Po gigantycznym karambolu, jaki miał miejsce kilka tygodni temu na A1 pod Łodzią, ktoś rzucił pomysł, by bezwzględnie zakazać ciężarówkom wyprzedzania się na ekspresówkach i autostradach. I automatycznie przyklasnęło mu pół Polski. Informację szybko podchwyciło Ministerstwo Infrastruktury i Nicnierobienia, które podobno poważnie zastanawia się nad przygotowaniem stosownego przepisu. I wszyscy powtarzają taki sam argument: „manewr ten zmusza w wielu przypadkach kierowców aut osobowych jadących za ciężarówkami do nagłego hamowania. Samo wyprzedzanie zaś bywa czasochłonne, co prowadzi do utrudnień w płynności ruchu”.
Przykro mi bardzo, ale to jedna wielka bzdura. Każdego dnia przejeżdżam kilkadziesiąt kilometrów zatłoczonym odcinkiem A2 oraz trasy S8 i w ciągu ostatniego tygodnia tylko raz widziałem tira, który wyprzedzał. Co więcej, nie zmusił mnie on do nagłego hamowania, bo wjechał na lewy pas, gdy byłem jakieś siedem kilometrów od niego. Najlepsze jednak jest to, że nie wyprzedzał innej ciężarówki, tylko 20-letnią na oko hondę civic, która miała zaparowane wszystkie szyby i toczyła się nie więcej niż 70 km/h. Jej kierowca miał minę jak glonojad przyklejony do przedniej ściany akwarium. I był tak samo jak on mokry. Od potu wywołanego stresem.
Tak więc obecnie większym problemem niż tiry, jadące zazwyczaj w miarę równo i wyprzedzające się tylko czasami, są kierowcy osobówek, którym wydaje się, że lewy pas jest jak kolejka w urzędzie pocztowym – należy w niej stanąć i broń Boże się ruszać, żeby czasem nikt nie wepchnął się przed nas. To osobówki zajeżdżają drogę, nagle hamują, nie używają kierunkowskazów i lusterek, a kilka tirów potrafią wyprzedzać przez całe województwo. Proszę was! Gdy wjeżdżacie na autostradę, patrzcie na ten zegar, gdzie są dziesiątki i setki, a nie pojedyncze cyfry – to drugie to obrotomierz, a nie prędkość wyrażona w machach!