Zamiast rzucać do walki z epidemią studentów medycyny, warto szybciej nadać uprawnienia lekarzom ze Wschodu. Tylko co dla nich macie?
Magazyn. Okładka. 3.04.2020 / Dziennik Gazeta Prawna
Z powodu epidemii koronawirusa zawieszono prace nad nowelizacją ustawy o zawodzie lekarza, która ma wprowadzić ułatwienia w zatrudnianiu medyków spoza UE. A może właśnie teraz takie mechanizmy mogłyby okazać się przydatne?
Moim zdaniem rząd powinien teraz wyciągnąć rękę do lekarzy imigrantów i nadać im uprawnienia w trybie przyspieszonym. Warto zobaczyć, jak to robią np. Hiszpania, Włochy, Czechy czy Stany Zjednoczone. Za chwilę ich śladem pójdzie wiele innych krajów, coraz bardziej odczuwających brak lekarzy. Wielka Brytania powołuje do pracy wszystkich medyków z zawieszonym prawem wykonywania zawodu (PWZ) i emerytów. Zamiast rzucać do walki nieopierzonych studentów, warto pokazać lekarzom, którzy walczą z systemem o uznanie swoich kwalifikacji, że są tu mile widziani i ich pomoc jest potrzebna. Większość z nich to specjaliści z wieloletnim doświadczeniem.
Reklama
Ewgenij Mozgunow dr n. med., specjalista anestezjologii i intensywnej terapii, koordynator krajowy oraz konsultant naukowy organizacji pozarządowej „Niezależna społeczność rosyjskojęzycznych lekarzy na świecie” fot. Materiały prasowe / DGP

Reklama
Ilu może być takich lekarzy?
Można wstępnie oszacować, że obecnie w Polsce przebywa około tysiąca lekarzy w trakcie przygotowań do nostryfikacji oraz ok. 300–500 już po nostryfikacji, ale przed egzaminem językowym w Naczelnej Izbie Lekarskiej (NIL) albo w trakcie stażu podyplomowego. Do tego jest ok. 1,5–2 tys. osób z czynnym prawem wykonywania zawodu i specjalizacją zrobioną poza granicami Polski, którzy nie składali wniosków o uznanie specjalizacji do Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego (CMKP), ale mają doświadczenie w pracy jako specjaliści w kraju ojczystym.
Zapowiedziane ułatwienia bardzo niepokoją polskie środowisko lekarskie. Skąd się pana zdaniem biorą te obawy?
Trudno powiedzieć. Na pewno jest lęk, że obcokrajowcy z mniej zamożnych krajów zgodzą się pracować za niższe stawki. Ale w Polsce brakuje ok. 68 tys. lekarzy, a obecnie uprawnienia po nostryfikacji dyplomów uzyskuje 150–300 osób rocznie. Nawet gdyby ta liczba zwiększyła się dziesięciokrotnie – w co nie wierzę – będzie to razem 1,5 tys. osób. Deficyt dzięki temu wyrównałby się dopiero po 40 latach, więc nadal to przede wszystkim polscy medycy będą dyktować warunki. Inne kraje podobnych obaw nie mają. Wiele państw stara się wręcz przyciągnąć do siebie lekarzy z zagranicy. My się obudziliśmy dość późno i jesteśmy daleko w tyle. W Polsce odsetek lekarzy z dyplomem zagranicznej uczelni jest bardzo niski – to zaledwie 1,8 proc. liczby medyków z czynnym PWZ, czyli ponad 2,5 tys. osób. Tymczasem średnia unijna to 10 proc., a w krajach OECD – 16,9 proc. Znacznie wyższe odsetki mają kraje anglosaskie: Kanada – 24 proc., USA – 25 proc., Wielka Brytania – 27 proc., Australia – 32 proc., Irlandia – 39 proc., Nowa Zelandia – 42 proc., a w Izraelu to aż 58 proc.
Polska nie jest atrakcyjnym kierunkiem?
