Skromnymi, inteligentnymi, życzliwymi, cichymi, uśmiechniętymi. Odpoczywając na leżakach, głównie czytali książki i – o ile się zorientowałem – nie było to „Mein Kampf”. Przed 8 rano i po godz. 21 wieczorem chodzili po korytarzach na paluszkach i rozmawiali ze sobą wyłącznie szeptem. Z baru all inclusive korzystali tak sporadycznie, że ja mogłem siedzieć w nim cały czas. A w hotelowej stołówce zostawiali po sobie taki porządek, że obsługa nie miała co robić. Właściwie gdyby poproszono ich, aby jeszcze umyli po sobie talerze, zrobiliby to bez najmniejszego grymasu na twarzy. Owszem, większość z nich była tak leciwa, że pamiętała czasy bitwy pod Grunwaldem, ale mimo to zachowywali pogodę ducha, trzeźwość umysłu i sprawność fizyczną. W przeciwieństwie do Brytyjczyków, którzy przyszli na świat w okresie wojny o Falklandy.

Brytyjczyk w średnim wieku zjawia się na śniadaniu z żoną zajmującą dwa stoliki i ze smokiem, który zajmuje mu szyję, plecy i obie ręce. Smok ten wygląda tak, jakby tatuażysta, który go robił, był na podwójnym rauszu, dopalaczach i po LSD jednocześnie. Po zjedzeniu 18 jajek sadzonych na tostach z fasolką, 32 kiełbasek, 24 plastrów boczku oraz wiadra puddingu brytyjska rodzina kładzie się nad basenem i oddaje lekturze etykiet olejków do opalania, a w najlepszym wypadku tabloidu „The Sun”, którego przewodnim tematem są problemy z erekcją księcia Karola. Gdy przeciętna Brytyjka wchodzi do basenu, mężczyźni innych narodowości odwracają swoje leżaki tyłem do wody i jeszcze przed południem osuszają hotelowy bar do ostatniej kropli ze wszystkiego, co ma procenty.

Najbardziej jednak zdumiał mnie całkowity brak rozgarnięcia stosunkowo młodych Brytyjczyków. Jeden z nich wziął plastikową kaczuszkę moich dzieci (którą pociąga się za sznurek i sama przez chwilę płynie), aby pokazać ją swojej córce. Najpierw przez 10 minut próbował ją uruchomić, tłumacząc cały czas histeryzującej u jego stóp pierworodnej, że „gdzieś tu musi być jakiś przycisk”, a następnie orzekł, że „chyba uległa awarii”. Jestem więcej niż pewien, że gdybym dał mu do ręki dwie metalowe kulki, to jedną by zepsuł, a drugą zgubił.

W świetle tego wszystkiego przestało mnie dziwić to, że dwa miliony naszych rodaków wyjechało na Wyspy. Zrozumiałem też, dlaczego – wbrew wcześniejszym deklaracjom – postanowili zostać tam na stałe. Bo na tle przeciętnych Anglików są niezwykle rozgarnięci, zaradni i ładni. Mogą więc czuć się lepsi od nich. Polacy mogą spacerować po ulicach Londynu z głowami dumnie podniesionymi do góry, a Polki – z równie dumnie zadartymi spódnicami. Gdyby nie my, David Cameron chodziłby dzisiaj po swoim kraju i zamiatał resztki, które po nim zostały. Gdyby nie my, Brytyjczycy nadal codziennie rano doznawaliby poparzeń wodą z jednego kranu i szybko chłodzili je wodą z drugiego. A dachy ich domów spadłyby im na głowę. O ile wcześniej nie utonęliby w opakowaniach po fasolce i pszennym kauczuku, który nazywają chlebem.

No to teraz przenieśmy się do Francji. Kraju, który dał nam wino, pozycję 69 i Peugeota. Peugeot zaś dał nam w swojej historii kilka naprawdę ciekawych pojazdów, jak choćby kultowy 205 GTI. Obecnie zaś produkuje oryginalną 208 oraz kompaktową, bardzo dobrze wykonaną i więcej niż przyzwoicie jeżdżącą 308. Zaś nie dalej niż w ubiegłym tygodniu miałem okazję poznać bliżej flagowy model Francuzów, czyli 508 w wersji RXH. Te trzy litery oznaczają kombi, podwyższone zawieszenie oraz plastikowe nakładki na błotnikach, progach i zderzakach. Innymi słowy, możecie odnieść wrażenie, że chodzi o coś w rodzaju SUV-a, a przynajmniej uterenowionego kombiaka. Sęk w tym, że Peugeotowi brakuje napędu na cztery koła. Innymi słowy, oto stoi przed nami elegancki pan w garniturze, który założył gumiaki i udaje, że jest rolnikiem, przy czym nie ma bladego pojęcia, do czego służą widły. Ale podobno są klienci, którzy dają się na to nabrać. I jeszcze z wyraźnym podnieceniem dopłacają około 10 tys. zł za możliwości chodzenia w gumiakach.

Do całej reszty 508 nie mam żadnych poważnych zastrzeżeń. Już pięć lat temu, gdy debiutowała na rynku, uznałem ją za wyjątkowo udane rodzinne auto. I tak zostało także po liftingu: jest przestronna, intuicyjna w obsłudze, dobrze wykonana, cicha i – dzięki zawieszeniu oraz rewelacyjnym fotelom – bardzo komfortowa. Jako całość zachęca do dalekich podróży. Szczególnie gdy wyposażona jest w nowego 180-konnego diesla spalającego realnie zaledwie 6–7 litrów ON. Niestety, wykorzystanie potencjału jednostki utrudnia leciwa już automatyczna skrzynia biegów. Pal licho, że ma tylko sześć przełożeń. Bardziej irytuje fakt, że jej pracą nie steruje komputer czy procesor, lecz klepsydra.

Reasumując, 508 to naprawdę dobre auto. Na jego niekorzyść działa w zasadzie tylko jedno – na rynku są już znacznie lepsi od niego. Pochodzą jednak głównie z Niemiec, z czym nie każdemu będzie po drodze. Ale Francuzi i tak mogą być dumni. Bo ich sąsiedzi zza kanału La Manche od 130 lat nie potrafią sobie poradzić z tak prostą rzeczą, jak zamontowanie kierownicy po właściwej stronie auta.