Cztery lata temu podsumowując kadencję Platformy Obywatelskiej napisałam, że Polska spadła w tym czasie we wszystkich możliwych rankingach. Cztery lata rządów Prawa i Sprawiedliwości jeszcze pogorszyło ten stan. A opinia, że wynika to ze spuścizny poprzedników jest tylko częściowo prawdziwa.
Reklama

Jednym ze wskaźników, które wówczas opisywałam był Euro Health Consumer Index (EHCI) czyli Europejski Konsumencki Indeks Zdrowia. EHCI jest corocznym zestawieniem, w którym systemy ochrony zdrowia państw europejskich porównywane są – z punktu widzenia pacjenta – w takich obszarach jak: prawo i informowanie pacjentów, dostępność, wyniki leczenia, zasięg gwarantowanych świadczeń, prewencja oraz leczenie farmaceutyczne.

Cztery lata temu w tym zestawieniu Polska znajdowała się na 31. miejscu (z 36.). Dane za 2018 roku pokazują spadek o jedno miejsce. Obecnie znajdujemy się więc na 32. (z 35.), a za nami znalazły się tylko Węgry, Rumunia i Albania. Przez cztery lata to, co nie udało się Polsce udało się Litwie, Serbii, Czarnogórze oraz Bośni i Hercegowinie – wszystkie te kraje cztery lata temu znajdowały się w zestawieniu EHCI za nami, dziś – przed nami. Już cztery lata temu autorzy raportu, firma Health Consumer Powerhouse, zwracała uwagę, że od wielu lat dziwi ich brak skupienia polskiej polityki na opiece zdrowotnej i ewidentna bezradność w kwestii poprawy fatalnych warunków. Według nich tak zła sytuacja ochrony zdrowia w Polsce nie może być tłumaczona kryzysem gospodarczym w Europie, ani poziomem zamożności, bo np. Estonia, Łotwa czy Czechy radzą sobie w tym zakresie bardzo dobrze.

Najgorzej Polska wypada w „zakres i zasięg świadczonych usług”. Na osiem ocenianych wskaźników tylko jeden został oceniony pozytywnie. Jest to dostęp do publicznej opieki stomatologicznej, przy czym nie jest oceniana jej jakość tylko to czy po prostu jest. Co ciekawe negatywnie zostałaoceniona także procedura leczenia zaćmy, która faktycznie jako jedna z nielicznych została faktycznie zreformowana, a dostępność do jej leczenia jest oceniana pozytywnie przez zdecydowaną większość ekspertów. To, co zwraca uwagę w najnowszej wersji rankingu to leczenie onkologiczne. Umieralność pacjentów onkologicznych w Polsce jest (poza Rumunią) najgorsza w Europie.

Można to tłumaczyć dostępnością, a raczej jej brakiem do najnowszych terapii lekowych zalecanych przez Europejskie Towarzystwo Onkologii Klinicznej. Jak wynika z Oncoindexu, czyli monitoringu dostępności leczenia prowadzonego przez Fundacje Alivia zaledwie 18 proc. zalecanych nowoczesnych terapii do leczenia guzów litych i chorób hematoonkologicznych jest w Polsce w pełni refundowanych. 46 proc. jest w ogóle nierefundowanych, a 36 proc. jest dostępne z ograniczeniami, które nie maja podstaw medycznych i wynikają wyłącznie z limitów budżetowych. Tymczasem, jak uważa Fundacja Alivia, Polskę dotyka onkologiczne tsunami. Co roku przybywa w Polsce 160 tys. nowych chorych, a w latach 1999-2014 zachorowalność na choroby nowotworowe wzrosła o 42 proc. W tym samym czasie liczba zgonów z powodu nowotworów wyniosła 1,6 mln. To tak jakby zniknęły w tym czasie Poznań, Szczecin i Łódź. Zachoruje co czwarty obywatel, jeden na pięciu umrze.

Efekt? Pierwszy raz od 1990 zmalała średnia oczekiwana długość życia Polaków: dziewczynki, które urodziły się w 2018 będą żyły średnio 77,9 lat, a chłopcy 73,9; urodzone w 2017 roku odpowiednio 78 i 73,9 lat. Jednak największą różnicę widać wśród seniorów. Kobiety, które w 2018 roku skończyły 65 lat będą żyły średnio 20,2 lat, a mężczyźni 15,9 podczas gdy ubiegłoroczne prognozy wskazywały na odpowiednio 20,5 lat i 16 lat. Rośnie także współczynnik pokazujący, ilu pacjentów nie zmarłoby, gdyby mieli dostęp do lepszego i terminowego leczenia. Z danych OECD wynika, że na skutek niewydolnej ochrony zdrowia w Polsce co roku niepotrzebnie umiera 169 osób na 100 tys. mieszkańców (czyli w sumie 16 tys.). Średnia unijna to 127 pacjentów, a w najlepszej w zestawieniu Szwajcarii – 75.

