Mamy za sobą ponad sześć miesięcy działania rządowego programu dofinansowań „Czyste powietrze”. Zdania co do jego skuteczności są podzielone. Sceptycy przekonują, że tempo wypłacania środków jest za wolne z powodu niewydolności biurokratycznej machiny wojewódzkich funduszy ochrony środowiska (WFOŚ). Wielu apeluje o pilne włączenie samorządów w sieć dystrybucji pomocy. Jaka przyszłość czeka program? Czy resort podziela pogląd, że system wsparcia należy usprawnić? W jakim kierunku powinny iść zmiany?

Program „Czyste powietrze” cały czas ewoluuje. Nie zapominajmy, że to pierwszy tak duży i kompleksowy instrument wsparcia, o niespotykanej do tej pory skali finansowania. To program rozpisany na lata, który może być jeszcze wielokrotnie modyfikowany i dopracowywany, aby odpowiadał na bieżące potrzeby. Zależy nam przecież, aby pieniądze na termomodernizację domów i wymianę źródeł ciepła trafiły możliwie do jak największego grona beneficjentów, a fundusze te były wydatkowane mądrze. Czy obecna formuła programu jest optymalna? Na pewno może być lepsza. Nie ustrzegliśmy się pewnych błędów, ale ważne jest, że wsparcie ruszyło. Możemy się pochwalić dużym tempem pracy. Na tym etapie mieszkańcy złożyli ok. 35 tys. wniosków, z czego podpisanych jest ponad 1 tys. Teraz zaczynamy mocno przyspieszać, każdy tydzień będzie przynosił kolejne wypłaty. Pracownicy wojewódzkich funduszy ochrony środowiska są dobrze przeszkoleni z obsługi wniosków, ale pewne procedury, jak np. odsyłanie błędnie wypełnionych dokumentów do mieszkańców, wydłużają ten proces i są nie do uniknięcia na tym etapie. Oceniam, że wkrótce możemy się zbliżyć do tysiąca podpisywanych wniosków tygodniowo.

Czy to jest wystarczające? Jeszcze nie. Konieczne będzie uruchomienie wsparcia organizacyjnego przy wypełnianiu dokumentów, aby uniknąć niepotrzebnego przesyłania ich między pracownikami funduszu a mieszkańcami. Zainicjowaliśmy też współpracę z samorządami. Chcemy wykorzystać funkcjonujący już w gminach program doradztwa energetycznego i rozbudować go tak, aby powołany doradca energetyczny w ramach swoich obowiązków pomagał mieszkańcom wybrać odpowiednie źródła ogrzewania, doradzał, jak ocieplić dom, a także służył informacjami dotyczącymi naszego programu. Byłyby to osoby, które w każdej gminie promowałyby „Czyste powietrze”. Jeżeli potrzeby administracyjne będą jeszcze większe, to przewidujemy zwiększenie zatrudnienia w WFOŚ. O wyrzucaniu programu do kosza nie ma w ogóle mowy.

Jak „Czyste powietrze” wygląda z perspektywy samorządu? Wielu włodarzy krytykowało zaproponowane w nim rozwiązania, przekonując, że wykluczają one udział gmin.

Nie zgodzę się z tym stwierdzeniem. My nie czekaliśmy z założonymi rękami. Uruchomiliśmy np. punkt konsultacyjny dla programu „Czyste Powietrze”, który okazał się dużym sukcesem. Do 3 marca skorzystało z niego blisko 1300 osób. Teraz jest odpowiedni czas, by korygować program. Wbrew pozorom wielu mieszkańców wciąż chętnie sięga po wnioski w wersji papierowej. A tych samorządy nie mają, bo odpowiednie formularze można wziąć tylko w siedzibie WFOŚ. Dla starszych osób, które nie są gotowe na podróż do siedziby województwa, jest to duża bariera. Takich prozaicznych problemów jest więcej. Mieszkańcy zgłaszają nam, że trudno jest im się dodzwonić do funduszu i często muszą czekać kilkadziesiąt minut na połączenie. Wygląda to na brak wystarczającej liczby pracowników. Dlatego ja również jestem zwolennikiem uruchomienia punktów gminnych i powiatowych, gdzie mieszkańcy uzyskaliby pomoc przy wypełnianiu wniosków. Zwracam też uwagę, że ich weryfikacja zajmuje 90 dni, co jest długim okresem. Jeśli chodzi o bardziej fundamentalne, systemowe kwestie, myślę, że można byłoby rozważyć zmiany w kryteriach dochodowych, na podstawie których określana jest wysokość wsparcia. 