Polscy decydenci wyobrażają sobie, że lekarze ze Wschodu marzą, by tu przyjechać, a tak nie jest. Przede wszystkim w krajach poradzieckich medycy, którzy myślą o emigracji, wcale nie są dużą grupą. Z Polski wyjechało ok. 15 proc. lekarzy, a ze Wschodu nie więcej niż 2 proc. Ale polscy specjaliści mogą ze swoim dyplomem pracować w każdym kraju UE, ci z krajów byłego ZSRR nie mają takich możliwości. Poza tym poziom zarobków lekarzy specjalistów w Rosji to w tej chwili ok. 80 tys. rubli miesięcznie, czyli ok. 5 tys. zł. W Polsce, dopóki nie nostryfikują dyplomu, nie mają szans na porównywalne kwoty. A nostryfikacja to długi i kosztowny proces. Do tego dochodzi słaba znajomość języków obcych, co też wpływa na decyzję o wyjeździe. Kierunki emigracji też wyglądają zupełnie inaczej, niż my tu sobie wyobrażamy – większość z tych, którzy chcą wyjechać, myśli głównie o krajach anglosaskich. Na drugim miejscu są kraje Europy Zachodniej: Niemcy, Skandynawia, Hiszpania, a w dalszej kolejności Czechy. Na Białorusi ostatnio popularnością cieszą się kraje arabskie – np. Arabia Saudyjska, co wiąże się z łatwością uznania dyplomu, zarobkami na poziomie 10 tys. dol. miesięcznie, brakiem opodatkowania. Ukraina też raczej jest nastawiona na ucieczkę do krajów anglosaskich i Niemiec. Jeśli chodzi o liczebność lekarzy z terenów byłego ZSRR, Polska jest dopiero na czwartym miejscu – przyjechało tu 1640 osób; większość wybiera Izrael (7820), Stany Zjednoczone (6021), Niemcy (4675).
Dlaczego tak się dzieje? Problemy proceduralne czy brak otwartości?
Przede wszystkim zarobki. Poza tym uważa się, że w tamtych krajach zawód lekarza ma większy prestiż. Niestety Polska w żaden sposób się nie promuje jako potencjalny kierunek emigracji. Odwrotnie niż Czechy, Hiszpania, Portugalia, Niemcy, kraje skandynawskie. W Rosji bardzo trudno znaleźć oferty nauki języka polskiego, nawet w większych miastach. Ja pochodzę z Czelabińska, to siódme miasto w Rosji, liczące 1,1 mln mieszkańców. Można tam się nauczyć czeskiego, hiszpańskiego, portugalskiego, ale polskiego nie. Na całą Rosję, czyli 140 mln ludzi, są tylko cztery konsulaty RP. Żeby przyciągnąć lekarzy, Polska musiałaby popracować nad wizerunkiem, który jest obecnie mało zachęcający. Nie ma też programów adaptacyjnych dla lekarzy, które są np. w Czechach, w Niemczech, państwach skandynawskich czy w Izraelu. Tam na starcie oferuje się im kurs nauki języka, staż adaptacyjny, stypendium, dofinansowanie programów nostryfikacji dyplomu. Do tego dochodzi kwestia ksenofobii, nie można o tym zapominać, to istotny problem. Zawsze gdy poruszamy temat emigracji lekarskiej do Polski, pojawiają się pytania, czy nas tam szanują, czy nie będziemy tam gorzej traktowani, czy spotkają tam nas jakieś nieprzyjemności?
Pan tego doświadczył?
W pracy nie.
Na korzyść Polski nie przemawia to, że jest blisko?
Ale dla kogo blisko? Dla Ukraińców i Białorusinów – a oni, jak już mówiłem, wcale o Polsce nie marzą. Większość krajów postsowieckich leży daleko od Warszawy. Poza tym, jeśli ludzie rozważają wyjazd stamtąd, myślą: gdziekolwiek, byle nie do Europy Wschodniej. Polska jest tam postrzegana jako część bloku postkomunistycznego. Wiele osób w krajach poradzieckich nie jest świadomych, że należy ona do UE. Nie ma też dla lekarzy ułatwień dotyczących legalizacji pobytu, z których mogą korzystać inni pracownicy z wysokimi kwalifikacjami. To przekłada się na duże straty czasu, środków i stres. Legalizacja pobytu i załatwianie zezwolenia na pracę lub staż podyplomowy (już po zdaniu egzaminu nostryfikacyjnego), to dla lekarza obcokrajowca droga przez mękę. Trzeba uzyskać mnóstwo dokumentów i pozwoleń, poczynając od wizy, przez m.in. kartę czasowego pobytu, zgodę Ministerstwa Zdrowia, zaświadczenie z urzędu wojewódzkiego, oświadczenie pracodawcy o powierzeniu pracy cudzoziemcowi itd. Na to nakładają się terminy postępowań kwalifikacyjnych na staż czy rezydenturę, konieczność przedłużania pozwoleń. Również po nostryfikacji, stażu i wyrobieniu PWZ brak jest możliwości otwarcia praktyki lekarskiej dla cudzoziemców na pobycie tymczasowym. Tymczasem praktyka lekarska, na podstawie której ma zatrudnienie większość polskich medyków, daje szansę negocjacji konkurencyjnych warunków płacowych.
