Śmiem twierdzić, że 99 na 100 reklam skierowanych jest do płci pięknej. I to nawet wtedy, gdy dotyczą męskich rzeczy. „Kochanie, kupiłam ci podpałkę do konara!”. Gdyby nie kobiety, drogerie świeciłyby pustkami, a firmy takie jak Johnson & Johnson czy Unilever zbankrutowały.
Każda pani ma w łazience płyn do kąpieli pod prysznicem, płyn do kąpieli w wannie, szampon, płyn do zmywania makijażu, płyn do mycia twarzy, płyn micelarny (cokolwiek to znaczy), płyn do higieny intymnej, płyn do płukania jamy ustnej, olejek arganowy pod oczy, olejek różany na szyję, krem na noc, krem na dzień, krem do nóg itd. Przeciętnemu facetowi wszystkie te rzeczy z powodzeniem zastępuje jeden płyn – 15 w 1. Umyje nim włosy, ręce, twarz, cojones, a także naczynia, samochód, okna i podłogę. A w razie czego sprawdzi się także, gdy trzeba będzie przeprać skarpety.
Reklama
A skoro przy praniu jesteśmy, to… dla mnie proszek to proszek. Jest biały i usuwa plamy. Ale kobieta widzi to inaczej. Moja żona kupkę niewielkiego prania potrafi podzielić na 18 mniejszych – każda ma inny kolor, jest wykonana z innego materiału oraz ma różny stopień zabrudzenia, a po wyjęciu z pralki ma także inaczej pachnieć. W praktyce oznacza to tyle, że na upranie mojego ulubionego T-shirtu muszę czekać mniej więcej kwartał – aż uzbiera się kupka „żółtych ciuchów, które trzeba wyprać w 30 stopniach i nadać im zapach irlandzkiej lawendy wymieszanej z piżmem”. Przedwczoraj przeprowadziłem eksperyment i wyprałem ten T-shirt w swoim płynie do rąk, włosów, samochodu itp. I wiecie, co się stało? Zupełnie nic. Mam go na sobie, jest czysty, a ja pachnę czarnoskórym mięśniakiem jadącym na białym koniu.
Teraz przejdźmy do urządzania domu czy mieszkania. Przecież gdyby robili to faceci, Ikea byłaby małym osiedlowym sklepikiem z trzema meblami w dwóch kolorach. Tymczasem jak wchodzę do niej z żoną po komplet szklanek, to przy kasie muszę zamawiać transport ciężarówką. Bo gdzieś między działem z prześcieradłami a energooszczędnymi żarówkami padło magiczne „chyba zmienimy wystrój salonu”. Po raz trzeci w tym roku.

Reklama
Prawda jest taka, że gdy czytacie kolejną informację w DGP, że wzrost gospodarczy ciągnie konsumpcja, to de facto jest to zasługa kobiet. Możecie podziękować za to swojej żonie, kochance, córce, matce, sąsiadce, koleżance z pracy. Bo gdyby to faceci mieli robić zakupy, gospodarczo bylibyśmy w czarnej… sami wiecie czym. My potrzebujemy rzeczy uniwersalnych, one – dedykowanych. Gdyby nie kobiety, nie byłoby sklepów z meblami, butami, kosmetykami, biżuterią, kwiaciarni, pasmanterii, aptek itd. Wszystko by się rozpadło.
Kilku producentów, zdając sobie sprawę z siły sprawczej kobiet, próbowało w przeszłości powierzyć im zaprojektowanie samochodu. Najodważniejsze było Volvo, które w 2004 r. powołało zespół składający się z 14 pań, które były odpowiedzialne za każdy aspekt projektu. Dzięki ich nietypowemu spojrzeniu miało powstać auto idealne, spełniające oczekiwania i potrzeby płci pięknej na całym świecie: sportowe, funkcjonalne, dynamiczne i wygodne. Innymi słowy – uniwersalne. Tak na świecie pojawiło się Volvo YCC i trzeba przyznać, że w swoich czasach wyglądało obłędnie. Podczas jego prezentacji na tragach w Genewie strzelały korki od szampana, słychać było gromkie oklaski, ochy i achy. A potem wóz wstawiono do muzeum i świat o nim zapomniał. Ani jeden egzemplarz nie wyjechał na drogi.