Przykładowo dla miast śląskich, czyli w dużej części terenów górniczych, gdzie emerytury są na dość wysokim poziomie, ustalony w programie próg 1,6 tys. zł miesięcznie jest relatywnie niski. To niekiedy budzi frustrację, bo mieszkańcy liczą na duże dofinansowanie, a w świetle regulaminu są już na tyle majętni, że wysokiej pomocy nie otrzymają. Niepokoi nas też dotowanie kotłów piątej klasy w nowo budowanych budynkach, co w mojej ocenie jest ewidentnym błędem, z którego resort powinien się wycofać, a w zamian promować podłączenia do sieci gazowej. Warto byłoby też porozmawiać o samych kosztach i wdrożyć rozwiązania już przetestowane, np. w programie 500+. Jeśli mamy zaangażować gminy w proces dystrybucji pomocy i zobowiązać je do tworzenia punktów konsultacyjnych, to trzeba zapewnić im środki na zatrudnienie pracowników i zorganizowanie tej sieci dystrybucji. Mogłoby to być 5 proc. kwoty przeznaczonej na dofinansowania, która trafiałaby do budżetu samorządu. To niewątpliwie przyspieszyłoby wypłatę pieniędzy i usprawniło walkę ze smogiem.

Zawsze, kiedy mówimy o uruchomieniu programów dotacyjnych, skala oczekiwań społecznych jest ogromna. Szczególnie że potrzeby są gigantyczne, bo przez lata termomodernizacja i ochrona powietrza były zaniedbywane, a ponad 70 proc. budynków w Polsce to wampiry energetyczne. Atmosferę podgrzały też uchwały antysmogowe, które przyjęła już większość województw. Niestety, trzeba wskazać, że poza przyjęciem tych uchwał, które nakazują mieszkańcom rozpocząć proces wymiany pieców, wiele samorządów prawie nic nie zrobiło, by pomóc przy takiej inwestycji. Poza chlubnym wyjątkiem województwa małopolskiego, które przeznaczyło na to pokaźne środki. Rozumiem też chwytliwy postulat, aby uprościć dystrybucję pieniędzy w ramach „Czystego powietrza” na wzór 500+. Trzeba tylko pamiętać, że świadczenie wychowawcze to dystrybucja po numerach PESEL, a jak spojrzymy na polskie budownictwo jednorodzinne, to widać takie różnice architektoniczne i zróżnicowane planowanie przestrzenne, że nie sposób abstrahować od lokalnych uwarunkowań i wprowadzać tak uproszczony, jednolity standard wypłat. Każdy wniosek to inna rzeczywistość. Zachęcam przy tym, by na program „Czyste powietrze” spojrzeć z szerszej perspektywy, bo to jednak tylko jeden z trzech filarów naszych antysmogowych działań – choć kluczowy. Od 1 stycznia tego roku wprowadzona została też nowa ulga podatkowa. To precedens, który pozwoli Polakom odliczyć od podatku dochodowego wydatki m.in. na instalacje fotowoltaiczne, pompy ciepła, niskoemisyjne piece. Jestem przekonany, że Polacy znakomicie wykorzystają ten instrument i już w tym roku masowo poprawią komfort życia oraz zdrowie bardziej poprzez ulgę podatkową niż program dotacyjny. A to da czas na to, żeby dopracować i usprawnić system dofinansowań udzielanych przez wojewódzkie fundusze ochrony środowiska.

Od czego należałoby zacząć? W czym tkwi największy problem rządowego instrumentu? Czy gminy rzeczywiście zostały pozostawione same sobie w walce ze smogiem, a wszystko jest teraz w rękach mieszkańców?

