Groszowe odszkodowania, długie czekanie na postanowienie, liczne nieprawidłowości – NIK nie zostawiła suchej nitki na działaniu gremium.
Reklama
Komisje działające od 2011 r. miały dać pacjentom możliwość prostego i szybkiego, pozasądowego dochodzenia roszczeń, jeżeli zostali poszkodowani w trakcie leczenia szpitalnego. Głównym celem było stworzenie alternatywy dla długotrwałej i często bardzo uciążliwej drogi sądowej. Mechanizm działania miał być taki, że pacjent po wpłaceniu 200 zł składa wniosek, który jest rozpatrywany przez komisję – ta stwierdza, czy doszło do zdarzenie medycznego, a następnie na tej podstawie chory otrzymuje odszkodowanie od szpitala. Maksymalnie 300 tys. zł w przypadku śmierci bliskiej osoby, albo 100 tys. zł, jeżeli doszło do uszczerbku na zdrowiu u osoby składającej wniosek. Okazało się, że szpitale nie wypłacają żądanych kwot. Proponują śmiesznie niskie rekompensaty (zdarzały się nawet przypadki, że proponowały symboliczną złotówkę), a poszkodowany nie ma możliwości odwołania się.
W dodatku NIK dopatrzyła się wielu nieprawidłowości w działaniu samych komisji. Czas – to miał być jeden z głównych atutów komisji, które w ciągu do czterech miesięcy miały rozpatrywać wnioski i wydawać orzeczenia. To jednak rzadkość. Ponad połowa spraw rozpatrywanych w I instancji rozstrzygana była z opóźnieniem. W skrajnych przypadkach orzeczenia były wydawane po 22 miesiącach. Komisje nie pracowały szybciej, rozpatrując wnioski odwoławcze (pacjenci mogli ponownie złożyć wniosek, jeżeli nie zgadzali się z werdyktem) w II instancji. Na 142 skontrolowane sprawy 89 zakończono po ustawowym terminie 30 dni (najdłuższy czas wynosił 855 dni).
Tak decydowano o odszkodowaniach / Dziennik Gazeta Prawna
Powody były rożne. Po pierwsze, opieszałość – zasadą jest, że gdy do komisji wpływa wniosek, to jej przewodniczący weryfikuje go pod względem formalnym (np. czy zawiera on uzasadnienie i została uiszczona opłata). Stwierdzono przypadki weryfikacji wniosków nawet po 168 dniach od ich złożenia. Po drugie – na co często zwracały uwagę same komisje – biegli. Ci potrafili „przetrzymywać” wnioski miesiącami. Czas oczekiwania na opinię wynosił średnio 59 dni, a maksymalny 639 dni. Zdarzało się, iż biegli informowali komisję, że nie sporządzą opinii po 13, a nawet 588 dniach.
Teoretycznie do biegłych komisje miały się zwracać w wyjątkowych przypadkach. Tymczasem stało się to normą, robiły to w 85 proc. przypadków. Na przykład w świętokrzyskim na 82 wydane orzeczenia korzystano z pomocy biegłego 69 razy, w zachodniopomorskim 101 razy na 157 spraw. Powód? Wbrew założeniom doświadczenie i wykształcenie członków komisji nie było wystarczające. Zresztą okazało się, że co piąty z członków komisji został powołany bez rzetelnej weryfikacji spełniania przez niego ustawowych wymogów, a nawet sprzecznie z obowiązującym prawem. To powodowało, że orzekały osoby do tego nieuprawnione. W dodatku system finansowania skłaniał do przedłużania spraw – członkowie komisji otrzymywali wynagrodzenie za każde posiedzenie, więc zamiast dwa razy spotykali się i po dziewięć razy. W sumie na wynagrodzenia od 2012 r. poszło 7,5 mln zł.
Same komisje przyznawały, że nie spełniają założeń, a pacjenci wykorzystują je nie tyle do otrzymania odszkodowania, ile jako wstęp do wejścia na ścieżkę sądową. Efekt? Wprowadzając przepisy, Ministerstwo Zdrowia szacowało zmniejszenie liczby spaw trafiających na wokandę z 330 do 99 rocznie. Jednak w latach 2012–2017 liczba spraw odszkodowawczych wpływających do sądów rejonowych i sądów okręgowych I instancji wzrosła do 905 średniorocznie.
NIK sugeruje zmiany – wprowadzenie konkretnego taryfikatora określającego wysokość odszkodowań i umożliwienie komisjom zawiadamiania o terminach posiedzeń za pomocą urządzeń telekomunikacyjnych i elektronicznych oraz bezpośrednio na posiedzeniu, bez konieczności uzyskania potwierdzenia doręczenia, co wydłuża obecnie czas procedowania.
Ministerstwo Zdrowia zdaje sobie sprawę, że system się nie sprawdza. Jednak projekt nowego modelu ubiegania się o odszkodowania leży od kilku lat w szufladzie.