Czemu w takim razie wybrał pan Polskę?
Moja żona ma polskie korzenie, przyjechaliśmy na podstawie programu repatriacji sześć lat temu. Zwykle musi być jakiś konkretny powód, który przemawia za Polską – właśnie polskie pochodzenie, Karta Polaka, krewni albo obiecane miejsce pracy.
Czy ułatwienia, które wprowadzić ma nowa ustawa o zawodzie lekarza, zmienią nastawienie medyków ze Wschodu? Bo nie ukrywajmy, to do nich w głównej mierze są kierowane.
Moim zdaniem nie ma tam nic, co odwróci obecną sytuację. Tym bardziej że w wyścigu o lekarzy ze Wschodu wyprzedziły Polskę wszystkie kraje UE. Proponowany w ustawie system „pracy warunkowej” przed uzyskaniem pełnych uprawnień został zapożyczony z Europy Zachodniej, ale tam lekarze imigranci na starcie mają dużo większe zarobki i pakiety ułatwień, czego Polska na razie w ogóle nie proponuje. Przykładowo w Niemczech lekarzom przed nostryfikacją umożliwia się pracę na stażach, gdzie mogą zarobić 1,5–2 tys. euro. Tam ograniczone PWZ po określonym czasie przekształca się w stałe, papiery zostają uznane automatycznie albo po rozmowie kwalifikacyjnej w izbie lekarskiej, bez dodatkowego egzaminu. To przekłada się na statystki: Niemcy mają 12 proc. lekarzy z zagranicznym dyplomem.
Co jest wadą modelu, który zamierzamy wprowadzić?
To będzie jak pańszczyzna, wykorzystywanie ludzi. Damy lekarzowi ze Wschodu ograniczone prawo wykonywania zawodu w konkretnej placówce. W większości będą to szpitale powiatowe, które już teraz są w złej sytuacji finansowej, więc będą proponować minimalne stawki. Człowiek zostanie zamknięty w tym szpitaliku, nie będzie miał możliwości wyboru innej placówki w razie jakiegoś konfliktu czy innych problemów. Poza tym nie będzie miał czasu, żeby się przygotować do nostryfikacji, bo z powodu niższych zarobków będzie musiał brać wiele dyżurów. Po tych pięciu latach zostanie wyrzucony na bruk, zmuszony wrócić do swojego kraju. To ograniczone prawo wykonywania zawodu w żaden sposób nie przełoży się na stałe uprawnienia. Nie jestem pewien, czy będzie cieszyło się zainteresowaniem.
Oprócz tego ustawa ma wprowadzić dodatkowy egzamin – lekarski egzamin weryfikacyjny (LEW). Pana zdaniem jest potrzebny?
To rozwiązanie oceniam pozytywnie. Będzie to dodatkowa opcja, oprócz istniejącej nostryfikacji.
No właśnie – skoro jest nostryfikacja, to po co LEW?
Pojawi się jeszcze jeden ośrodek, w którym można uzyskać uprawnienia, bo egzamin ma przeprowadzać CMKP. Będzie on ujednolicony, a opłata za LEW będzie mniej więcej pięciokrotnie niższa niż za najtańszą nostryfikację. Dziś każda placówka, która prowadzi egzaminy nostryfikacyjne, ma własne kryteria oraz sposób sprawdzania wiedzy – test, rozmowa przed komisją albo cały cykl egzaminów. Zróżnicowane są też opłaty – od 2,7 tys. zł w Białymstoku, przez 4 tys. zł na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, po 20 tys. zł w Gdańsku. Dla dentystów we Wrocławiu koszt tego procesu to prawie 60 tys. zł. Liczę, że LEW wytępi nieuczciwe praktyki niektórych placówek, bo teraz z 15 uprawnionych do prowadzenia nostryfikacji jednostek więcej niż połowa ma zerową skuteczność. Najgorsze wyniki mają np. wydział lekarski Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Zabrzu, Lublin, Łódź – zdawalność wynosi od kilku do 10 proc.; w Warszawie, Białymstoku, Krakowie, Katowicach – 40–46 proc., w Bydgoszczy i Szczecinie – 54–59 proc. Nie zgadzam się z opiniami, że lekarski egzamin weryfikacyjny będzie zbyt łatwy i nie będzie w wystarczający sposób sprawdzał wiedzy i umiejętności. Pod względem trudności i wymagań ma być taki jak ten, który przechodzą nostryfikanci.
Jak obecnie wygląda nostryfikacja dyplomu w Polsce?
