Elektroniczna rejestracja do lekarza? Tak, ale tylko do jednego specjalisty. Dokumentacja przez internet? Zaledwie jej część. Tak wyglądała zdrowotna e-rewolucja na Podlasiu.
W woj. podlaskim wpadli na pomysł, aby przenieść medyczną biurokrację do internetu. Znalazły się pieniądze (z 58 mln zł większość dała UE), nie zawiódł też system. Problemem okazali się ludzie: zarządzający zdrowiem w regionie i niektórzy lekarze nie umieli – lub nie chcieli – zmienić przyzwyczajeń. I jeszcze ta mentalność pacjentów, którzy nie pojmowali, dlaczego ktoś stojący w kolejce jest przyjmowany później niż osoba umawiająca się przez internet.
Założenia były XXI-wieczne. Dzięki Podlaskiemu Systemowi Informacyjnemu e-Zdrowie pacjent miał mieć możliwość rejestracji wizyty u lekarza bez wychodzenia z domu. Lekarze mieli zyskać sprawną wymianę dokumentacji medycznej, a szpitale lepsze zarządzanie. Kontrolerzy NIK, którzy sprawdzali, jak działa system, odkryli absurdy. Oto kilka przykładów.
Reklama
W jednej z poradni okulistycznych pacjenci mogli się zarejestrować tylko do jednego lekarza. I tylko na termin w piątek od 8.30 do 9.30, chociaż poradnia była czynna przez pięć dni w tygodniu od 8 do 14 i przyjmowało w niej kilkunastu okulistów. Do poradni przy szpitalu w Sokółce chorzy mogli rejestrować się po godz. 12 – lekarze przyjmowali do 11. W Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Białymstoku początkowo nie udostępniono pacjentom takiej usługi. Później tylko do wybranych poradni i na wybrane dni. W efekcie wizyty umawiane przez internet można było realizować od trzech do dziewięciu miesięcy później od umówienia osobiście lub telefonicznie.
Często terminy oferowane w systemie elektronicznym były nieaktualne, gdyż grafiki lekarzy w placówkach wciąż przygotowywano głównie w formie papierowej. Listy pacjentów prowadzono np. w kalendarzach lub zeszytach i nie przenoszono do e-systemu. Pacjenci rejestrowali się elektronicznie na nieistniejący termin i dopiero później byli przesuwani w kolejce na właściwy dzień, zgodny z listą papierową. W 15 proc. placówek pracownicy rejestracji nie potwierdzali wizyt. W efekcie z 574,9 tys. wizyt lekarskich na Podlasiu w 2016 r. tylko 408 zostało zarejestrowanych elektronicznie.

Reklama
– Jak wytłumaczyć pacjentom czekającym przy okienku, że ktoś jest przed nimi, bo zarejestrował się przez internet? – pyta Jerzy Kułakowski, dyrektor szpitala w Sokółce. Zwłaszcza że większość pacjentów to osoby starsze, często ze wsi – dla nich osobista wizyta to podstawa. Podzielili więc miejsca na stacjonarnych i elektronicznych.
No i część pracowników nie była w stanie odzwyczaić się od papieru. Lekarze, ale i pracownicy administracji stawiają na formularz i długopis. Dlatego e-dokumentacja była niekompletna. W szpitalu w Dąbrowie Białostockiej 28 z 38 skontrolowanych przez NIK dokumentów medycznych było pisanych odręcznie. Potem wprowadzano je do systemu, ale tylko częściowo. Na przykład zamiast treści wywiadu lekarskiego w wersji elektronicznej wstawiano „(...)” lub wpisywano... „więcej szczegółów dokumentacji papierowej”. W wielu placówkach w ogóle wszystko pisano i skanowano dokumentację.
Nie udało się też wykorzystać sprzętu teleinformatycznego – tak było w 70 proc. skontrolowanych placówek. Głównie drukarek specjalistycznych, czytników kodów kreskowych, które służyć miały m.in. do wypełniania obowiązku zaopatrywania pacjentów w znaki identyfikacyjne. Niewykorzystywane były też skanery do wprowadzania elektronicznego obiegu dokumentów, a nawet komputery. Wartość stojącego sprzętu wyniosła 197,8 tys. zł. Dla przykładu w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Białymstoku dopiero w trakcie kontroli NIK uruchomiono urządzenia serwerowe w jednej z serwerowni wybudowanej za 124,9 tys. zł.
Szpital Kliniczny w Białymstoku miał możliwość wykorzystania już istniejącego, wydajnego, światłowodowego łącza internetowego o szybkości przesyłu danych 100 Mbps, które zastąpiono łączem radiowym o szybkości 4 Mbps (siedmiokrotnie droższym i mniej bezpiecznym). Powód? Nie zdążył zgłosić w uwagach, że go nie potrzebuje.
Zawiodły też działające w szpitalach nawyki ignorowania bezpieczeństwa w sieci. W Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym w Białymstoku była możliwość dostępu do części komputerów bez podania identyfikatora i hasła oraz możliwość wyłączenia przez użytkownika ochrony antywirusowej.
Urząd Marszałkowski, który wdrażał system, przekonuje, że wszystko poszło właściwie. – Kontrola NIK odbywała się na przełomie 2016/2017. Naszym zdaniem była zdecydowanie przedwczesna, trudno bowiem oczekiwać od systemu funkcjonującego przez rok, by jego procent wykorzystania był podobny do systemów, które funkcjonują od kilku lat – przekonuje rzecznik urzędu Urszula Arter.
Podobne e-rozwiązania w zdrowiu są realizowane w ponad połowie województw. Wszystkie miałyby stać się docelowo częścią centralnego systemu e-zdrowia.