Brak ubrań ochronnych dla lekarzy POZ to problem równie wielki jak w szpitalach. Wystarczy kontakt z jednym zakażonym pacjentem, a cała przychodnia powinna zamknąć się na kwarantannę
Do niepublicznej przychodni w Warszawie trafia pacjent. Rocznik 1946. W gabinecie podczas badania okazuje się, że przyjechał z miejscowości, gdzie w ostatnich dniach przybywało lawinowo osób zakażonych koronawirusem, a tamtejszy szpital musiał ewakuować leczonych. Mężczyzna ma gorączkę, kaszel, szmery w płucach. Badająca go lekarka postanawia wezwać karetkę. – Tym bardziej że mężczyzna deklarował problemy z sercem, co powodowało, że był w gronie osób szczególnie zagrożonych – opowiada, prosząc o anonimowość. W tym konkretnym przypadku zaważyła też informacja, że pacjent miał kontakt z sąsiadami, którzy niedawno wrócili z Niemiec.
Jacek Krajewski, szef Porozumienia Zielonogórskiego, przypomina, że dziś zagrożeniem są nie tylko pacjenci, który wrócili z zagranicy. Zakażamy się już między sobą. Dlatego teraz wdrażany jest trzeci schemat postępowania dla POZ, który mówi, że pacjent z kaszlem, gorączką i wywiadem epidemicznym, z którego wynika, że mógł mieć kontakt z zakażonym (lub osobą diagnozowaną) powinien automatycznie być kierowany do miejsca izolacji.
Wróćmy do pacjenta z POZ. Gdy czeka na badanie, w przychodni przebywa ok. 20 osób. To pacjenci, lekarze, pielęgniarki, pracownice rejestracji. Gabinety są zaopatrzone w jednorazowe rękawiczki, ale maseczki są tu towarem deficytowym. Podobnie fartuchy. Te wydawane są w wyjątkowych okolicznościach, bo dyrekcja przychodni, mimo starań, nie jest w stanie zaopatrzyć się w dostateczną ilość środków ochrony bezpośredniej. Lekarka zarządza wydanie maseczek pacjentowi, jego żonie, która przyjechała z nim na badanie. Ona również ją zakłada. Gorzej idzie zakładanie fartucha. – Pierwszy niechcący podarłam, gdy w nerwach starałam się w niego jak najszybciej ubrać – mówi.
Reklama
Jacek Krajewski rozumie te emocje. – Brak odzieży ochronnej to dramat nie tylko Polski. Szczególnie lekarze POZ muszą się odgradzać, ograniczać kontakty. Bo wystarczy jeden potwierdzony przypadek, a cała placówka zostaje wyłączona – mówi. – Co wówczas będzie z ludźmi z chorobą wieńcową, układu ruchu, cukrzykami? Bez wzmożonej ostrożności mogą mieć niebawem kłopoty z dostaniem się do lekarzy, którzy będą w kwarantannie.
Karetka ze szpitala MSWiA przy ul. Wołoskiej w Warszawie przyjeżdża po kilkunastu minutach. Ratownicy w kombinezonach zabierają pacjenta na SOR. Zamykająca za nimi drzwi rejestratorka pyta, co oni tu, na miejscu, powinni teraz robić? Nie opuszczać budynku do czasu decyzji sanepidu – słyszy w odpowiedzi.

Reklama
– Faktycznie, decyzję o kwarantannie podejmuje sanepid – mówi Bożena Janicka, szefowa Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia. Jednocześnie podkreśla, że nie ma jednej strony internetowej czy infolinii, gdzie lekarze dostaliby komplet wiedzy. Dlatego radzi: zamknijcie przychodnie POZ na klucz. Nie wpuszczajcie do siebie nikogo poza absolutnie koniecznymi sytuacjami. Porad udzielajcie przez telefon.
W przychodni dzwonią do stacji sanitarno-epidemiologicznej, by zgłosić sytuację i dostać wytyczne. Telefon jest zajęty przez godzinę, dwie. Z kolei na infolinii NFZ 800 190 590 podają numer stacji i koło się zamyka. – Uzyskanie tam informacji graniczy z cudem – przyznaje Janicka.