W tej chwili większość lekarzy uzyskuje ją w Białymstoku, bo tam jest najtaniej. Zdaje się egzamin testowy z całej medycyny, bez rozróżnienia na kraje, w których odbywały się studia. Wcześniej trzeba oczywiście zebrać i przetłumaczyć wymagane dokumenty – to też koszt kilku tysięcy złotych. Niekiedy ten proces trwa kilka lat, bo są placówki, które przeprowadzają cykl egzaminów co kilka miesięcy. A przed nostryfikacją nie można pracować w zawodzie, więc nie jest to łatwe do przeprowadzenia.
Mówi się, że problemem są nie tylko procedury, lecz także to, że doświadczony lekarz musi startować niemal od zera.
To jest droga krzyżowa. Ja po 10 latach stażu w zawodzie znalazłem się znowu na poziomie absolwenta.
Jak ten proces przebiegał u pana?
Miałem trzy próby nostryfikacji, dwa razy oblałem. Tak jak wszyscy musiałem odbyć staż. Choć w moim przypadku poszło bardzo szybko. Straciłem ok. 18 miesięcy – od początku procesu nostryfikacji do uznania przez CMKP mojej specjalizacji. Nostryfikowałem również doktorat – to była odrębna procedura, która też pochłonęła około sześć miesięcy. Wyliczyłem, że wszystko – egzaminy, poświadczenia notarialne, tłumaczenia itp. – kosztowało ok. 20 tys. zł. Najwięcej trudu wiązało się z uznaniem specjalizacji. Teczka, którą wysłałem do Ministerstwa Zdrowia, ważyła ponad kilogram – ponad 300 stron plus tłumaczenia przysięgłe. Ale dla mnie najważniejszy atut Polski to właśnie uznanie specjalizacji.
Jak to wygląda?
Trzeba zebrać wszystkie dowody, że specjalizacja się odbywała, w jakim trybie, jakie jest doświadczenie zawodowe po jej uzyskaniu. Oprócz tego mile widziane są opinie polskich konsultantów w danej specjalności, przełożonych – ordynatorów, dyrektorów ds. medycznych. Jeśli to wszystko jest, istnieje duże prawdopodobieństwo, że specjalizacja zostanie uznana. Ale w ciągu ostatnich 15 lat dokonało tego 200 lekarzy emigrantów w skali kraju, a więc zaledwie co dziesiąty.
Dlaczego? Czy to takie trudne?
Nie, po prostu większość lekarzy imigrantów o tym nie wie. Generalnie z informacjami dla tej grupy jest problem. Ani ministerstwo, ani izby lekarskie nie stworzyły komórki, która w jakikolwiek sposób pomagałaby w procesie nostryfikacji, choćby poprzez zebranie w jednym miejscu informacji o tym procesie. A jest to długie 12-etapowe postępowanie. Opracowania, które mamy, stworzyliśmy sami, jako lekarze spoza Polski. Wszystkiego trzeba szukać na własną rękę. Dlatego wielu, nawet jeśli miałoby możliwość, nie wnioskuje o uznanie specjalizacji. A taka ścieżka, która jest w Polsce, to ewenement w skali UE.
W innych krajach jej nie ma?
Podobne tryby istnieją, ale są mniej skuteczne. W Polsce skuteczność osiąga ok. 80 proc. lekarzy, którzy dotrą do tego etapu. W Wielkiej Brytanii postępowanie jest bardziej złożone, a skuteczność to ok. 40–50 proc., są też rozbudowane wymogi biurokratyczne, np. określa się, że liczba stron w takim wniosku powinna liczyć nie mniej niż tysiąc. W Czechach można co najwyżej skrócić o trzy lata czas szkolenia specjalizacyjnego, jeśli odbyło się je w innym kraju. Podobne mechanizmy istnieją w Rumunii, Bułgarii, we Włoszech. W USA trzeba robić specjalizację od nowa, podobnie jest w innych krajach anglosaskich. Polski tryb oszczędza lekarzowi około sześciu lat. To wielki atut, o którym się w ogóle nie mówi, o którym nikt za granicą nie wie.
Czy ten atut mógłby przyciągnąć lekarzy ze Wschodu do Polski?
Oczywiście. Gdyby lekarz z kilkunastoletnim doświadczeniem miał do wyboru przyjazd do Niemiec i robienie ponownie specjalizacji albo przyjazd do Polski i zaoszczędzenie sześciu lat, na pewno wybrałby tę drugą opcję. Bo co z tego, że nostryfikację można uzyskać w kilka miesięcy, jak potem trzeba przez kilka lat od nowa robić specjalizację? Jeśli byłby zespół przy ministrze zdrowia, który chciałby promować Polskę jako cel emigracji dla lekarzy, to ten atut powinien wymieniać jako najważniejszy.