Byłoby absurdem, gdybyśmy krytykowali program, o który zabiegaliśmy od kilku lat. Ten program jest szalenie ważny i potrzebny. To dziś największy instrument modernizacyjny dla budynków mieszkalnych w Europie. Wymaga on jednak gruntownej reformy. Nie wystarczy zatrudnić więcej urzędników w wojewódzkich funduszach ochrony środowiska. Te instytucje nie były tworzone ani nigdy nie były przygotowane do obsługi masowego beneficjenta. A mówimy tu o programie masowym, skoro w założeniach ma objąć 4 mln domów jednorodzinnych. Jeżeli popatrzymy na te kilkaset umów podpisanych w ostatnich miesiącach i przyłożymy to do 30 tys. złożonych wniosków, a potem zestawimy z tymi czterema milionami, to powinno nam to dać pierwszy sygnał ostrzegawczy. Tysiąc umów powinno być zawieranych każdego dnia, a nie w ciągu kilku miesięcy. Problemem jest brak odpowiednich kanałów dystrybucji tej pomocy, czyli dotarcia do beneficjenta. Niestety, fakty są jednoznaczne – gminy zostały wyłączone z programu „Czyste powietrze”. Owszem, mogą dobrowolnie sobie tworzyć punkty doradcze, ale to już nie one rozpatrują dokumenty. Ostatecznie wniosek i tak trafi na biurko w jednym z 16 funduszy, a po 90 dniach okaże się, że będzie trzeba go odesłać, bo wypełniono go błędnie i należy go poprawić. Obawiam się, że nawet te powiatowe struktury, których powstanie zapowiadano, nie będą w stanie udźwignąć ciężaru tak dużego programu. Warto też pomyśleć nad uproszczeniem procedury przyznawania wsparcia. Nie może być tak, by mieszkańcy miesiącami oczekiwali na decyzję. W przypadku najprostszej inicjatywy, jaką jest wymiana kotła, należałoby tak zorganizować pomoc, by mieszkaniec wybierał nowe urządzenie z wcześniej przygotowanej listy produktów zatwierdzonych do dofinansowania, które spełniają określone normy emisyjne. Pozwoliłoby to ograniczyć zbędną biurokrację. Takie listy funkcjonują na Zachodzie i pozwalają dużo szybciej, w wielu przypadkach automatycznie, dystrybuować publiczne środki.

Czy rzeczywiście potrzebny jest nam taki katalog produktów dopuszczonych do wsparcia? Czy zamknięta lista nie będzie negatywnie oddziaływać na producentów?

Uważam, że to konieczne i dobre rozwiązanie. Po pierwsze, takie listy produktów już funkcjonują przy podobnych programach, chociażby w Niemczech, ale także w Polsce – i to z dużym powodzeniem. Również u nas w skali całego kraju mogą one fenomenalnie uprościć program. Po drugie, takie zestawienie dopuszczonych kotłów jest niezbędne, by zapobiegać oszustwom i nie dopuścić do nadużyć. Nie jest tajemnicą, że na rynku daje się zauważyć wiele patologii związanych z nadużywaniem certyfikatów i interpretacji różnych parametrów technicznych urządzeń grzewczych. Badania nie oddają bowiem realnych zanieczyszczeń, które emituje dane urządzenie. Miałem ostatnio okazję rozmawiać z szefostwem jednego z laboratoriów, które skierowało już dwie sprawy do prokuratury. Okazało się bowiem, że urządzenia jednego z producentów są sprzedawane z certyfikatem, który świadczy o przejściu rygorystycznych testów emisyjnych, a do laboratorium żaden taki kocioł w ogóle nie trafił i nie był badany. Takich przypadków jest niestety więcej. Weryfikowalna lista produktów pozwoliłaby wzmocnić nadzór nad rynkiem. Dałaby też gwarancję, że jak ktoś korzysta z publicznych pieniędzy, to dostaje urządzenie, które realnie spełnia standardy. Nie zapominajmy też, że takie listy nie dyskryminują producentów, bo każdy może zgłosić swoje produkty, o ile tylko spełniają one wymagania określone w prawie i programie. Uprościłoby to znacznie pracę urzędników weryfikujących wnioski, ale także byłoby pomocne dla inwestorów i projektantów poszukujących urządzeń grzewczych spełniających wymagania ograniczenia niskiej emisji.

Być może wkrótce nie będziemy jednak takich list potrzebować, bo w ogóle skończymy z dotowaniem takich urządzeń – jak postulują alarmy smogowe. Wskazują, że co trzeci wniosek o dofinansowanie dotyczy nowych budynków i instalowania w nich kotłów. Dlaczego to taki problem?