Kilka lat później zapytałem jakiegoś bardzo ważnego człowieka z Volvo, czemu nie zdecydowali się na seryjną produkcję czegoś, co zostało tak dobrze przyjęte przez publiczność. Wyjaśnił, że od samego początku projekt przyprawiał szefostwo koncernu o siwe włosy. Najpierw panie pokłóciły się o kolor tapicerki, potem o umiejscowienie lusterka, a na końcu okazało się, że wydały na projekt trzy razy więcej, niż zakładał budżet. W związku z tym „damskie Volvo” musiałoby kosztować tyle, co Ferrari. Ale nie to zdecydowało o porażce całego pomysłu. O tym przesądziło coś jeszcze innego – to, że kobiety traktowały YCC jak sukienkę. Żadna z 14 pań, które zaprojektowały auto, nie chciałaby go mieć na własność, jeżeli takim samym miałaby jeździć któraś z jej „koleżanek”. Innymi słowy, do szefów Volvo dotarło, że najbardziej kobiece auto świata będzie przez same kobiety omijane szerokim łukiem.
No, to teraz przejdźmy do wozów stworzonych przez mężczyzn i definitywnie dla mężczyzn. Do tej grupy należą BMW X5 M oraz Audi RS6, którymi miałem okazję pojeździć w ostatnich dniach. Łączy je fakt, że są jak żel 15 w 1 – załatwicie za ich pomocą każdą potrzebę. Zawieziecie dzieci do przedszkola, pojedziecie na urlop, do opery, na spotkanie z kontrahentem. A potem spocicie się na torze, mknąc przez zakręty z prędkościami godnymi rasowych wozów sportowych.
BMW X5 M Competition ma pod maską ośmiocylindrowego potwora o mocy 625 koni mechanicznych. Setkę robi w niecałe 4 sekundy, a maksymalnie – o ile jesteście zdrowo rąbnięci – pojedziecie 290 km/h. A to wszystko w wielkim SUV-ie, który mieści pięć osób i ich bagaże. Na torze X5 M zrobi na was takie wrażenie, że wasza bielizna będzie się nadawała wyłącznie do prania. A po paru kółkach wasza wątroba zamieni się miejscami z nerkami. Przeciążenia w zakrętach, przy przyspieszaniu i hamowaniu zdrowo przekraczają 1 g, a endorfinami, jakie wtedy powstają w waszym organizmie, moglibyście obdarować wszystkich uczestników brytyjskiego festiwalu swingersów Aurora Lifestyle. X5 M Competition jest zaskakująco zwinne, szybkie i sprawne w warunkach torowych. Niestety jednocześnie jest okropnie męczące w codziennym użytkowaniu. Wjedziecie nim nieostrożnie w koleiny, a opony o szerokości 31 cm wyrwą wam kierownicę z rąk i skierują samochód w stronę najbliższego drzewa. Próba podrzucenia dzieci do przedszkola skończy się wymiotami i histerią. A każdy wjazd w dziurę czy przejazd przez poprzeczną nierówność mogą skończyć się wizytą u fizjoterapeuty. Choć to auto jest SUV-em, to nie wyobrażam sobie jazdy nim po bezdrożach. Ze względu na sztywność zawieszenia i nadwozia, po 500 metrach musielibyście chyba odesłać auto do fabryki w kilku oddzielnych kartonach.
W RS6 jest zupełnie inaczej. Choć ma 600 koni i 800 Nm, setkę robi w 3,6 sekundy, a maksymalnie pojedzie nawet 305 km/h, w codziennym użytkowaniu jest drogowym odpowiednikiem łóżka kontynentalnego. Daje wytchnienie i zapewnia wypoczynek. RS6 obojętne jest to, po jakiej drodze jedziecie – w każdych warunkach troszczy się o dobre samopoczucie i bezpieczeństwo pięciorga pasażerów i 565 litrów bagaży. Jeżeli zaś zechcecie zabrać je na tor, to… owszem, pojedziecie szybko, ale będzie też zdumieni, jak niezgrabne i ciężkie staje się RS6 w takich warunkach. Owszem, na prostej wszystko przebiega dobrze, ale na zakręcie Audi zachowuje się jak rozpędzony hipopotam, który nagle postanawia zawrócić. Pojawia się podsterowność, której nie udaje się – jak w BMW – pokonać przez dodanie gazu, bo napęd quattro nie pozwala na jakiekolwiek uślizgi kół. To trochę tak, jakbyście pchali wózek sklepowy wypełniony po brzegi zgrzewkami wody. Wiecie, jak trudno czymś takim precyzyjnie wjechać w sklepowe drzwi, prawda?
O ile zatem X5 M jest rasowym autem sportowym męczącym w codziennym użytkowaniu, to Audi RS6 jest bardzo szybkim Audi A6, które genialnie sprawdza się w roli rodzinnego wozu. Ale od toru powinno trzymać się równie daleko, jak kobiety od projektowania samochodów.