kombinezony, fartuchy barierowe, rękawiczki, ochraniacze na obuwie określa się mianem środków ochrony osobistej lub indywidualnej (z angielskiego PPE, czyli personal protective equipment). To powszechnie przyjęte, ale niezbyt trafne określenie. W istocie są to środki przerywające łańcuch zakażenia, dające ochronę zarówno personelowi, jak i pacjentom.

W przypadku COVID-19 kluczowe znaczenie ma rozprzestrzenianie się choroby przez chorych bezobjawowych. Napisałem „chorych”, ponieważ mimo braku typowych objawów takich jak gorączka, kaszel, trudności z oddychaniem i zmęczenie, można u nich stwierdzić metodą tomografii komputerowej zmiany w płucach i jeszcze nie wiemy, czy asymptomatyczny przebieg infekcji nie będzie oznaczał wzrostu ryzyka przewlekłych schorzeń układu oddechowego. Dane z miejsc, gdzie testy na obecność koronawirusa wykonywano niezależnie od występowania objawów, wskazują, że bezobjawowy przebieg COVID-19 dotyczy przynajmniej połowy zakażonych! W artykule opublikowanym 16 marca br. na łamach prestiżowego czasopisma naukowego „Science” naukowcy z Uniwersytetu Columbia wykazali, posługując się modelem matematycznym, że aż 86 proc. zakażeń koronawirusem pozostaje niewykrytych, a chorzy, u których nie postawiono rozpoznania (przede wszystkim z powodu braku typowych objawów), są przyczyną 79 proc. potwierdzonych przypadków choroby. Bardzo częsty bezobjawowy przebieg choroby i uznanie Polski już 12 marca (zaledwie 8 dni po zdiagnozowaniu pacjenta zero) za kraj transmisji lokalnej wirusa powinno skutkować nie tylko zaleceniem pozostania w domach, dystansowania się od innych ludzi, ale i wprowadzeniem obowiązku noszenia maseczek przez wszystkich, którzy muszą pracować poza domem lub przebywać w przestrzeni publicznej z innych powodów. Z punktu widzenia zdrowia publicznego należy bowiem założyć, że każdy może być chory.

Takie założenie przyjęto na obszarach, gdzie najlepiej poradzono sobie z pandemią, m.in. w Chinach kontynentalnych, Hong Kongu, Korei Południowej i na Tajwanie. Za przykładem Azjatów, którzy wyciągnęli wnioski z epidemii SARS z początku bieżącego stulecia, poszli Czesi i Słowacy, nakazując od 18 marca zasłanianie twarzy przez wszystkich poza domem. Nie dość, że zalecenie nie spowodowało paniki związanej z brakiem maseczek, natychmiast ruszyła ich produkcja, przede wszystkim domowa i w małych firmach prywatnych. Własnoręcznie wykonane maseczki nie dają co prawda tak skutecznej ochrony jak profesjonalne, ale protekcja częściowa jest lepsza niż żadna. To ważne zwłaszcza w kontekście ograniczenia ryzyka zakażenia innych osób. Potwierdzenie można znaleźć w wielu pracach naukowych dotyczących chorób szerzących się drogą powietrzno-kropelkową.

Niestety zarówno minister Łukasz Szumowski, jak i Główny Inspektor Sanitarny Jarosław Pinkas do końca marca przekonywali, że maseczki są dla chorych i ich opiekunów. Obydwaj powoływali się przy tym na WHO i amerykańską agencję rządową CDC (Centra Kontroli i Prewencji Chorób), nie biorąc pod uwagę, że instytucje te są w tym przypadku krytykowane przez wielu ekspertów za ignorowanie ustaleń medycyny opartej na dowodach. Dopiero gdy CDC, pod ogromną presją amerykańskich lekarzy, zmieniła stanowisko w sprawie maseczek, minister Szumowski zaczął dawać sygnały, że on też zmienia zdanie. Piątego kwietnia minister oświadczył, że „powoli powinniśmy iść w kierunku obowiązkowych maseczek na ulicach, w sklepach, w pracy”. Należy zapytać, dlaczego powoli i dlaczego tak późno?

Dotychczasowe stanowisko MZ i GIS, dyskredytujące skuteczność maseczek w hamowaniu rozprzestrzeniania się koronawirusa, przyniosło wymierne szkody. Widać to na przykładzie szpitali. W wielu z nich dyrektorzy prośby personelu medycznego o poprawę dostępu do środków ochrony, w szczególności maseczek, zbywali stwierdzeniem, że „minister, WHO i CDC nie widzą potrzeby”. Było tak również w placówkach, w których doszło do masowych zakażeń. O ile wzrosła liczba bezobjawowych i niezdiagnozowanych roznosicieli wirusa, którzy zakazili się w niedostatecznie wyposażonych w środki ochrony lecznicach – tego się nie dowiemy.