Samorządy muszą dokładać coraz więcej do swoich lecznic. W ostatnich dwóch latach wartość straty, którą musiały pokryć organy tworzące, wzrosła przeszło dwukrotnie; w tym roku może być nawet trzy razy większa niż w 2017 r. Wiele placówek jest w stanie płacić pracownikom tylko dlatego, że coraz bardziej zadłuża się wobec dostawców.
To wnioski z raportu przygotowanego przez Związek Powiatów Polskich (ZPP) i Ogólnopolski Związek Pracodawców Szpitali Powiatowych (OZPSP). Jak pisaliśmy wczoraj, wynika z niego, że zwiększa się i liczba szpitali, które generują straty, i wartość ich zobowiązań.

Dług narasta

Reklama
Podczas wczorajszej konferencji, na której omawiano raport, zwracono uwagę, że długi wymagalne szpitali są coraz większym problemem dla tworzących ich samorządów. Z ok. 20 mln zł w 2017 r. ich wartość zwiększyła się do 57 mln zł w 2018 r. Na koniec pierwszego półrocza br. wynosiła ona już ok. 40 mln zł, co pozwala przypuszczać, że ten rok zakończy się na poziomie 80 mln zł. Dla napiętych budżetów powiatów to niebagatelna kwota.
Niepokojący jest fakt, że wśród zobowiązań wymagalnych pojawiły się nowe pozycje: zobowiązania z tytułu wynagrodzeń oraz m.in. podatków i ubezpieczeń społecznych. – To znaczy, że doszliśmy do granicy, kiedy przestajemy opłacać nasz najważniejszy zasób, czyli ludzi – mówi Dorota Gołąb-Bełtowicz, zastępca dyrektora ds. finansowych szpitala im. S. Żeromskiego w Krakowie.

Reklama
Z drugiej strony bardzo szybko rosną należności wobec dostawców – na koniec pierwszego półrocza br. osiągnęły one poziom prawie 180 mln zł. – To pokazuje, że płacimy pracownikom dzięki temu, że zadłużamy się wobec naszych kontrahentów. Utrzymujemy personel dzięki ich cierpliwości. To oni w tej chwili finansują bezpieczeństwo zdrowotne pacjentów – podkreśla Dorota Gołąb-Bełtowicz. Jej zdaniem, gdyby wierzyciele zażądali nagle od szpitali spłaty wszystkich zobowiązań, sektor szpitalny przestałby działać.

Znikają łóżka

Raport pokazał także, że zmniejsza się liczba miejsc w szpitalach. Podczas gdy w latach 2015–2018 utrzymywała się ona na dość stabilnym poziomie ok. 29 tys., w czerwcu br. było to już 26,5 tys. I na tym prawdopodobnie się nie skończy. Powód? Brak personelu, przede wszystkim pielęgniarskiego. – Wprowadzone w tym roku normy zatrudnienia pielęgniarek (ich liczba jest teraz uzależniona od liczby łóżek – red.) spowodowały, że nie radzimy sobie z uzupełnieniem braków, więc prawdopodobnie łóżka będą dalej likwidowane – przewiduje Dorota Gołąb-Bełtowicz.
Podkreśla przy tym, że w szpitalach, które są zobowiązane do 24-godzinnej gotowości, nie zawsze niezajęte łóżko jest pustym kosztem. Aby przyjąć na oddział pacjenta z SOR-u, trzeba mieć wolne miejsca.
Szpitale borykają się nie tylko z brakiem pielęgniarek. – Niedobór kadr medycznych spowodował, że mamy teraz rynek pracownika, a jednostkowy koszt zatrudnienia nieprawdopodobnie wzrósł – tłumaczy Andrzej Płonka, prezes ZPP. I przyznaje, że te braki, a także wzrosty wynagrodzeń, ustalane na poziomie Ministerstwa Zdrowia, to jedne z głównych przyczyn pogorszenia się sytuacji szpitali, nie tylko powiatowych. Zwraca uwagę, że w kategorii kosztów osobowych odnotowano w ostatnich dwóch latach 37-procentowy wzrost.
Waldemar Malinowski, prezes OZPSP, podkreśla, że nie tylko ryczałt, lecz także dodatkowe pieniądze, które w ciągu roku przekazuje szpitalom ministerstwo, nie starczają na pokrycie zobowiązań. W przypadku ostatnich środków, tzw. miliona plus dla szpitali, dyrektorzy otrzymali dyspozycje, by przeznaczyć je na podwyżki. Tymczasem, jak podkreśla Malinowski, koszty wynagrodzeń zawarte są w wycenie świadczeń, i to ona powinna zostać podniesiona, by wzrosły płace. – Jeśli minister chce przekazać pieniądze na podwyżki, niech to będzie osobny strumień – sprawiedliwie i jak należy. Obecnie wszystkie podwyżki realizowane są dzięki dyrektorom. Wymusza je niedobór kadr w każdej grupie zawodowej. A każda grupa jest ważna, szpital nie będzie funkcjonował, jeśli pracowników z którejkolwiek z nich zabraknie – przekonuje prezes OZPSP.
To ważna deklaracja w kontekście protestu fizjoterapeutów i diagnostów, który ma się rozpocząć 23 września. Nie zwiastuje to jednak poprawy sytuacji finansowej szpitali.