Andrzej Guła

Uważam, że to prawdziwy absurd, by z publicznych pieniędzy finansować urządzenia osobom, które zdecydowały się postawić dom wart kilkaset tysięcy złotych. Ci ludzie nie potrzebują dopłaty, która ma ich zachęcić do kupna niskoemisyjnego pieca. Po pierwsze, oni decyzję o budowie domu podjęli nie wczoraj, tylko wiele miesięcy przed startem programu dotacyjnego, musieli więc liczyć się z tym, że urządzenie grzewcze opłacą z własnej kieszeni. A dzisiaj, gdy mogą załapać się na wsparcie, chętnie z niego korzystają. Nie wspomnę już o tym, że patologicznym pomysłem jest dotowanie kolejnych źródeł emisji, czyli kotłów na węgiel. Tym sposobem, walcząc ze smogiem w ramach programu „Czyste powietrze”, jednocześnie dopłacamy, by powstawały nowe źródła zanieczyszczeń. Każdy nowobudowany dom wyposażony w kocioł na paliwa stałe jest nowym źródłem zanieczyszczenia, niezależnie od tego, jaką ma klasę emisyjną. Musimy to jak najszybciej przerwać. Jeżeli już mamy dofinansowywać inwestycje w nowo budowanych budynkach, powinny to być tylko najbardziej bezdymne źródła ciepła.

Czy rzeczywiście należałoby już dziś zrezygnować z kotłów i radykalnie przejść na inne źródła ciepła? A może to mrzonka?

Janusz Starościk

Zgadzam się z przedmówcą, że wspieranie kotłów na węgiel to zasadniczo chybiony pomysł. Mnie od dzieciństwa uczono, że w Polsce węgiel jest złotem. Czy ktoś słyszał, żeby palić złotem w piecu czy kotle? Oczywiście, że nie. Co prawda dziś technologia jest na tyle sprawna, że jesteśmy w stanie, przy kotle piątej klasy, stosowaniu odpowiedniego jakościowo węgla i skutecznych filtrów, osiągnąć dobry efekt. Tylko kosztuje to masę pieniędzy, nie tylko z tytułu kosztów zakupu takiego urządzenia, ale przede wszystkim kosztów eksploatacji, ponieważ na wynik końcowy wpływ ma także jakość spalanego w nim paliwa. Nie zapominajmy też, że program „Czyste powietrze” jest w założeniu skierowany też do tej biedniejszej części społeczeństwa, dla której wymiana kotła to tylko początek kosztów, bo później konieczne będzie też stosowanie lepszego, a przez to droższego opału. Zwracaliśmy uwagę od samego początku, że jeżeli już decydujemy się na dotowanie takiego czy innego urządzenia grzewczego, to należałoby też później otoczyć mieszkańców specjalną opieką, by nie polegli na kosztach paliwa. Problem z kotłami w Polsce ma też jeszcze inny wymiar. Wspieranie ich to w praktyce też zwiększanie ilości importowanego węgla. Producenci z Pomorza, z którymi wielokrotnie rozmawiałem, podkreślają, że tamtejsze składy węgla nie wysyłają już ciężarówek na Śląsk, bo jest im dużo taniej kupić węgiel przywieziony zza wschodniej granicy, prosto ze statku. Optuję jednak za bardziej progresywnym, ewolucyjnym podejściem do stopniowego wygaszania kotłów węglowych. Konieczny jest zdrowy rozsądek. Przestawienie się na odnawialne źródła energii jest nieuniknione w całkiem niedługiej perspektywie czasowej, ale to wymaga rozsądnego procesu ewolucji, gdzie w okresie przejściowym jest potrzeba efektywnego wykorzystania paliw kopalnych, stosując technologie pozwalające na ograniczenie niskiej emisji od zaraz. Jeżeli dodamy do tego ograniczenie zapotrzebowania na ciepło, czyli podwyższenie efektywności energetycznej w budynkach, to jesteśmy w domu.

Mówiliśmy o samorządach i administracji. A czy biznes mógłby się bardziej zaangażować w program, chociażby w kwestii promocji innowacyjnych rozwiązań dotyczących OZE? Jak doświadczenia firm mogłyby pomóc wdrażać program?

