Wnioskuję zatem, że obecnie idealny kandydat na męża powinien odżywiać się surowym mięsem, zaś swoją połowicę karmić tylko czekoladą i codziennie wieczorem czule obcałowywać każdy z trzech jej podbródków. Jego bicepsy w rozmiarze Bieszczad muszą być posmarowane samoopalaczem, a łydki wydepilowane woskiem. Pożądane jest, aby potrafił samodzielnie wystrugać dębowy zestaw mebli do pokoju dziecięcego, słuchając przy tym Osieckiej i przypominając sobie cytaty z filmów Almodóvara. Mile widziane, aby się przy tym pocił, niemniej jego pot musi mieć zapach Lacoste’a. Od 9 do 17 powinien być menedżerem w banku, zaś o 17.01 sprawnym ogrodnikiem, hydraulikiem, ślusarzem, poetą i niańką. Musi być twardy jak erekcja terminatora i wrażliwy jak alergik. W drzwiach do sypialni zawsze powinien przepuszczać kobietę pierwszą, umieć te drzwi zreperować, a tuż za nimi zamieniać się w Casanovę. Tylko tak, żeby dzieci nie pobudzić.

Obok idealnego faceta kobiety często szukają idealnego samochodu. Niedawno zadzwoniła do mnie koleżanka z prośbą, bym doradził jej, do salonu której marki powinna się udać po nowe auto. Niestety zamiast krótko odpowiedzieć: do Volkswagena, Citroena, Audi, Dacii albo dowolnego innego, ja nieopatrznie zapytałem: „A jaki ma być ten samochód?”. Wtedy się zaczęło: mały z zewnątrz i duży w środku; szybki i oszczędny; zwrotny i pakowny; komfortowy i ze sportowym zacięciem; dobrze wykończony i tani; ładny i zadziorny; kobiecy, ale nie cukierkowy; dobrze wyposażony i prosty w obsłudze. Innymi słowy, moja koleżanka potrzebowała forda transita w nadwoziu fiata pandy, o komforcie mercedesa, solidności volkswagena, osiągach bmw, wyglądzie alfy romeo, zużyciu paliwa na poziomie skutera i w cenie pęczka koperku. Gdy odpowiedziałem jej zgodnie z prawdą, że niestety takiego samochodu nikt jeszcze nie wyprodukował, poczuła się głęboko rozczarowana.

Nie zmienia to faktu, że producenci samochodów coraz usilniej zabiegają o względny kierowców płci pięknej i starają się pogodzić ogień z wodą. Bardzo dobrym tego przykładem jest najnowszy opel corsa w wersji z jednolitrowym doładowanym silnikiem benzynowym. Zacznijmy jednak od tego, że w ostatnich latach Opel poczynił ogromne postępy, jeżeli chodzi o wygląd i jakość swoich aut – wystarczy spojrzeć na insignię i astrę. Niestety miały one również jedną poważną wadę – nadwagę. Insignia z podstawowymi silnikami w ogóle nie chce ruszyć z miejsca, w mocniejszych odmianach sprawia wrażenie, jakby nieustannie ciągnęła za sobą kotwicę. Podobny problem dotyczył poprzedniej generacji corsy – była żwawa jak grobowa płyta. Obecna jest nieporównywalnie lepsza – sprawia wrażenie lekkiej, jest zaskakująco zwinna, a sposób, w jaki pracuje jej zawieszenie i kierownica, przywodzą na myśl samochody spod znaku GTI. To miejskie autko naprawdę cieszy podczas prowadzenia, co w tej klasie jest wyjątkiem. Pozytywne wrażenia wzmaga doskonały, choć zaledwie trzycylindrowy silnik. Codziennie jeżdżę do pracy bardzo urozmaiconą trasą: najpierw muszę 6 km przejechać przez miasto i tereny zabudowane do autostrady, później na niej przez ok. 30 km walczę z idiotami wlekącymi się lewym pasem (przyspieszam do 150 km/h, by za chwilę hamować do 90 km/h), a na koniec pokonuję jakieś 3–4 km w warszawskich korkach. Średnie spalanie corsy na tej trasie wynosiło 5,3 l. A tylko w mieście potrafiła zadowolić się 6 l. Przyznacie, że to tyle, co nic, wziąwszy pod uwagę 115 koni, przyspieszenie do setki w 10 sekund i maksymalnie 195 km/h. W dodatku mały motorek przyjemnie brzmi i sprawia wrażenie pobudzonego już od najniższych obrotów.

Jeżeli chodzi o wnętrze, to jest zaskakująco przestronne i wygodne, a obsługa pokładowych urządzeń nie sprawia problemów. Spasowanie jest bardzo dobre, stylistyka przyjemna dla oka, ale już niektóre plastiki swoją twardością i jakością przywodzą na myśl stadionowe ławki. A tylna półka przykrywająca bagażnik została prawdopodobnie wykonana z kartonu po telewizorze.

W zasadzie mógłbym już kończyć opis tego naprawdę udanego modelu, ale poruszyć muszę jeszcze jedną kwestię – jego wyglądu. Niby o gustach się nie dyskutuje, ale zastanawia mnie, czemu ci sami ludzie, którzy zaprojektowali zadziornego adama i elegancką insignię, w przypadku corsy poszli na łatwiznę. Jest tak nijaka, że tylko w środę zgubiłem ją trzy razy. A mój niespełna dwuletni syn, który nie przegapi żadnej okazji, żeby choć posiedzieć w samochodzie, wczoraj wszedł do garażu, zrobił tylko wymowne „błe” i wrócił do swojego rowerka. Dlatego osobiście z niecierpliwością czekam na wersję OPC, która będzie miała mnóstwo sportowych akcentów, duże felgi, parę spojlerów i wściekle niebieski kolor. A na drodze stanie się godnym konkurentem forda fiesty ST. Choć do wyobraźni pań bardziej pewnie przemówią inne argumenty: corsa OPC będzie jak czuły drwal w garniturze. I do opery zabierze, i dzieci zabawi, i za włosy zaciągnie do sypialni. ©?