Branży motoryzacyjnej nie zaatakował SARS-CoV-2. Ale sytuacja jest dynamiczna, a producenci obserwują, co dzieje się na świecie.
To, jak chiński wirus wpłynie na gospodarkę realną, wciąż pozostaje w sferze prognoz. Pesymiści widzą coraz więcej miejsc, gdzie może wystąpić recesja, a optymiści liczą, że trudny będzie tylko pierwszy kwartał, a już kolejne przyniosą wyraźne odbicie.
Na razie paniczne reakcje objawiły się na światowych giełdach, które w poniedziałek i we wtorek silnie traciły. To efekt pojawienia się nowych i licznych zarażeń koronawirusem we Włoszech, a następnie w Austrii i Chorwacji. W poniedziałek najważniejsze europejskie indeksy straciły po ok. 4 proc. i była to największa przecena akcji od blisko trzech lat. Także Wall Street zareagowała silną wyprzedażą. Wtorek nadal upływał pod znakiem spadków, chociaż te nieco wyhamowały i Europa kończyła handel akcjami na ok. 2-proc. minusach. Środa przyniosła stabilizację nastrojów wśród inwestorów, ale w centrum uwagi wciąż pozostają obawy o rozprzestrzenianie się koronawirusa. Analitycy nie mają wątpliwości, że efekt psychologiczny związany z epidemią będzie istotny dla notowań na świecie.
Reklama
Uważa się, że najmocniej narażona na zarażenie biznesu koronawirusem jest branża motoryzacyjna. Chińczycy generują duży popyt na auta, ale są też jednym z największych dostawców komponentów samochodowych na świecie – z ich fabryk korzystają wszystkie główne koncerny motoryzacyjne.
Wstrzymana została praca wielu chińskich oddziałów m.in. Volkswagena czy Toyoty. Zatrzymano też część linii montażowych w Korei Południowej i Japonii. Podobnie zaczynać dziać się w Europie. Fiat Chrysler Automobile (FCA) zawiesił z tego powodu pracę fabryki w Serbii.

Reklama
– Branża motoryzacyjna jest jednym z najbardziej zglobalizowanych sektorów. Gdy firma na drugim końcu świata nie jest w stanie dostarczyć choć jednej części, może doprowadzić to do problemów z produkcją. Jednak na razie nie ma powodów do paniki – uważa Jakub Faryś, prezes Polskiego Związku Przemysłu Motoryzacyjnego.
Przedstawiciele polskich fabryk deklarują, że problemy z dostawami obecnie ich nie dotyczą. Fabryki Opla w Tychach i Gliwicach pracują normalnie. Podobnie zakłady Fiata. – W tej chwili nie ma ryzyka utraty ciągłości produkcji w zakładzie Volkswagena w Poznaniu i we Wrześni. Dostawy odbywają się zasadniczo zgodnie z harmonogramem. Sytuacja jednak zmienia się bardzo dynamicznie, dlatego monitorujemy ją na bieżąco – odpowiada polski oddział Volkswagena, który korzysta w swojej produkcji z części sprowadzanych z Chin.
– Obecnie polskie zakłady FCA nie odczuwają skutków rozwoju koronawirusa i nie wpływa on na planowane ilości produkcji – informuje Beata Dziekanowska z FCA.
Problemów nie mają także fabryki Toyoty w Wałbrzychu oraz Jelczu-Laskowicach. – Modele europejskiej produkcji są w zdecydowanej większości oparte o produkcję na Starym Kontynencie. Nie ma więc kłopotów z pracą poszczególnych zakładów. Auta produkowane w Japonii również trafiają zgodnie z harmonogramem – tłumaczy Robert Mularczyk z Toyota Motor Poland.
To, że większych kłopotów na razie nie ma, nie oznacza jednak, że nie mogą one powstać wraz z pojawianiem się nowych i większych ognisk epidemii w Europie.
– Nawet jeśli komponenty będą dostarczane na czas, to mniejszy popyt w Państwie Środka również może generować straty – podkreśla Dariusz Balcerzyk z Instytutu Badań Rynku Motoryzacyjnego SAMAR. Według szacunków Chińskiego Stowarzyszenia Samochodów Osobowych sprzedaż pojazdów w tym kraju w pierwszej połowie lutego spadła o 92 proc. Samo Wuhan, w którym wybuchła epidemia, uchodzi za jedno z istotnych centrów produkcyjnych – przykładowo pochodzi stamtąd około połowa chińskiej produkcji Hondy.
Problemem jest także magazynowanie komponentów – większość koncernów nie jest na to wystarczająco przygotowana. – Firmy motoryzacyjne nie gromadzą dużych zapasów części, większość dostaw realizowanych jest na bieżąco – tłumaczy Jakub Faryś.
Specjaliści dostrzegają jednak, że paradoksalnie sytuacja w Chinach może odbić się pozytywnie na polskim przemyśle motoryzacyjnym, który jeśli skutecznie oprze się rozwojowi koronawirusa, zyska na atrakcyjności. – Być może ta sytuacja spowoduje, że część firm zorientuje się, iż duże uzależnienie się od dostaw z Dalekiego Wschodu, choć opłacalne ekonomicznie, jest zbyt ryzykowne. Wówczas postanowią częściej korzystać z europejskich zasobów, a na tym Polska mogłaby dużo zyskać – ocenia Dariusz Balcerzyk.