– Osoby pracujące w stacjach powiatowych stają na głowie, by ogarniać sytuację. Ale jedna stacja na całe miasto to za mało – mówi dr hab. Iwona Paradowska-Stankiewicz, krajowa konsultant w dziedzinie epidemiologii. Nam też – mimo wielokrotnych prób – nie udało się dodzwonić do sanepidu.
Mijają kolejne godziny. – Zdecydowaliśmy, że tworzymy listę obecnych i wysyłamy ją do sanepidu. Ci, którzy mieli z pacjentem bliski kontakt, wracają ubrani w maski i rękawiczki do domów – mówi lekarka.
W następnych dniach liczyła na kontakt ze szpitala lub sanepidu. Z informacją, co się dzieje z pacjentem. Niestety. W końcu udało jej się ustalić, że po kilku godzinach na izbie przyjęć pacjent wrócił do domu. – Jak to się stało, że nie zrobiono mu testu? – nie kryje dziś oburzenia lekarka.
– W obliczu braku testów robi się rozróżnienie. Jeśli ktoś ma kryteria kliniczne, ale nie epidemiologiczne (czyli mówi, że nie miał kontaktu bezpośredniego), szpital odsyła go do domu z zaleceniem obserwacji i kwarantanny – tłumaczy Krajewski. Ów kontakt bezpośredni oznacza metr od osoby zakażonej lub 15 minut w odległości poniżej dwóch metrów. I być może tak właśnie było w tym przypadku. – Pytanie tylko, czy zawsze pacjenci mówią nam cała prawdę?
– Test nie został wykonany? Dla przychodni to duży kłopot – ocenia Janicka. Skoro pacjent jest niepewny, niepewna jest też sytuacja personelu i pacjentów. – Idealnie, gdyby placówka zawiesiła swoją działalność, a po 7–10 dniach wykonano u jej pracowników test. To olbrzymie utrudnienie, którego by nie było, gdyby pacjent przeszedł badania.
Krajowa konsultant w dziedzinie epidemiologii przyznaje, że o ile z już zakażonymi potrafimy postępować, o tyle sprawą wymagająca pilnej naprawy jest dbanie, by osoby podejrzane wyłapywać i diagnozować. – Jeśli je przeoczymy, będą zakażać dalej. Dlatego każda wątpliwość powinna zostać rozwiana – mówi.
Przekonał się o tym Adam Komar, który trafił kilka dni temu do Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego im. J. Gromkowskiego we Wrocławiu. – Powiedziałem, że mam gorączkę podchodzącą pod 40 stopni, której nie mogę zbić, do tego silny ból głowy, duszący kaszel. Zrobiono mi test pod kątem koronawirusa. Usłyszałem, że mam wracać do domu i w kwarantannie czekać na wyniki. Miały być najpóźniej po dwóch dniach – opowiada. Gdy termin minął, a odpowiedzi nie było, zaczął sam wydzwaniać. W końcu udało się ustalić, że wynik jest negatywny. – Znajoma lekarka powiedziała, że mam szczęście, bo niektórzy czekają na wyniki ponad 8 dni. I jak to ma się do informacji, że badania prowadzone są na bieżąco, a rezultaty są dostępne po kilkudziesięciu godzinach? – pyta.
Tymczasem szefowa warszawskiej przychodni uznała, że następnego dnia wszyscy mogą przyjść do pracy. Część lekarzy zaprotestowała. Mają żal, że dniach narastającego zagrożenia nikt nie przeprowadził z nimi szkolenia odnośnie do wewnętrznych procedur. Zmieniło się tylko to, że każdy wchodzący ma mierzoną temperaturę. – To żaden wykładnik. Chorzy mogą ją mieć, ale już nie nosiciele wirusa – ocenia szefowa Porozumienia Pracodawców. Problemem jest to, że poradnie podstawowej opieki zdrowotnej nie mają izolatek, środków ochrony osobistej, sprzętu. Zatem nie są w stanie spełnić zaleceń MZ i GIS.