O gospodarce odpadami więcej mówią dane GUS. Z ostatniego raportu tej instytucji wynika, że 43 proc. odpadów komunalnych trafia na składowisko. Do tego należy doliczyć 23 proc., które wrzucamy do pieców w spalarniach. Oznacza to, że w sumie 66 proc. wytworzonych przez nas śmieci z jakiegoś powodu jest bezużytecznych – spalanie i składowanie to najmniej pożądana forma radzenia sobie z odpadami i coraz droższa.
Nie miejmy złudzeń – w 2021 r. nie będzie lepiej. Ministerstwo Klimatu i Środowiska nie bez powodu obniżyło poziomy recyklingu odpadów z 50 proc. w 2020 r. do 20 proc. w 2021 r., informując przy tym, że uchroni to gminy przed 900 mln zł kar.
Co jest więc nie tak? Winny jest Kowalski, który segreguje źle? A może – jak twierdzi Adam Glapiński, prezes NBP – to firmy zagraniczne odpowiadają za podwyżki opłat za śmieci, które z kolei podbijają inflację?
Cóż, jeśli mówimy o jakości segregacji, Kowalski na pewno ma sporo na sumieniu. Ze wspomnianego wcześniej badania resortu klimatu wynika, że połowa ankietowanych nie segreguje baterii, tylko 42 proc. leki, a świetlówki – 38 proc. Nie segreguje, a więc odpady te trafiają prawdopodobnie do czarnego pojemnika na resztki. A nie powinny.
Kowalskiego będę jednak bronić. Z okna mojego mieszkania widzę altanę śmietnikową. Do oddzielnej torby odkładam makulaturę, którą chciałabym wyrzucić do niebieskiego pojemnika. Ten jednak stoi na zewnątrz altany z otwartą klapą, bo pod dachem brakuje miejsca. Papier segreguję więc dla idei. Do ciasnej, ciemnej altany trzeba chodzić z latarką (słońce dziś zajdzie o 16.14), pojemniki nie mają standardowych kolorów, stoją za każdym razem w innym miejscu, niejednokrotnie z zasłoniętym oznaczeniem. Powodzenia.
Przebudowa altany? „Nie da się” – stoi na terenie należącym do miasta. Śmieciarki odpady odbierają. Nie słychać gróźb sankcji. Po co to delikatne status quo naruszać? Inwestycja to koszty, a do odpadów nikt nie chce dokładać. To tylko śmieci.
Dopłacamy jednak i tak. Kraśnik chce dorzucić 5 mln zł z budżetu do systemu gospodarki odpadami, choć nie może (system powinien się finansować z opłat mieszkańców). Żeby wyjść na zero, opłata musiałaby wynieść 31 zł za osobę. Burmistrz Kraśnika zaproponował 24 zł, a stanęło na 17 zł. Kraśniczanie większe koszty poniosą i tak, ale liczone dziurawymi chodnikami i niedoświetlonymi przejściami dla pieszych. Zapłacą bezpieczeństwem i komfortem życia – trudno policzalną walutą. Z ostatniego dostępnego sprawozdania z gospodarki odpadami wynika, że z masy odpadów wytworzonych przez kraśniczan 61 proc. to frakcja zmieszana. Na edukację ekologiczną miasto przekazało 0,39 proc. środków z budżetu pochodzącego z opłat śmieciowych. Jeszcze w 2018 r. Kraśnik nie widział potrzeb inwestycyjnych związanych z gospodarowaniem odpadami.
Winne są więc samorządy? Z pustego i Salomon nie naleje. Nie spełniły się na razie plany snute jeszcze przez poprzednie kierownictwo Ministerstwa Środowiska, czyli byłego ministra Henryka Kowalczyka. Wspomnienie o marzeniu, by gminy dostawały pieniądze za wysegregowane odpady, w samorządowcach wywołuje już co najwyżej dobroduszny uśmiech. Odpad komunalny nie stał się cennym surowcem. Byłyby nim w systemie kaucyjnym szklana i plastikowa butelka, metalowa puszka. Systemu nie ma, tak jak i przepisów, które nakazywałyby wykorzystanie w nowych produktach materiałów z recyklingu. Nie ma też regulacji, które wymusiłyby takie projektowanie opakowań, żeby łatwo można było z nich odzyskać surowiec. Nie ma też opłaty od każdego opakowania wprowadzanego na rynek, która pokryje koszty jego zagospodarowania. Czyli strumienia pieniędzy, który dofinansowałby selektywną zbiórkę i recykling. Za te braki nie odpowiada ani Kowalski, ani samorząd, ani zagraniczne firmy. ©℗