Konrad Witczak specjalista ROCKWOOL Polska

Z perspektywy biznesu program „Czyste powietrze” może stanowić podstawę do wdrożenia naprawdę innowacyjnych rozwiązań na styku efektywności energetycznej i rozwoju nowoczesnej energetyki rozproszonej. Żeby to się stało, biznes musi być jednak rozpatrywany wieloaspektowo, nie tylko w kontekście kotłów i termomodernizacji. Zwróćmy uwagę, że w ramach programu dofinansowywanych jest bardzo wiele technologii. Ocieplenie budynku jest pierwszym krokiem. W końcu musimy ograniczyć koszty jego eksploatacji. To jednak relatywnie najprostsza inwestycja. Pamiętajmy, że po dobrze przeprowadzonej termomodernizacji otwiera się wiele możliwości ogrzewania, przy użyciu różnych urządzeń. To nie musi być nic konwencjonalnego, tylko właśnie np. odnawialne źródła energii. Mamy szansę upowszechnić naprawdę nowoczesne rozwiązania i na przestrzeni najbliższych lat rozbudować energetykę prosumencką do niespotykanych rozmiarów. Na świecie powstają już projekty, które łączą w sobie nawet kilkadziesiąt tysięcy budynków wokół jednej sieci. U nas również ma szansę rozkwitnąć ten segment rynku. Można nazwać go spółdzielniami energetycznymi, klastrami energii. W tym scenariuszu poza oszczędnościami dla mieszkańców i poprawą jakości środowiska przygotowalibyśmy też grunt pod wiele innych projektów niezwiązanych już tylko z samym budownictwem, ale również np. inteligentnymi sieciami, czy rozwojem IT. Szkoda byłoby zmarnować szansę uczestnictwa w takim skoku cywilizacyjnym i zadowolić się najprostszymi rozwiązaniami, nie inwestując w to, co najbardziej przyszłościowe i innowacyjne.

Przyjmijmy na chwilę scenariusz, że system dystrybucji wsparcia się sprawdził i zainteresowanie programem rzeczywiście jest masowe. Czy widzą panowie inne bariery, które mogą zahamować program na późniejszym etapie, gdy umów na dofinansowanie podpisanych będzie nie tysiąc, a sto razy więcej? Co zrobić, by nie tylko obsługa wniosków, ale później i sama inwestycja, przebiegała sprawnie?

Zwróćmy uwagę, że w przypadku właścicieli budynków jednorodzinnych mamy do czynienia z bardzo rozproszonymi inwestorami. Mimo największego zaangażowania władz – zarówno centralnych, jak i samorządowych – ostatecznie to od mieszkańca będzie zależeć, czy sięgnie po pieniądze. Kluczowa jest więc edukacja. Przy czym warto, by komunikat do potencjalnego beneficjenta nie ograniczał się tylko do wyliczenia oszczędności dla jego budżetu. Powinniśmy mówić też o zdrowiu, na które negatywnie wpływają zanieczyszczenia powietrza i przekonywać ludzi, że kompleksowa termomodernizacja domu to również jakościowy skok cywilizacyjny. Poza brakiem woli i zaangażowania mieszkańców jest jednak jeszcze jedna bariera, która może utrudnić wdrażanie programu i efektywne wykorzystanie dostępnych funduszy. To bariera kosztowa. Mianowicie, w tej chwili w warunkach technicznych programu obowiązuje wymóg stosowania materiałów o najwyższych parametrach, które spełniają wytyczne przewidziane już na rok 2021. Z jednej strony to naturalne, że przepisy są coraz bardziej wymagające, a w przypadku nowo budowanych budynków nie ma żadnych powodów, by iść na jakiekolwiek jakościowe kompromisy. Z drugiej strony, zdecydowana większość nieruchomości, które dziś są w fatalnym stanie i powinny przejść termomodernizację w ramach programu, ma już swoje lata. Być może należałoby rozważyć obniżenie wymogów dla materiałów stosowanych przy renowacji takich budynków. Mogłyby powstać dwa zestawy wytycznych – dla budynków nowych i remontowanych. Pozwoliłoby to przełamać ograniczenia, które mogą powstrzymywać najbiedniejszych mieszkańców przed inwestycjami. A nie zapominajmy, że w Polsce ubóstwem energetycznym dotkniętych jest ponad 3,5 mln osób. Warto zastanowić się nad tym już teraz, bo przy utrzymaniu najwyższych standardów i stosowaniu najlepszych materiałów, które bywają droższe nawet o 30–50 proc., możemy wkrótce napotkać barierę finansową. Krzywa kosztów dla potencjalnych inwestorów będzie tylko rosła i może się okazać, że oferowane w ramach programu dofinansowania są niewystarczającą zachętą. Tymczasem nie zawsze konieczne musi być stosowanie najlepszych materiałów. Już dzisiaj używane materiały i technologie energooszczędne potrafią znacząco poprawić standard termiczny budynku, zapewniając realną i odczuwalną zmianę, a jednocześnie nie zawyżać kosztów. Alternatywą może być też – zamiast windowania wymagań cząstkowych dla poszczególnych materiałów – wyliczanie całościowe: jak będzie zachowywał się cały budynek, uwzględniając elementy bilansu energetycznego związane z jego usytuowaniem, pozyskaniem energii słonecznej etc.

