Swego czasu zachodziłam w głowę, jak można być tak – nie boję się użyć tego słowa – głupim, żeby wierzyć, że szczepienia są szkodliwe. Aż rok temu natrafiłam w telewizji na wciągający dokument „Wyszczepieni”. Wystąpiły w nim utytułowane osoby, naukowcy, prezentowano statystyki, były dowody na ukrywanie przez amerykański instytut odpowiadający za zbieranie danych epidemiologicznych ryzyka, że jedno ze szczepień wpływa na rozwój autyzmu.
W filmie występowali rodzice, których dzieci po otrzymaniu szczepionki zmieniły się nie do poznania, tracąc kontakt z rzeczywistością. U większości wykryto autyzm. Jako matka nabrałam poważnych wątpliwości. A co jeśli szczepienia są złe? Jeśli to faktycznie spisek koncernów farmaceutycznych, które zarabiają na nim miliardy? Zrozumiałam, że wcale nie trzeba być głupim, żeby złapać się na tę propagandę. Żeby nabrać wątpliwości, wystarczy obejrzeć dobrze zrobiony film albo porozmawiać z koleżanką, której znajomej dziecko zachorowało po szczepieniu.
Dlaczego więc nie stałam się nagle orędowniczką dobrowolności szczepień? Postanowiłam sprawdzić, jak to jest w istocie. Wyniki moich poszukiwań były jednoznaczne. Nie ma żadnych badań, które rzetelnie dowodziłyby, że szczepienia wywołują autyzm. A badania finansowali także przeciwnicy szczepień; ich wyniki były zamieszczane w uznanych czasopismach naukowych. American Institute of Medicine w raporcie z 2011 r. przeanalizował doniesienia na temat skutków ubocznych szczepień i stwierdził, że jedno jest pewne: powiązanie między nimi a autyzmem jest zerowe.