– Z danych PEX Pharma Sequence wynika, że w okresie czerwiec – sierpień 2017 r. ceny leków OTC (bez recepty) wzrosły o 4,1 proc. w stosunku do analogicznego okresu roku 2016, a leków nierefundowanych wydawanych na receptę o rekordowe 6,4 proc. – twierdzi Związek Pracodawców Aptecznych PharmaNET, skupiający sieci apteczne, które protestowały przeciw nowej ustawie.

– To bzdura. Z żadnych wyliczeń nie wynika taki wzrost – ripostuje Marek Tomków, wiceprezes Naczelnej Rady Aptekarskiej. I twierdzi, że w przypadku większości leków w ogóle nie może być mowy o wzroście cen. Przy niektórych (rok do roku) rzeczywiście jest drożej – ale tak samo drożeje pieczywo czy mleko.

– W żadnym wypadku nie można mówić o związku przyczynowo-skutkowym – twierdzi wiceprezes samorządu aptekarskiego. I dodaje, że przecież ostatnie miesiące to radykalne zwiększenie się liczby placówek należących do sieci aptecznych.

– Czy mamy więc rozumieć, że to właśnie one tak wywindowały ceny? – pyta retorycznie.

PharmaNET uważa to za zbędne złośliwości. Wyniki badań są zdaniem organizacji jasne: ceny leków, wskutek ograniczanej konkurencji na rynku, rosną.

A przy tym maleje wolność gospodarcza w Polsce. Apteka dla aptekarza przewiduje bowiem, że nowe placówki mogą zakładać tylko osoby z wykształceniem farmaceutycznym (mogą mieć najwyżej cztery apteki). PharmaNET uważa za absurd sytuację, w której niemiecki aptekarz może otworzyć w Polsce placówkę, zaś rodzimy przedsiębiorca nie ma takiego prawa.

– Absurd? To podpowiem kolegom z sieci aptecznych jeszcze jeden. Niemiecki czy francuski ginekolog może badać polskie pacjentki. A polski ślusarz ich badać nie może – kpi Marek Tomków.

Ustawa apteka dla aptekarza budziła skrajne emocje już od chwili opublikowania jej projektu. Dla jednych – w tym dla ministra zdrowia – jest ona koniecznością, gdyż sprzedaż leków to na tyle wrażliwa dziedzina gospodarki, że należy ją powierzać wykwalifikowanym farmaceutom. Inni – w tym minister rozwoju i finansów – dopatrywali się w nowych przepisach ograniczenia swobody działalności gospodarczej. Tym bardziej że o obsłudze pacjenta decyduje przecież obsada placówki, nie zaś to, jakie wykształcenie ma jej właściciel.