Kluczowe, aby program nie sprowadzał się tylko do wymiany pieców, ale i poprawy efektywności energetycznej, czyli ograniczenia zużycia energii. Będzie to bardzo korzystne również z perspektywy biznesu, może bowiem się przełożyć na spadek cen energii, a to z kolei bezpośrednio wpłynie na cenę usług. Pragnę też zapewnić, że my, przedsiębiorcy, jesteśmy przygotowani na wyzwanie, jakim niewątpliwe jest tak kompleksowa modernizacja domów. Podobnie jak przedmówca uważam, że nie uda się zrealizować tego celu bez udziału nie tylko samorządów, ale i samych mieszkańców. Tymczasem, przy programie, który ma objąć ponad 4 mln domów w całym kraju, widzimy dziesiątki prozaicznych problemów. Nie wszystkie z nich można dostrzec z perspektywy Warszawy i skodyfikować w odgórnych regulacjach. Wiele nieruchomości, które mają przejść termomodernizację, ma skomplikowaną strukturę właścicielską. Część z nich jest zamieszkała, ale przez zasiedzenie, bez prawa własności, co w praktyce uniemożliwia złożenie wniosku o dofinansowanie. Kolejny przykład, który niejako wymyka się obecnym regulacjom, to racjonalność ocieplania 80-metrowego domu, w którym mieszka jedna starsza osoba i ogrzewa ona jedynie ok. 12 mkw., a w kuchni nie ma ciepłej wody. Co zrobić w takim przypadku? Drugi przykład, to dom trzykondygnacyjny, w którym właściciele mieszkają tylko na parterze. Czy należałoby więc ocieplać całą nieruchomość, czy tylko parter? To wiele pytań, na które będziemy musieli sobie prędzej czy później odpowiedzieć. Na dziś jestem pod dużym wrażeniem, że program o takich ambicjach i skali ruszył. Mam tylko nadzieję, że będzie on dalej adaptowany i rozwijany, aby wyeliminować choć część problemów, o których wspomniałem.

Co czeka program „Czyste powietrze” w nadchodzących miesiącach? Jaka jest strategiczna wizja resortu na rozwój tego instrumentu?

Henryk Kowalczyk

Będziemy coraz mocniej włączać samorządy. To jest nie do uniknięcia. Niemniej, to my, jako administracja centralna, musimy przetrzeć szlaki i przełamać barierę, której do tej pory nie udało się pokonać samorządom. Pamiętajmy, że „Czyste powietrze” jest pierwszym programem, który tak komplementarnie łączy nie tylko dofinansowanie do wymiany źródeł ciepła, co niektóre gminy już przećwiczyły, ale i termomodernizację. Uważamy, że tylko połączenie tych dwóch inwestycji ma sens. Jest to jednak zupełnie nowe podejście, z którym samorządy nie mają doświadczenia. Dlatego też zależało nam na ustaleniu jednolitych zasad, które będą miały zastosowanie w każdej gminie i skoordynowaniu procedur. Początek musi być jednolity dla wszystkich. Później, gdy uznamy, że system działa sprawnie, będziemy mogli dopuścić do większego zaangażowania samorządów i zapewnić większą elastyczność wsparcia.

Co do dalszej strategii – stawiamy sobie za cel zintensyfikowanie współpracy ze spółkami gazowymi. Jesteśmy już po pierwszych spotkaniach. Zależy nam na uproszczeniu przepisów prawa budowlanego w kwestii sieci gazowych i przyłączy, co przełoży się na większą dostępność takiego źródła ciepła. Warto podkreślić, że dofinansowania z programu nie muszą służyć tylko wymianie starych kotłów na niskoemisyjne, ale również mogą posłużyć inwestycjom w instalacje do ogrzewania gazem czy odnawialne źródła energii. Oczywiście sieć gazowa nie musi być powszechną opcją dla każdego i we wszystkich gminach, ale spółki gazowe widzą dla siebie duże szanse w tym programie. Oferta dla nich musi być przygotowana.