Postanowiłem zgłębić temat i trochę powęszyć w sieci. I faktycznie natknąłem się na kilka materiałów oraz wypowiedzi na forach sugerujących, że mazdy to straszna kicha – korozja dopada je szybciej niż CBA wchodzi do KNF, a do tego wsiąkają równie skutecznie jak pieniądze wpłacone do Amber Gold.

Łukasz Bąk

Łukasz Bąk

źródło: DGP

Ale tak na zdrową logikę, to nic tu się kupy nie trzyma. Złodziejom można wiele zarzucić, ale na pewno nie to, że są skrajnym idiotami – skoro potrafią przy pomocy smartfona otworzyć nowoczesny samochód, a następnie niepostrzeżenie nim odjechać spod domu właściciela, to zapewne zdają sobie też sprawę, że gdy dotrą z nim do dziupli, będzie już jedynie kupką rudego pyłu. Przecież ukraść rdzewiejące auto to jak zwędzić z warzywniaka zgniłe jabłka, podczas gdy obok leżą świeżutkie pomarańcze. To głupota.

Druga możliwość jest taka, że z mazdą jest naprawdę bardzo źle. Człowiek zostawia ją na noc pod blokiem, wychodzi rano, a tu nie ma samochodu. Dzwoni na policję i płacze, że ktoś podprowadził mu furę za sto kafli. Funkcjonariusze przyjeżdżają na miejsce zdarzenia, węszą, sprawdzają, robią eksperymenty, spisują zeznania, a następnie zwracają się do załamanego właściciela: „Mamy dla pana dobrą wiadomość! Nikt nie ukradł pańskiego samochodu. Po prostu przez noc zjadła go rdza”. To wydaje mi się jednak mało prawdopodobne. W takim tempie ruda nie dopadała nawet fordów z początku wieku.

Prawda jest taka, że zarzuty o fatalne zabezpieczenia antykorozyjne i antykradzieżowe wysuwają względem mazdy chorzy na głowę fani volkswagena, toyoty i skody. I mam na to ostateczny dowód. Otóż testowałem w ostatnim czasie kilka modeli japońskiego producenta i z ręką na sercu zaświadczam – żaden nie zardzewiał i żadnego mi nie zwinęli. Na pewno bym to zauważył.

Za to przez wiele, wiele lat drażniło mnie w tych japońskich samochodach coś zupełnie innego – miały okropne silniki, kompletnie niedostosowane do współczesnych realiów. Tak, wiem, że to wolnossące, solidne i niezawodne jednostki. Problem w tym, że aby wykrzesać z nich odrobinę energii, trzeba było je wkręcać na naprawdę wysokie obroty. A wówczas uszy zaczynały krwawić od hałasu, zaś samochód przyspieszał tak ochoczo, jakby ciągnął za sobą kotwicę. Gdy wciskałem gaz w mazdzie 6 i wskazówka obrotomierza przekraczała cyfrę 3, odnosiłem wrażenie, że sinik zamiast benzyny spala żwir wymieszany ze złomem. Tak głośno było w środku. Ale mimo to lubiłem ten samochód. Za jakość wykonania, przestronne, a jednocześnie otaczające kierowcę wnętrze, prostotę obsługi, zrównoważone zawieszenie, a przede wszystkim za to, w jaki sposób się prowadził. Japończycy nazywają to Jinba Ittai, czyli jednością jeźdźca i konia. Chodzi o harmonię, jaką czujecie z samochodem. Każda szybka prosta, ciasny zakręt, rondo, a nawet przejazd przez próg zwalniający i każde wyprzedzanie „szóstką” budziły we mnie przekonanie, że nie prowadzę zwyczajnego samochodu segmentu D, tylko coś, co zaprojektowane zostało z myślą o dawaniu mi przyjemności. Nawet jeżeli ta przyjemność wiązała się z koniecznością skorzystania z zatyczek do uszu.

Dlatego niezmiernie ucieszyłem się, gdy w materiałach dotyczących nowej mazdy 6 (wjechała do salonów raptem kilka miesięcy temu) przeczytałem, że w aucie znacznie poprawiono wygłuszenie komory silnika. A jeszcze bardziej się podnieciłem, gdy odebrałem telefon z propozycją przetestowania wersji ze 194-konnym motorem 2.5 Skyactiv-G z automatyczną skrzynią biegów.

No więc faktycznie między silnikiem a kabiną pasażerską auta wreszcie pojawiło się coś więcej, niż tylko goła blacha. W dodatku to działa – nawet gdy obroty rosną do 4, 5, a nawet 6 tys., we wnętrzu jest na tyle cicho, że można swobodnie rozmawiać, bez podnoszenia głosu. No i samo wnętrze to naprawdę kawał dobrej roboty – jeszcze bardziej eleganckie, wykończone jeszcze lepszymi materiałami, jeszcze solidniej zmontowane, z bardzo wygodnymi fotelami, wystarczającą ilością przestrzeni, a do tego praktyczne i intuicyjne w obsłudze. Niestety, głęboką rysą na tym nieskazitelnym wizerunku są multimedia – grafika systemu została chyba zaprojektowana przez człowieka, który zatrzymał się w rozwoju na etapie gry „Montezuma’s Revenge” na Commodore C64.

Jeśli chodzi o 2,5-litrowy silnik benzynowy o mocy 194 koni, to przede wszystkim jestem pod dużym wrażeniem tego, jak jest oszczędny – bez najmniejszego problemu można zmieścić się w 7–8 litrach benzyny na setkę. Turbodoładowane motory o mniejszej pojemności spalają przy podobnej jeździe nawet 2 litry więcej. Ewidentnie zatem Mazda wie, co robi, upierając się przy wolnossących jednostkach. Szczególnie że na osiągi 2,5-litrówki też nie można narzekać – 8,1 sekundy do setki i maksymalnie 223 km/h to dobre rezultaty.

W tym miejscu powinienem uznać „szóstkę” za bardzo dobry, wart 160 tys. zł samochód, polecić wam jego kupno z czystym sumieniem i postawić finalną kropkę. Ale nie mogę. Bo to nie jest mazda, jaką pamiętam i jaką lubię. Nie ma tu Jinba Ittai. Nie ma jedności między koniem a jeźdźcem, harmonii, więzi pomiędzy maszyną a kierowcą. Nowa mazda 6 prowadzi się jak zwykły samochód z tego segmentu – nie ma w niej już niczego niezwykłego. A nie, przepraszam… jest jedna taka rzecz. Mam na myśli niezwykle schrzanioną automatyczną skrzynię biegów o zaledwie sześciu przełożeniach i z okropnym oprogramowaniem – prawdopodobnie przeszczepiono je z tego samego Commodore C64, na którym latała „Montezuma’s Revenge”. Jest powolna i wyraźnie ogranicza temperament auta.

Magazyn DGP 23 listopada 2018

Magazyn DGP 23 listopada 2018

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Chciałbym zostać dobrze zrozumiany – to nie jest zły samochód i cenię go za wiele rzeczy: komfort, wnętrze, wyciszenie, sprężystość zawieszenia etc. Problem w tym, że już nie jest starą, dobrą mazdą, w którą wsiadaliście i jechaliście do celu możliwie najdłuższą i najbardziej krętą drogą. „Szóstka” stała się po prostu nudna. A to najgorsza rzecz, jaką można powiedzieć o samochodzie. Bo jeżeli go kupicie, to dokładnie to samo ludzie powiedzą o was. A wtedy zaczniecie się modlić o to, żeby zardzewiał albo żeby ktoś wam go ukradł.