Sytuacja jednak wkrótce się zmieni - na niekorzyść samorządów. Od 2022 r. będą bowiem obowiązywać nowe zasady dla metody wodnej (wprowadza je nowelizacja ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach; Dz.U. z 2021 r. poz. 1648). W efekcie w gminach, które zdążyły właśnie załatać dziurę w budżecie na odpady, znów pojawia się widmo deficytu.
Oni sporo wygrali na metodzie wodnej
Jakie korzyści miały samorządy, które zdecydowały się uzależnić opłatę za śmieci komunalne od ilości wody zużytej przez gospodarstwo domowe? Zacznijmy od sukcesów w wyłapywaniu mieszkańców unikających płacenia. W metodzie wodnej o wysokości opłaty śmieciowej decyduje wskaźnik na wodomierzu nieruchomości (gmina przyjmuje stawkę za 1 m sześć. zużytej wody) - nie ma więc możliwości, by ktokolwiek tej opłaty uniknął (chyba że nie zużywa wody).
Reklama
W Mławie metoda wodna pozwoliła na zmniejszenie deficytu w gospodarce odpadami z prawie 24 proc. w 2019 r. do zaledwie 3 proc. w 2021 r. W mieście jest ok. 30 tys. zameldowanych mieszkańców oraz kilkutysięczna grupa cudzoziemców, którzy są zatrudnieni w lokalnych przedsiębiorstwach i zamieszkują często bez zameldowania. Mimo to Mława w 2019 r. miała w systemie odpadowym zaledwie 26,5 tys. osób i spory deficyt - ponad 1,34 mln zł przy rocznych wydatkach rzędu 5,6 mln zł. Wtedy rozliczała się według metody, w której właściciel nieruchomości deklaruje liczbę mieszkańców (niestety, gmina nie ma możliwości skutecznego weryfikowania danych podawanych w deklaracji).
Dlatego miasto podjęło decyzję o zmianie. Metodę od zużycia wody Mława wprowadziła w lipcu 2020 r. i na koniec roku deficyt zmniejszył się już do 10,7 proc. (wyniósł 930 tys. zł przy wydatkach w wysokości 8,7 mln zł). W 2021 r. (pierwszym pełnym roku funkcjonowania metody wodnej) spodziewany deficyt będzie stanowił zaledwie 3 proc. rocznych wydatków (300 tys. zł przy wydatkach przekraczających 10 mln zł). - Może się nawet okazać, że system się zbilansuje, i to mimo rosnącej rok do roku kwoty wydatków - dodają urzędnicy.

Reklama
Podobnie jest w podwarszawskich Markach, które zanim wprowadziły metodę od zużycia wody, dokładały do systemu odpadowego 7 mln zł z miejskiej kasy.
- Po roku różnica zmniejszyła się do 4 mln zł, a w tym roku nie przekroczy 2 mln zł - poinformował w mediach społecznościowych Jacek Orych, burmistrz miasta. Podkreślił, że uszczelnianie systemu poboru opłat zadziałało: od 8 tys. do 10 tys. osób, które według szacunków miasta unikało ponoszenia opłat za śmieci, w końcu przestało przerzucać swoje koszty na pozostałych mieszkańców.
O korzyściach z metody od zużycia wody mówi też Warszawa. W stolicy metoda obliczania wysokości opłaty śmieciowej była zmieniana kilka razy w ostatnich kilkunastu miesiącach. W 2020 r., kiedy obowiązywała metoda od gospodarstwa domowego, miasto dołożyło do systemu gospodarki odpadami ok. 500 mln zł. Metoda naliczania opłaty oparta na ilości zużytej wody obowiązuje w Warszawie od 1 kwietnia tego roku. - Wpływy z tytułu opłaty są wyższe średnio o 16,5 mln zł w miesiącu - mówią urzędnicy. Od kwietnia do końca roku daje to szacunkową kwotę 150 mln zł więcej w systemie.
Powraca widmo deficytu w budżetach
Radość z uszczelnienia systemu nie trwała długo. Ostatnia nowelizacja ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach (Dz.U. z 2021 r. poz. 1648) namieszała w rozliczeniach gminy z właścicielem nieruchomości według metody wodnej. Nałożyła „cenową czapę”: od 1 stycznia 2022 r. gospodarstwo domowe nie może zapłacić miesięcznie więcej niż 7,8 proc. przeciętnego miesięcznego dochodu rozporządzalnego na osobę, czyli 149,68 zł.
Według autorów pomysłu - Ministerstwa Klimatu i Środowiska - chodzi o ochronę liczebnych gospodarstw domowych, które zaczęły się skarżyć na wysokie rachunki (po wprowadzeniu tej metody w Warszawie). Sęk w tym, że z gminą nie rozliczają się gospodarstwa domowe, ale właściciele nieruchomości, czyli m.in. spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe, na podstawie wskazań licznika głównego (a nie liczników gospodarstw domowych).
Problem z kategorii „jak to policzyć?” to jedno. Gorzej, że przedstawiciele gmin podkreślają, iż „kaganiec” nałożony na metodę wodną rozszczelnia system.
Od metody wodnej odchodzi gmina Słupno, mimo że przyjęcie metody od zużycia wody przyniosło oczekiwane efekty i dochody zaczęły się bilansować z wydatkami. Na koniec listopada dochody w tej gminie na gospodarkę odpadami wyniosły 2,5 mln zł, a wydatki 2,4 mln zł. Agnieszka Ruclak, zastępca wójta gminy Słupno, szacuje, że po wprowadzeniu ograniczenia wysokości opłaty dla gospodarstwa domowego roczne wpływy zmniejszą się o ok. 240 tys. zł. Od 1 stycznia gmina wraca do metody naliczania opłaty od liczby osób zamieszkujących nieruchomość.
Także Warszawa podjęła już uchwałę, zgodnie z którą od 1 stycznia 2022 r. będzie rozliczać mieszkańców zgodnie z metodą od gospodarstwa domowego z uwzględnieniem powierzchni użytkowej mieszkania.
Korekty zmuszona jest wprowadzić także Mława. Nie rezygnuje z metody wodnej, ale wprowadza podwyżki. - Wiadomo, że powstanie deficyt, ponieważ ponad 700 nieruchomości zapłaci mniej, niż wynika to ze wskazań licznika za wodę - mówią urzędnicy. Dlatego miasto podnosi stawkę z 10 zł za 1 m sześć. zużytej wody do 12,50 zł. Niestety, nawet to nie zbilansuje systemu, dlatego Sławomir Kowalewski, burmistrz Mławy, chce zaproponować radzie miasta podjęcie uchwały o dopłacie do systemu odpadowego w wysokości 1 mln zł (przypomnijmy, że nowelizacja ustawy czystościowej umożliwiła gminom dopłacanie do systemu odpadowego, m.in. gdy ten nie bilansuje się z opłat mieszkańców).
Zatrzymać mieszkańców w systemie
Wyższa stawka spowoduje, że łatwiej będzie dobić do pułapu, poza którym ilość zużywanej wody nie będzie miała znaczenia przy rozliczeniach za odpady. W Mławie przekroczy go rodzina czteroosobowa, która miesięcznie zużywa 12 m sześć. wody (3 m sześć. na osobę), lub trzyosobowa zużywająca 4 m sześć. wody na osobę w ciągu miesiąca. W Warszawie, w której stawka była wyznaczona na 12,73 zł za 1 m sześć. zużytej wody, do pułapu cenowego gospodarstwa domowe dobijałyby jeszcze szybciej.
Przedstawiciele gmin, które rezygnują z metody wodnej, zaznaczają, że w nowej odsłonie (z cenową czapą) nie jest już ona sprawiedliwa.
Co przesądza, że niektóre gminy jednak przy niej zostają? - Nie ma co się oszukiwać - przy powrocie do metody od osoby część osób znów wyparowałaby z systemu - tłumaczy burmistrz Marek.
Przypomnijmy, że gminy mogą wybierać z czterech metod. Oprócz wodnej i od osoby opłaty można liczyć także od gospodarstwa domowego i powierzchni użytkowej mieszkania.
OPINIA