Tradycyjnie w ciągu ostatnich czterech lat wydłużyły się kolejki do lekarzy specjalistów. W czasie rządów Prawa i Sprawiedliwość pobiły one dwa rekordy: najpierw w 2017 roku po raz pierwszy w historii średni czas oczekiwania na wizytę u specjalisty przekroczył trzy miesiące (3,1) a rok później po raz pierwszy w historii jednorazowo pomiędzy kolejnymi edycjami badania wzrósł o pół roku. Efekt jest taki, że na przełomie 2018 i 2019 roku średnio na wizytę u lekarza specjalisty czekaliśmy 3,8 miesiąca.

Na koniec rządów PiS Polacy najdłużej czekają w kolejce do endokrynologa – 11,6 miesiąca. Powyżej pół roku na wizytę czekamy jeszcze u immunologa, angiologa, chirurga plastycznego, reumatologa, neurochirurga, kardiologa dziecięcego, stomatologia i traumatologa narządów ruchu. Poniżej miesiąca czekamy na wizytę tylko u radiologa onkologicznego, neonatologa i specjalisty chorób płuc. Wniosek? Jak pisze Fundacja Watch Health Care, która przeprowadza ten monitoring: „Wśród 43 dziedzin medycyny przebadanych przez firmę MAHTA nadal nie występuje w Polsce dziedzina medycyny, w której pacjenci nie napotykaliby istotnych ograniczeń w dostępie do teoretycznie „gwarantowanych” świadczeń zdrowotnych. Biorąc pod uwagę kryterium średniego czasu oczekiwania na świadczenia zdrowotne, należy jednoznacznie stwierdzić, że od 2012 roku – od kiedy Fundacja WHC rozpoczęła projekt monitorowania kolejek - płatnik publiczny nie zapewnia równego dostępu do świadczeń zdrowotnych dla wszystkich ubezpieczonych.”

To co rośnie to z roku na rok liczba lekarzy kończących studia. Z danych OECD wynika, że w 2017 roku na 100 000 mieszkańców medycynę ukończyło 11 lekarzy. Przełożyło się to lekki wzrost ogólnej liczby lekarzy na 100 000 mieszkańców, która w 2017 roku wyniosła 2,4. Wciąż jednak jest to najniższy wynik w Europie i jeden z najniższych spośród krajów OECD. Gorzej pod tym względem jest tylko w Korei Południowej i Turcji. Na efekty polityki PiS w zakresie zwiększania limitów przyjęć na studia lekarskie musimy jeszcze poczekać. W czasie ostatnich czterech lat udało się wyhamować liczbę zaświadczeń pobieranych przez lekarzy, które umożliwiają pracę za granicą. Dokładnych danych dotyczących liczby lekarzy, którzy wykonują swój zawód poza Polską nie ma. Z tych, które zbiera Naczelna Izba Lekarska wynika, że po boomie w 2016 roku kiedy, to zaświadczenia pobrała rekordowa liczba lekarzy (1065), w kolejnych latach udało się tę liczbę obniżyć do kolejno 889 i 753.

Remedium na bolączki służby zdrowia miało być wprowadzenie sieci szpitali. Działa ona od od 1 października 2017 roku. Tworzą ją 594 szpitale, w których w sumie jest ponad 145 tysięcy łóżek. Placówki zostały podzielone na kilka poziomów. Do poziomu szpitali I stopnia zakwalifikowano 283 placówki, a do szpitali II stopnia (realizujących bardziej skomplikowane świadczenia) - 96. Do szpitali III stopnia (wieloprofilowych szpitali specjalistycznych) - zakwalifikowano 62 placówki.

W sieci znajduje się także 20 szpitali onkologicznych, 30 pulmonologicznych, 13 pediatrycznych i 90 placówek ogólnopolskich (instytutów oraz szpitali klinicznych). Jej powstanie było motywowane głównie poprawieniem sytuacji finansowej szpitali. Tak się nie stało. Długi szpitali urosły w ciągu czterech lat do gigantycznych rozmiarów. Tylko w ciągu ostatniego roku wzrosły one o 600 mln zł. Jak wynika z ustaleń Najwyższej Izby Kontroli

Nowy system miał umożliwić elastyczniejsze gospodarowanie pieniędzmi, a w efekcie stopniowe wychodzenie z długów. Tymczasem proces zadłużania się badanych placówek, które już wcześniej miały problemy w większości przypadków jeszcze przyspieszył, pogorszyła się także sytuacja tych szpitali, którym w przeszłości wiodło się lepiej

Co więcej, rząd pełne dane na temat zadłużenia szpitali … ukrywa >>>>> .

W efekcie tylko przez pierwsze pół roku 2019 roku, jak dowiedzieliśmy się w Urzędach Wojewódzkich, w całej Polsce zlikwidowano blisko 7000 łóżek szpitalnych. Doliczmy do tego jeszcze kryzys lekowy >>>>, sytuację na SORach oraz problemy z liczeniem nakładów na służbę zdrowia >>>> i mamy pełny obraz służby zdrowia po czterech latach rządów Prawa i Sprawiedliwości.