Problemem w upowszechnieniu testów jest brak diagnostów, maseczek i kombinezonów ale też tzw. wymazówek, czyli sprzętu do pobierania próbek z gardła czy nosa.

W resorcie zdrowia działa zespół, który szuka sposobu na przeprowadzanie większej liczby testów. Problemem nie jest brak pieniędzy. Nie brakuje również samych testów – jak zapewnia rząd jest ich obecnie 150 tys. Kolejne 800 tys. zamówiono. Problemem jest to, gdzie i jak oraz przez kogo mogą być one analizowane.

– Sami sobie skomplikowaliśmy sytuację, wyprowadzając laboratoria ze szpitali i stawiając na outsourcing – mówi nam jeden z pracowników z kancelarii premiera. Potwierdza to prof. Waleria Hryniewicz, była konsultant krajowa w dziedzinie mikrobiologii, która wielokrotnie apelowała o zmiany. Szpitale są zdane na zewnętrzne pracownie, które nie zawsze są dobrze wyposażone bo nie stać ich na utrzymanie zaawansowanych maszyn.

Teoretycznie bazę w testowaniu na koronawirusa powinny stanowić państwowe laboratoria sanepidu. – Szkoda tylko, że nikt wcześniej nie zadbał o ich wyposażenie – mówi jeden z inspektorów sanepidu. Wiele z nich, jak tłumaczy, okres świetności przeżywało kilkanaście lat temu. Poza tym brakuje tam pracowników. – Są bardzo słabo wynagradzani, wielu jest na zwolnieniach, mamy problemy z szukaniem osób w zastępstwie. Ostatnio rozmawialiśmy z technikami weterynarii – dodaje.

Pracownicy od lat prowadzili strajki, apelując o podwyżki. Nie była też znowelizowana ustawa o medycynie laboratoryjnej, która dopasowałaby i umożliwiła sprawniejszą pracę diagnostów.

Ministerstwo zaczęło poszerzać listę laboratoriów uprawnionych do wykonywania testów o niepubliczne placówki. Obecnie zgodnie z listą opublikowaną przez MZ zajmuje się tym 49 laboratoriów. Znajdują się wśród nich te należące do szpitali zakaźnych, specjalistycznych, instytutów i centrów genetyki, uniwersytetów medycznych oraz ogólnopolskich sieci laboratoriów diagnostycznych takich jak ALAB czy Diagnostyka. Jak wynika z informacji DGP, dołączane będą w najbliższym czasie również stacje krwiodawstwa.

Zdaniem diagnostów nie wszystkie placówki z tej listy się do tego nadają. Przede wszystkim ze względu na sprzęt. W efekcie ryzyko pomyłki jest wysokie. Dlatego istotne jest, by z listy pozbyć się tych mniej wiarygodnych. Jak mówi dr n. farm. Monika Jabłonowska, konsultant wojewódzki ds. diagnostyki laboratoryjnej eksperci przystąpili do weryfikacji spisu i stworzenia kryteriów, które będą podstawą do włączania na niego placówek (tym samym powstanie podstawa do usunięcia z listy tych niespełniających podstawowych warunków). Nieoficjalnie mówi się, że największe zastrzeżenia są zgłaszane do laboratoriów należących do wojewódzkich stacji sanitarno-epidemiologicznych. Na liście są bowiem takie, które dziennie nie robią nawet 100 testów. Do tego zatrudnieni w nich pracownicy nie mają doświadczenia potrzebnego przy wykrywaniu koronawirusa, czyli przy robieniu testów genetycznych.

Ale nawet tam, gdzie doświadczenie jest pojawia się inny kłopot. – Mamy odpowiednie zaplecze laboratoryjne w sumie możemy wykonać nawet do 2 tys. badań dziennie. W przyszłości ta skala może być jeszcze większa. Przed nami jednak wyzwanie, to ile fizycznie będziemy mogli zrobić, to zależy od tego czy będziemy mogli wyposażyć naszych pracowników w odpowiednie środki ochrony osobistej. Ich dostępność jest obecnie ograniczona – mówi Katarzyna Goch z Invicta, która od 20 lat prowadzi pełno profilowe Medyczne Laboratoria Diagnostyczne, a od 15 lat także laboratorium genetyczne. Teraz dołączyło do ośrodków wykonujących badania na koronwirusa.

Jest także problem z tzw. wymazówkami. – Najlepszym materiałem do badań jest materiał z nosa. Ale pobiera się go specjalnym sprzętem. Tego brakuje. Więc więcej jest z gardła, które są mniej wiarygodne. Ten jednak powinien być nie z migdałków, tylko głębiej. Może być kłopot czy wszyscy wiedzą, jak to robić – mówi prof. Hryniewicz.

Brakuje też osób, które miałyby pobierać wymaz. Jak się dowiedzieliśmy, MZ analizuje możliwość zaangażowania chętnych opiekunów medycznych oraz studentów kierunków medycznych do pobierania wymazów celem wykonania testów na obecność koronawirusa. W szczególności wobec osób przebywających na kwarantannie. Jak informuje nas MZ, decyzje w tej kwestii nie zapadły.

Laboratoria wskazują, że nęka je jeszcze jedna choroba systemu: biurokracja. – Diagności niemal tyle samo czasu spędzają na wypełnianiu dokumentów, co na wykonywaniu testów. Wyniki pracy trzeba raportować do kilku urzędów – zaznacza dr n. farm. Monika Jabłonowska.

Szwankuje też organizacja. Andrzej Zapaśnik z Porozumienia Zielonogórskiego przyznaje, że przede wszystkim jest duży chaos informacyjny. – Pacjenci, którzy dzwonią do sanepidu, często są błędnie odsyłani po skierowanie do lekarza POZ. A ten nie ma takich kompetencji. Pacjent zgłasza się sam do miejsca, gdzie wymazy są pobierane, ewentualnie on lub np. lekarz POZ wzywa ekipę wyjazdową w domu. Kłopotem jest też to, że często nie ma dostępnej i aktualizowanej informacji, które szpitale takie testy wykonują.

W sobotę NFZ ogłosił, że będzie finansować badania wszystkich pracowników medycznych i pacjentów. Analizując jednak szczegóły, można wyczytać, że dotyczy to tylko szpitali, które mają… własne laboratoria. A tych jest niewiele. Reszta też może, ale jak nawiąże współpracę ze szpitalami, które takie laboratoria mają.