Potrzebna nowa ustawa

Maciej Kiełbus, wspólnik w Kancelarii Prawnej dr Krystian Ziemski & Partners w Poznaniu
W metodzie wodnej właściciel nieruchomości sam może wpływać na wysokość opłaty za gospodarowanie odpadami komunalnymi, kontrolując, ile zużywa wody. Można też stwierdzić, że im więcej osób zamieszkuje mieszkanie lub dom i im bardziej konsumpcyjny styl życia prowadzą, tym większe są zużycie wody i opłata za śmieci. Ta cecha metody wodnej umożliwiała uszczelnienie gminnych systemów gospodarowania odpadami komunalnymi, bo pozwalała objąć opłatami więcej podmiotów wytwarzających śmieci, a więc generujących konkretne koszty systemu odpadowego. To szczególnie istotne w gminach o dużej migracji ludności, czyli turystycznych, akademickich i przygranicznych, w których od lat wzrasta liczba mieszkających na stałe cudzoziemców. W przypadku tego typu gmin najpopularniejsza metoda - od liczby mieszkańców danej nieruchomości - nie zdawała rezultatu, a zjawisko „pasażera na gapę” obciążało uczciwie deklarujących stan osobowy i uiszczających opłatę śmieciową.
Tegoroczna nowelizacja ustawy o utrzymaniu czystości i porządku w gminach motywowana jednostkowymi przykładami zaczerpniętymi z konkretnej gminy wypaczyła sens metody wodnej. Nakazuje wprowadzić ograniczenie opłaty na poziomie gospodarstwa domowego, gdy tymczasem metoda wodna bazuje na ilości zużytej wody z całej nieruchomości, a nie na sumie zużyć z poszczególnych gospodarstw domowych. Sprawia to, że gminy i organy nadzoru starają się pogodzić te dwie niespójne ze sobą regulacje.
Sytuację gmin pogarsza też upływający czas na dostosowanie uchwał do nowych przepisów, bo większość sejmowa odrzuciła poprawkę Senatu przyznającą gminom dodatkowe sześć miesięcy na wypracowanie najlepszych rozwiązań i rozstrzygnięcie sporów z organami nadzoru przed sądem. Gminy coraz bardziej obawiają się też zaskakujących interpretacji sądowych, które pozostają w oczywistej kontrze do niekwestionowanej przez lata praktyki stosowania przepisów ustawy czystościowej. Należy mieć nadzieję, że resort klimatu dostrzeże coraz liczniejsze niekonsekwencje ustawy czystościowej i rozpocznie prace nad całkowicie nową ustawą, o co od lat bezskutecznie apelują środowiska samorządowe.